1. SPIDER'S WEB
  2. Nauka
  3. Ekologia

To oni zwalczą paczkomatozę. Porozmawialiśmy z ludźmi, którzy zadbają o wygląd Paczkomatów w miastach

Na razie tylko we Wrocławiu, ale niewykluczone, że to dopiero początek estetycznej rewolucji. Koniec z ustawianiem maszyn gdzie popadnie, koniec z hałasem, koniec z oślepiającym światłem. W rozmowie ze Spider's Web Marcin Kij, prezes TBS Wrocław, tłumaczy, jak powinny wyglądać dobrze ustawione Paczkomaty, a także wyjaśnia, co należy zrobić, aby miasta były przyjaźniejszymi miejscami do życia.

Paczkomatoza zatacza coraz szersze kręgi. Wrocław ją zwalcza

Pod koniec roku doczekaliśmy się kolejnego paczkomatowego absurdu. Maszyna do odbierania i nadawania paczek ulokowana została w jednej z warszawskich bram, w znaczący sposób utrudniając przemieszczanie się zwykłych pieszych. Niby nic, ale wyobraźmy sobie, gdyby doszło do pożaru budynku i mieszkańcy musieliby jak najszybciej opuścić teren. W bramie stworzyłyby się zapewne niepotrzebne korki. Nie mówiąc o zwykłym, codziennym życiu - przechodzeniu z wózkiem, wnoszeniu mebli i tak dalej...

Ten przykład to idealna ilustracja problemu. Niedbania o przestrzeń, brak myślenia o innych – właśnie tym stała się "paczkomatoza". We Wrocławiu powiedziano jednak "dość". Spółka TBS Wrocław, należąca do miasta, ma zdyscyplinować InPost, aby Paczkomaty przestały zaśmiecać okolice. Co się zmieni i dlaczego to takie ważne, opowiedział mi Marcin Kij, prezes wrocławskiego TBS-u.

Adam Bednarek, Spider's Web: Kiedy pan zrozumiał, że z paczkomatami jest problem – że jest ich za dużo i że nie wyglądają tak, jak powinny?

Marcin Kij, prezes TBS Wrocław: Sam nie wiem, czy jest ich za dużo. Rozmawiałem z wieloma firmami, które zarządzają lub lokują takie automaty i dla nich jest ważne, aby użytkownicy mieli do maszyny nie dalej niż 500 metrów. To oznacza, że w miastach, gdzie znajdziemy miejsca, w których mieszkają spore grupy ludzi, takich urządzeń będzie nieco więcej. Z drugiej strony, pandemia koronawirusa pokazała, że takich automatów jest wręcz za mało, bo w tym czasie bardzo rozwinął się rynek e-commerce.

Ale jednak doszło do waszej współpracy z InPostem, która zakłada większe zwrócenie uwagi na to, gdzie wolno stawiać Paczkomaty i jak mają wyglądać. Od czego to się zaczęło?

Jesteśmy spółką miejską zajmującą się budowaniem i zarządzaniem budynkami, ale jednocześnie osiągamy dochody spoza podstawowej działalności. Możemy przez to mieć więcej środków finansowych do inwestowania w zadania wynikające z naszych podstawowych celów. Z firmą InPost współpracujemy od 2019 r., na naszych osiedlach w całym Wrocławiu mamy już 23 Paczkomaty i ta długoletnia współpraca pozwoliła obu firmom, czyli TBS Wrocław oraz InPostowi, zrozumieć procesy rządzące samorządem i prywatnym biznesem z sektora e-commerce. To solidny fundament do szerszej współpracy, która pozwoli określić zasady lokowania Paczkomatów w całym Wrocławiu.

Tworząc budynek na osiedlu Nowe Żerniki [Projektowane przez najlepszych wrocławskich architektów osiedle odpowiadać ma potrzebom nowoczesnych mieszkańców miasta, ułatwiać budowanie więzi społecznych, sprostać normom budownictwa ekologicznego, a także stać się architektoniczną wizytówką Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku – dop. red] przyświecała nam idea „miasta zwartego”.

