Gry  /  Recenzja

Po tylu latach nie mogę się oderwać. Star Wars Republic Commando na Switcha jest znakomite

Picture of the author

Port Star Wars Republic Commando właśnie zadebiutował na konsoli Nintendo Switch oraz PlayStation 4. Mając cudowne wspomnienia niemal sprzed dekady, chciałem zobaczyć, czy pierwszoosobowa strzelanina dalej ma w sobie to coś.

Star Wars Republic Commando to produkcja zamykająca drugi złoty okres Gwiezdnych wojen w branży gier. Tytuł z 2005 r. był zwieńczeniem cudownego ciągu wydawniczego gier na licencji, wypełnionego kultowymi tytułami akcji, kosmicznymi symulatorami, niezłymi strategiami, ambitnymi MMORPG-ami, a nawet grami wyścigowymi. Grając w Republic Commando, nie miałem pojęcia, że Gwiezdne wojny czeka okres wielkiej smuty.

Oczywiście zawsze znajdą się obrońcy efekciarskiej serii The Force Unleashed, a także nowych Battlefrontów od EA. Rozumiem to. Ilu graczy, tyle opinii. Sam uważam jednak, że pierwszą naprawdę dobrą grą od Electronic Arts korzystającą z uniwersum Gwiezdnych wojen było dopiero Star Wars Jedi: Fallen Order z 2019 r. Wydany rok później Star Wars Squadrons także jest wart uwagi. Jednak pomiędzy 2005 i 2019 r. rozciąga się smutny czas rozczarowań, niespełnionych obietnic oraz anulowanych projektów.

Republic Commando to nie tylko przedstawiciel złotego okresu, ale także dowód na to, że gry Star Wars mogą być poważniejsze, mroczniejsze i bardziej wymagające.

Producenci Star Wars Republic Commando pokazali graczom kompletnie unikalną perspektywę. Zamiast wciskać fanom miecze świetle w dłonie i rzucać ich na wielkie pola bitew prosto z filmów, LucasArts zaproponował historię żołnierzy bez wyjątkowej Mocy, działających na tyłach wroga. Elitarny oddział klonów - Delta Squad - musiał zdobyć serca graczy bez żadnej premii na start. Bez obecności w filmach i serialach, bez mieczy świetlnych, bez przynależności do uznanej i cenionej serii. No i się udało.

Gracze pokochali Republic Commando z kilku powodów. Fani Gwiezdnych wojen zostali przede wszystkim zaskoczeni filmową oprawą stojącą na naprawdę wysokim poziomie, ciekawymi relacjami między członkami oddziału delta oraz poważniejszą narracją. Do teraz mam w pamięci zachwyty prasy i mediów trybem noktowizyjnym oferowanym w grze na Unreal Engine 2. Przemieszczanie się ciemnymi podziemnymi korytarzami na planecie Geonosis, rozglądając się za wrogami przypominającymi insekty - to było niesamowite. Gwiezdne wojny, a chwilami pachniały Obcym Ridleya Scotta.

Kluczowym elementem Republic Commando był system dowodzenia. Jako lider czteroosobowego oddziału, nie tylko strzelamy i miotamy granatami, ale także wydajemy rozkazy towarzyszom broni. Jak na 2005 rok i Gwiezdne wojny, system był niezwykle rozbudowany. Poza podstawowymi rozkazami w stylu do mnie czy chronimy ten teren, mogliśmy także wydawać polecenia kontekstowe. Naszego snajpera osadzamy w konkretnym miejscu za murkiem, technikowi polecamy z kolei usiąść w zdobycznym dziale. Rewelacyjnie działało to w praktyce - zarówno na myszce, jak i na konsolowym kontrolerze.

Z systemem dowodzenia jest ściśle powiązany stosunkowo wysoki poziom trudności. Granie na Rambo kończyło się w Star Wars Republic Commando przedwczesnym zgonem. Gra zmusza do wykorzystywania unikalnych możliwości całego oddziału; od zajmowania gniazd snajperskich, przez hakowanie osłon przeciwników, po miotanie granatami. Frajda z dobrze zgranego, drużynowego wejścia całego delta squad do pomieszczenia przez wyważone drzwi, połączona z pozbyciem się wszystkich przeciwników, była gigantyczna. Wciąż jest, nawet w 2021 r.

