Sprzęt  /  Artykuł

Szpiegowanie AirTagiem było zbyt łatwe. Apple przyznaje i zapowiada sporą poprawę

Picture of the author

AirTagi dobrze radzą sobie z odnajdywaniem zgubionego sprzętu, ale przy okazji stały się jedną z najtańszych metod śledzenia ludzi. Apple pracuje nad aktualizacją oprogramowania oraz nad aplikacją na Androida.

AirTag, czyli nowy lokalizator Apple, wzbudził ogromne kontrowersje po premierze. Z jednej strony jego zasada działania jest taka sama jak wielu innych lokalizatorów dostępnych na rynku. Sprzęt nie bazuje na wbudowanym GPS-ie, ale na komunikacji z innymi urządzeniami, co pozwala ustalić aktualną pozycję AirTaga. Im większe miasto i skupisko ludzi, tym skuteczniej działa ten system.

Z drugiej strony Apple ma ekosystem o nieprawdopodobnie wielkiej skali. Największy dotychczasowy system lokalizatorów, czyli Tile, ma 26 mln użytkowników na świecie. W przypadku AirTaga lokalizowanie bazuje na sieci Apple Find My, w której skład wchodzi 1,65 miliarda aktywnych urządzeń Apple. Każde z nich wskaże pozycję AirTaga, kiedy urządzenia znajdą się obok siebie. Te liczby mówią same za siebie, a efekty widać w praktyce:

Według dziennikarzy The Washington Post w amerykańskich miastach śledzenie jest niezwykle precyzyjne. Kiedy śledzona osoba jedzie rowerem, jej lokalizacja jest pokazywana z dokładnością średnio dwóch pomiarów na każdy mijany budynek. Kiedy śledzony jest w swoim mieszkaniu lub biurze, lokalizacja pokazuje jego dokładnie położenie.

W Polsce przeprowadziliśmy podobny test AirTaga, porównując go do lokalizatora Samsung SmartTag. Dokładność pomiarów była znacznie mniejsza, ale sprzęt Apple dało się śledzić.

Powszechność sieci Apple Find My stała się zagrożeniem dla prywatności, a Apple stara się to załatać.

AirTagi są nie tylko najdokładniejszymi lokalizatorami na rynku, ale do tego są też stosunkowo tanie. Sprzęt za 160 zł daje dostęp do potężnej sieci śledzącej, w której skład wchodzi 1,65 mld urządzeń na całym świecie. To bezprecedensowa sytuacja, która potencjalnie może wyrządzić dużo złego.

Apple zdaje sobie sprawę, że dotychczasowe mechanizmy zapobiegające śledzeniu były za słabe. Jeśli wrzuciliśmy AirTaga np. do plecaka innej osoby, sprzęt odtwarzał alarm dźwiękowy, ale dopiero po trzech dniach braku kontaktu z właścicielem. Śledzona osoba przez trzy dni mogła nie wiedzieć, że ktoś sprawdza jej lokalizację.

Teraz Apple zmienia zasady, co zostało potwierdzone przez dziennikarzy Cnetu. AirTagi będą odtwarzać alarm znacznie wcześniej, bo w okienku czasowym w granicach od 8 do 24 godzin od utraty kontaktu z właścicielem. Czas ma być dobierany losowo.

Dodatkowo Apple pracuje nad aplikacją na Androida, czyli największym brakiem całej układanki. Jeśli śledziliśmy osobę z iPhone’em, mogliśmy oglądać jej lokalizację w czasie rzeczywistym, ale jednocześnie iPhone tej osoby po pewnym czasie pokazywał powiadomienie informujące o potencjalnym śledzeniu. W przypadku Androida takiego powiadomienia nie było, a jedynym sygnałem dla śledzonej osoby był alarm dźwiękowy AirTaga. To jednak niewystarczające rozwiązanie, bo alarmu można nie usłyszeć np. kiedy ktoś przyklei AirTag do podwozia auta.

Apple robi aplikację na Androida, a ja oczekuję ruchu samego Google’a.

Aplikacja na Androida pojawi się w drugiej połowie roku i warto będzie ją zainstalować, ale spójrzmy na tę sprawę realistycznie. Aplikację zainstaluje zapewne tylko promil użytkowników smartfonów z Androidem. Jeśli oczekujemy skutecznego systemu antyśledzeniowego, musimy naciskać również na Google’a.

Sprawa jest na tyle poważna, że Apple i Google, jako dwaj dostawcy największych systemów mobilnych, powinni wspólnie opracować rozwiązania poprawiające odnajdywanie zgubionych przedmiotów, ale jednocześnie zapobiegające śledzeniu i stalkowaniu innych osób. Takie rozwiązania powinny być zaszyte bezpośrednio w obu systemach operacyjnych, bez konieczności doinstalowywania czegokolwiek przez użytkownika.