Nowe Żerniki

Chodziło nam o to, aby mieszkańcy mogli pracować i mieszkać w jednym miejscu, mając dostęp do usług ułatwiających życie mieszkańcom. W tę wizję wpisują się w m.in. takie urządzenia, jak właśnie Paczkomaty czy szerzej - urządzenia, które ułatwiają dostęp do handlu internetowego. Widzimy, że kupowanie różnych towarów w sieci staje się coraz łatwiejsze, dlatego rosną oczekiwania, aby ich dostawą była równie łatwa, szybka i wygodna, czyli możliwa do zrealizowania jak najbliżej miejsca, w którym mieszkamy.

Ta współpraca doprowadziła do tego, że sam InPost chce zwrócić uwagę na to, jak ulokowane są ich maszyny. To mnie zaskoczyło: jesteście pierwszym miastem w Polsce, które będzie to egzekwować.

We Wrocławiu zwracamy uwagę na to, jak otoczenie wokół nas wygląda. Inicjatyw o takim charakterze jest mnóstwo, a miasto - jeśli chodzi o zieleń - stosuje standardy nawet wyższe od tych, których wymaga obowiązujące prawo. Cały czas szukamy rozwiązań, aby współpracować z firmami z różnych branż, ale jednocześnie słuchamy głosu naszych mieszkańców. Firma InPost też wyciąga wnioski ze swoich działań i stara się lokować swoje maszyny w lepszych miejscach. My ich wspieramy w tym procesie, wskazując im różne obszary do poprawy.

Konkretnie: co więc się zmieni?

Wszystko zależy od tego, gdzie dany Paczkomat się zajmuje. Mamy dobry przykład z naszego osiedla na Stabłowicach we Wrocławiu. Kiedy kilka miesięcy temu postawiliśmy tam nowy Paczkomat, mieszkańcy zareagowali: wszystko fajnie, ale znowu stawiacie nam tę wielką metalową skrzynkę. Zapytaliśmy więc, co możemy zmienić. Odpowiedzieli, że fajnie by to wyglądało, gdyby dało się zazielenić ten Paczkomat. Porozmawialiśmy z InPostem i w krótkim czasie tylna ściana paczkomatu została obsadzona bluszczem. Dzięki temu Paczkomat „od zaplecza” jest zielony i niemalże niewidoczny, a na osiedlu jest więcej zieleni. Na pierwszy rzut oka nie widać, że to kolejna maszyna.

Zwracamy też uwagę na teoretycznie drobne rzeczy. Na przykład światło emitowane przez te urządzenia - chcemy, aby było mniej intensywne, co ma znaczenie zwłaszcza nocą. Kolejną rzeczą jest hałas. Zamykanie skrzynek bywa głośne, więc jak ktoś mieszka niedaleko, na pewno to słyszy. Dlatego staramy się lokować Paczkomaty tak, aby dźwięk nie rozchodził się w kierunku okien.  

W przypadku typowo miejskiej, zwartej zabudowy, nowe Paczkomaty będą wkomponowane w bryłę budynku lub ogólnie dostępną przestrzeń. Te dobre praktyki będą dotyczyły także terenów prywatnych, na których miałyby stanąć nowe paczkomaty.

Warszawskie Miasto Jest Nasze już wcześniej alarmowało, że Paczkomaty negatywnie wpływają na otoczenie. Hałas, o którym pan wspomniał, to jedno, bo np. samochody, które dostarczają paczki, wjeżdżają na chodnik i go niszczą. Na to też będziecie zwracali uwagę?

Już to robimy. Stawiamy specjalne słupki, aby kurier obsługujący te urządzenia mógł zaparkować w odpowiednim dla niego miejscu, nie powodując utrudniając w ruchu pieszych lub samochodów.  Skądinąd wiem, że firmy coraz częściej wykorzystują alternatywy dla samochodów, np. w postaci rowerów cargo do dostarczania przesyłek do Paczkomatów.

Przyznaję, że przez dłuższy czas byłem krytykiem Paczkomatów. Przerażała mnie ich liczba. Na moim osiedlu nie ma już miejsc, gdzie ich nie ma – a to nie tylko maszyny, ale też reklamy, które
są wyświetlane. Dla mnie była to przesada. Wówczas dostawałem odpowiedzi: ich jest dużo, bo zapotrzebowanie jest duże. Zastanawiam się, dlaczego wygoda jednostki jest ważniejsza niż to, w jakiej okolicy żyjemy. To dziwne, że dopiero teraz zaczyna zwracać się uwagę na tę kwestię, a wasza inicjatywa jest pierwsza.

Być może to dlatego, że po prostu rynek się rozwija i rośnie. Na dodatek uczymy się na błędach. Doświadczenia płynące ze stawiania takich maszyn w nie do końca odpowiednich miejscach pokazują, że nie korzystają na tym ani firmy, ani odbiorcy. We Wrocławiu mieliśmy przykład „matki wszystkich Paczkomatów", czyli 18-metrowego Paczkomatu ustawionego w strefie objętej ochroną konserwatora zabytków. Moim zdaniem był punkt zwrotny do tego, aby pomyśleć o problemie i wpływie automatów na nasze otoczenie. Od tego momentu firma InPost zaczęła bardziej wnikliwie analizować, jak najlepiej wkomponować urządzenia w miejsca, które dla nich wybrano.

Mam roboczą teorię, że Paczkomatoza jest efektem tego, że nie dbało się o przestrzeń w miastach czy własnej okolicy. Zastanawiam się, czy to, co dzieje się obecnie z Paczkomatami, a wcześniej z reklamami czy betonozą, nie sprawi, że faktycznie zaczniemy odmieniać teren wokół siebie. Skoro zacznie zwracać się uwagę na maszyny do odbioru paczek albo brak zieleni, to może w końcu zauważymy także, że sąsiad parkuje na trawniku, przez co miejsce pod blokiem wygląda źle.

To już się dzieje. Na przykład na osiedlach TBS-u we Wrocławiu ustawiliśmy nowe osłony śmietnikowe, które porastają bluszczem. Patrzymy na małą architekturę nas otaczającą, chcemy mieć więcej zieleni. Stawiamy siłownie na powietrzu i już widzimy, że bardzo dużo osób z nich korzysta. Idziemy więc w stronę tego, by stosunkowo niedużym nakładem robić użyteczne rzeczy dla naszych mieszkańców.

W Australii już każdy dom będzie musiał mieć biały dach, żeby lepiej chronić przed upałami. Dolna Saksonia wymaga, aby duże budowle miały dachy pokryte fotowoltaiką. Wy także myślicie o przyszłości – czy nadchodząca katastrofa klimatyczna już wpływa na wasze podejście?

Planując budowę nowego osiedla Leśnica IX, poprosiliśmy fachowców, aby zaprojektowali nam zieleń. Chcemy mieć zielone ściany i dachy. Ponadto zainstalujemy fotowoltaikę, posadzimy odpowiednie gatunki drzew, wybudujemy urządzenia zapewniające odpowiednią retencję wód opadowych.

Różnica pomiędzy budynkami stawianymi np. 10 lat temu a tym, jak to jest robione teraz, jest ogromna.  Oprócz ekologii liczy się dla nas aspekt społeczny. W naszych nowych budynkach są mieszkania dla osób starszych, miejsca dla dzieci, świetlice.

Mieszkańcy mają ze sobą kontakt. Było widać to np. w początkowym etapie pandemii. Kiedy wprowadzono pierwszy lockdown, dzień później na klatkach naszych bloków pojawiły się ogłoszenia skierowane do osób starszych: „jeśli ktoś potrzebuje zakupów, my je zrobimy, tu nasz numer telefonu”. To pomaga budować głębsze więzi sąsiedzkie, tworzyć małe lokalne wspólnoty, co - jak wiemy - ma duże znaczenie dla jakości życia w danym miejscu. Chcemy, aby architektura naszych budynków i przestrzeni publicznej sprzyjała tego typu interakcjom.