Gram w Star Wars Republic Commando na konsoli Nintendo Switch i nie potrafię się oderwać. Ta gra wciąż jest niesamowicie dobra.

Pierwsze uruchomienie gry na platformie Japończyków wiązało się z rozczarowaniem. Początkowe misje na planecie Geonosis - doskonale znanej fanom z filmu Atak Klonów - potrafiły zadusić konsolę Nintendo. Switch ma ewidentny problem, aby generować sceny na otwartej przestrzeni, z wieloma modelami 3D, wybuchami oraz oskryptowanymi filmowymi sekwencjami. Po pół godziny problem częściowo znika, ponieważ gracz częściej eksploruje zamknięte obszary. To zupełnie inny świat niż Rainbow Six Siege na PS5 w 120 klatkach, ale Republic Commando dla Switcha staje się zjadliwe.

W ciągu tych pierwszych 30 minut zapominamy o technicznych niedogodnościach, ponieważ gra od samego początku niesamowicie angażuje. Szybko przyzwyczajamy się do prostej, laserowej wymiany ognia, szukając skomplikowania w systemie zarządzania drużyną. Ten nawet na mało precyzyjnych Joy-Conach działa świetnie. Podłożenie bomby, reanimacja, leczenie towarzysza, zajęcie pozycji snajperskiej - wszystko działa jak w zegarku.

Mijają kolejne chwile i zdaję sobie sprawę, że wciąż uwielbiam gości z oddziału delta. Elitarne klony rzucają tekstami rodem z filmów akcji lat 90., wykuwając prawdziwe braterstwo w ogniu kosmicznej wojny. Co najlepsze, gracz czuje się częścią tej bezwzględnej paczki. Tej rodziny. Niesamowita jest naturalność i szybkość, z jaką LucasArts buduje silne więzi między graczem oraz klonami. W 2005 r. tego tak nie doceniałem. W 2021 r. chylę czoła przed scenarzystami oraz reżyserem. Coś wyjątkowego, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że mówimy o pierwszoosobowej strzelaninie.

Podjeżdżam do parku, siadam na ławce, wyciągam Switcha i walczę dla Republiki.

Dodatkowym atutem portów dla konsoli Nintendo Switch jest możliwość zabawy w terenie. Nie każdy tytuł zyskuje na mobilności, ale akurat w przypadku Star Wars Republic Commando strzelanina całkiem nieźle współgra z małym ekranem. Interfejs SWRC już wcześniej był masywny i pokaźny, dzięki czemu gra jest czytelna na małym ekranie tabletu. Ciaśniejsze, mniejsze lokacje względem współczesnych FPS-ów także idealnie pasują do profilu Switcha.

Problemem jest wyłącznie maksymalna jasność ekranu konsoli - niewystarczająca podczas grania w plenerze. Dlatego z noktowizora umieszczonego w hełmie mojego klona musiałem korzystać znacznie częściej, niż robiłem to w 2005 r. grając na komputerze osobistym. Republic Commando to gra o dosyć ciemnej palecie kolorystycznej, co uwypukla problemy ekranowe Switcha. W takich sytuacjach jeszcze mocniej trzymam kciuki za odczuwalnie lepszy wyświetlacz w modelu Nintendo Switch Pro.

Star Wars Republic Commando dołącza do grona udanych portów na licencji Gwiezdnych wojen, jakie pojawiają się na Switchu. To kolejny tytuł po Star Wars Racer, Jedi Academy i Jedi Outcast, który świetnie odnajduje się na przenośnej platformie Nintendo. Niestety, tym razem optymalizacja mogła być lepsza. Jednak przy cenie wynoszącej raptem 60 złotych, jestem bardzo zadowolony z zakupu.

Wszystkie zrzuty ekranu pochodzą z gry Star Wars Republic Commando uruchomionej na konsoli Nintendo Switch w trybie przenośnym.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst