1. SPIDER'S WEB
  2. Ekologia
  3. Nauka
  4. Tech

Mors zaatakował drogie statki, kapibara demoluje ekskluzywne osiedla. Uważaj, zwierzęta już po ciebie idą

bunt zwierząt

 „Wszyscy ludzie to nasi wrogowie. Wszystkie zwierzęta są braćmi” – wiem, cytowanie Orwella, a w szczególności „Folwark Zwierzęcy” to banał, ale… trudno się powstrzymać. Tym bardziej że przesłanie „dobry człowiek to martwy człowiek” niektórym gatunkom bardzo się spodobało.

Naukowcy jeszcze nie wiedzą, jak globalne ocieplenie wpłynie na zwierzęta. Niektóre z nich mogą powędrować w regiony, w których wcześniej nie występowały lub zapuszczały się tam rzadko. Tak stało się w przypadku norweskiego morsa arktycznego. Zwierzę opuściło Spitsbergen i latem pojawiło się u wybrzeży Wielkiej Brytanii i Irlandii. Czyniąc tam wielkie spustoszenie.

Wally, jak nazwały go media, niszczy przynajmniej jedną lub dwie motorówki w portach, które odwiedza. Dzieje się to przez przypadek. Zwierzę myli pojazd z krą. Mors liczy na odpoczynek, przy okazji demolując nieprzystosowaną do takiego pasażera łódkę.

Choć mors Wally stał się ulubieńcem internetu, to jego historia jest przykra z dwóch powodów

Po pierwsze i najważniejsze: zwierzę całą sytuacją się stresuje. Na dodatek ludzie już go znają i chcą z bliska zobaczyć niszczycielskiego morsa, potęgując w ten sposób jego niepokój.

Po drugie, przybycie Wally’ego to efekt – a jakże – zmian klimatycznych. Najprawdopodobniej mors był na krze, która oderwała się od lodu. To niestety powszechny problem, bo lód topnieje w gwałtownym tempie, zaskakując przy tym naukowców.

Cóż – jest to jakiś chichot losu, że właśnie w ten sposób ludzie odczuwają skutki katastrofy klimatycznej. Można doszukiwać się nawet pewnej symboliki, jeśli założymy, że motorówkami poruszają się raczej ci nieco lepiej sytuowani obywatele wysp. Wprawdzie nawet jeśli daleko im do wyczynów i majątków miliarderów, to ta nieco „lepsza” klasa obrywa od natury.

I to nie pierwszy raz. W sierpniu „The Guardian” donosił o atakach przeprowadzanych przez… kapibary. Te wcale niemałe zwierzęta dewastowały trawniki czy gryzły psy, stając się utrapieniem dla mieszkańców. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że wszystko to działo się na grodzonym osiedlu o nazwie Nordelta.

To nie tylko miejsce zamieszkania bogatszej części Buenos Aires. Prywatne budynki powstały na terenie dawnych mokradeł rzeki Parana, drugiej największej w Ameryce Południowej. Tamtejsi ekolodzy nie uważają więc, że to kapibary dokonały ataku. Co najwyżej można mówić o odwecie, bo to ludzie zniszczyli ich naturalne miejsce występowania.

Dla ekologów i aktywistów jest to więc symboliczne, że mieszkańcy, którzy z jednej strony chcieli być blisko zieleni, ale z drugiej zamieszkali na terenach zdemolowanych przez dewelopera, muszą zmagać się z agresywnymi siłami natury. Niektórzy pół żartem, pół serio widzą w tym nawiązanie do walki klas.

Bunt zwierząt

Jest coś w tych historiach, kiedy to zwierzę próbuje wyrównać rachunki. Nie przez przypadek w Muzeum Historii Naturalnej w Bernie oglądać można wypchane zwłoki słonia indyjskiego. Zwierzę zostało zabite po tym, gdy doprowadziło do śmierci swojego opiekuna w dość brutalny sposób: podrzucając go, gryząc i kopiąc. Następnie słoń uciekał ulicami szwajcarskiego miasta. Dziś możemy interpretować to jako próbę wyzwolenia się spod ludzkiej niewoli.

Ale nie zawsze musi dochodzić do tak drastycznych sytuacji. Czasami łatwiej kibicować zwierzęciu. Jak kilka lat temu, kiedy Polska żyła historią krowy Borutki, która w 2008 roku wymknęła się z rzeźni. „Po ucieczce z rzeźni zwierzę przeszło 10 kilometrów do Suwałk. Tam przez kilka godzin miotało się po ulicach” – przypominała „Wyborcza”.

Krowie groziła śmierć, ale udało się jej znaleźć nowych właścicieli

Jeszcze bardziej na wyobraźnie działa to, co zrobiło 180 krów z okolic Ciecierzyc. Te kilka lat temu zbuntowały się i założyły własne dzikie stado. Pojawiły się oskarżenia, jakoby krowy złamały unijne prawo, ale wstawił się za nimi nawet sam prezydent Andrzej Duda.

Żyjemy w czasach, kiedy stwierdzenie, że podporządkowaliśmy sobie naturę, jest sporym niedopowiedzeniem. Może właśnie dlatego tego typu historie o zwierzętach biorących los we własne kopyta czy łapy, na dodatek wymierzające sprawiedliwość, można odbierać z pewną nutą satysfakcji.