To wszystko przypomina mi powrót do dawnej architektury. Niedawno byłem na katowickim Nikiszowcu i już wtedy osiedla miały być wielofunkcyjne, pozwalające łączyć ludzi, pełne zieleni – a przecież była to górnicza okolica. Tak samo jest zresztą z osiedlami z PRL-u: niedaleko bloku mam szkoły, służbę zdrowia, była biblioteka. Wracacie do tych dawnych idei, ale rodzi się pytanie, dlaczego od nich odeszliśmy?

Moim zdaniem to kwestia przemian systemowych. Skupiono się na innych niż społeczne kwestie. Teraz mieszkamy, pracujemy, wzbogacamy się nie tylko finansowo, ale w pewnym sensie także „życiowo”. Chcemy żyć inaczej niż poprzednie pokolenia, które trafiły na przełom poprzedniego i nowego ustroju politycznego. Patrząc na to, chcemy robić coś nowego, co będzie podnosiło poziom jakości życia.  

Autorka książki „Wreszcie jesteśmy we własnym domu” zwraca uwagę, że podczas przemiany systemowej bloki stały się symbolem porażki. Ci, którym się udało, budowali domy poza miastem albo przenosili się do nowych apartamentowców.

Rzeczywiście, nieco zachłysnęliśmy się wolnym rynkiem. Inwestorzy kupowali działki, celem inwestycji przede wszystkim miał być zysk, mówiąc obrazowo – „wyciśnięcie” z terenu, ile tylko się da. Usługi komunalne i społeczne, dostęp do szkół lub do komunikacji miejskiej – tym nie przejmowano się tak, jak należy. Rozwiązaniem kwestii np. dojazdu był przecież własny samochód. Dopiero teraz zauważamy, że w obszarze komunikacji to rosnący kłopot, bo każdego dnia spędzamy zbyt wiele czasu w samochodzie, w miastach tworzą się korki, a dojazd do domu lub mieszkania na peryferiach zajmuje codziennie bardzo dużo czasu.

No i pewnie stąd mieliśmy efekt „paczkomatozy”: tylko mi ma być wygodnie, a co z innymi to nieważne. Zastanawiam się, czy takie spółki jak wasze, starające się patrzeć w przyszłość i szykować na to, co może nadejść, nie ucierpicie przez indywidualistyczne podejście innych. Bo przecież nie wszystkim deweloperom takie szczytne idee przyświecają – wręcz przeciwnie, ciągle się słyszy o małych mieszkaniach z widokiem na kanapę sąsiada, bo bloki stoją tak blisko siebie. Wyobrażam sobie, że działkę obok ma właśnie firma, która ma w nosie ekologię i to, jak radzić sobie z upałami. Jak to pogodzić?

Dużo zależy od włodarzy miast, którzy zajmują się wydawaniem pozwoleń na budowę. Inną formą inspirowania lub kreowania wyobrażeń, jak może wyglądać nowoczesne i przyjazne miasto, jest budowanie osiedli, które pokazują, że da się inaczej. Takich, jak na przykład wrocławskie Nowe Żerniki. W taki sposób można udowodnić, że da się osiągnąć zysk z inwestycji, a przy tym stworzyć miejsce do fajnego, wygodnego życia. Na szczęście więksi gracze na rynku coraz częściej podpatrują, jak się buduje w innych krajach, jakie materiały i technologie można wykorzystać. Tym bardziej, że sztuką jest postawienie takich mieszkań, które nie tylko się sprzedadzą, ale będą też bezproblemowo funkcjonować przez najbliższe dekady.  

My sami to już pokazujemy i chcemy to robić. Przykładowo - obok jednego z naszych osiedli na działce wybudowano wiele prywatnych mieszkań, niektóre dosłownie "okno w okno", tak że stojąc na balkonie można pożyczyć od sąsiada szklankę cukru. Dzieci z tych budynków przychodzą na plac zabaw do nas, bo u siebie nie za bardzo mają miejsce na zabawę. To też pokazuje, jak dziś czasami myślą jeszcze niektóre firmy deweloperskie.

My wiemy, że można mieć inne podejście i staramy się to pokazywać. Patrzymy z tej perspektywy i chcemy inwestować pewne środki – choćby pozyskane dzięki współpracy z firmą InPost - w infrastrukturę, słuchając głosu mieszkańców.