Tech  /  Felieton

Jestem o krok od zamknięcia w złotej klatce i wyrzucenia klucza. Dałem się wessać w ekosystem Apple'a

Picture of the author
152 interakcji
dołącz do dyskusji

To ten moment, w którym bohater (prawie) staje się tym, z czym walczył. Po latach multiplatformowości coraz bliżej mi do tego, żeby zamknąć się w złotej klatce ekosystemu Apple’a i wyrzucić klucz.

Dwa lata temu kupiłem iPhone’a. Niedługo potem dołączył do niego MacBook Pro. Przez cały ten czas ani nie przemknęła mi przez myśl idea, by wzorem wielu redakcyjnych kolegów na dobre zanurzyć się w ekosystemie Apple’a.

Z racji pracy w moje ręce ustawicznie wpadają kolejne telefony z Androidem i komputery z Windowsem 10. Prywatnie również posiadam drugą maszynę, równie potężną co mój MacBook Pro 16, na której wymiennie pracuję i gram. Przywykłem do tego, że moje cyfrowe życie jest rozdarte między różnymi systemami. I do tego, że korzystam wyłącznie z programów multiplatformowych, aby uniknąć zamknięcia się w jednym ekosystemie bez możliwości bezbolesnej przesiadki na inny.

W tym roku jednak stuknie mi 30-tka i łapię się na tym, że… coraz bardziej szkoda mi życia na ustawiczne skakanie między różnymi narzędziami. Choć gdy patrzę na kolegów, spokojnie zamkniętych w złotej klatce Apple’a, myślę sobie, że sam nie mógłbym tak żyć. Nazwijcie to obsesją kontroli, ale nie chcę dopuścić do sytuacji, w której jedna firma ma decydujący wpływ na moje samopoczucie podczas pracy i rozrywki. I na której narzędzia jestem skazany.

Są jednak trzy powody, przez które wizja zamknięcia się w sadzie coraz bardziej mnie kusi. W tym jeden, który zamknąłby mnie w świecie nadgryzionego jabłka na lata. Może nawet na zawsze.

Nie dajcie sobie wmówić, że ktokolwiek robi ekosystem lepiej niż Apple.

Ostatnich 7 lat spędziłem testując komputery, telefony, słuchawki i rozmaite gadżety. Nie zliczę, ile różnych połączeń tych sprzętów przetestowałem i jakie kombinacje urządzeń miałem na biurku. Na przestrzeni lat co prawda Android i Windows 10 znacznie się do siebie zbliżyły, i w niektórych przypadkach można między nimi uzyskać powiązanie zbliżone do tego, jakie łączy iSprzęty. Nie dajcie sobie jednak wmówić, że „zbliżone” równa się „identyczne”.

Synergia, jaka panuje między urządzeniami Apple’a, nadal jest niezrównana. Żeby to jednak w pełni docenić, trzeba wyjść poza połączenie iPhone’a z Makiem, i dodać do kompletu dwa inne sprzęty: zegarek i słuchawki.

To właśnie pierwszy i drugi powód, dla których rozważam całkowity ecosystem lock w swoim życiu. Jakkolwiek uwielbiam korzystać z mojego Garmina Fenix 6, tak ostatnimi czasy doprowadza mnie on do szału. Z każdą kolejną aktualizacją iOS połączenie między zegarkiem a telefonem staje się coraz gorsze; bywają dni, w których Garmin rozłącza mi się z telefonem po wielokroć. Konsultowałem sprawę z pomocą techniczną i jedyne, co usłyszałem w odpowiedzi, to rozłożenie rąk. Bo wina tego stanu rzeczy leży w 100 proc. po stronie Apple’a i ciągłych zmian w uprawnieniach przyznawanych urządzeniom i aplikacjom firm trzecich. Na Androidzie Garmin łączy się jak złoto - zero problemów.

W związku z tym coraz mocniej chodzi mi po głowie zakup Apple Watcha. Zwłaszcza że w planach jest podobno wzmacniana wersja - mógłbym więc teraz kupić najtańszego SE na przeczekanie, a potem nabyć docelowy, bardziej wytrzymały wariant. Znam jednak zbyt wielu posiadaczy Apple Watcha, żeby nie wiedzieć, jak to się skończy. Żaden z nich nie zrezygnował z zegarka Apple po tym, jak raz go założył.

Kolejna kwestia to słuchawki. Z racji zawodu mam na biurku tyle par różnych słuchawek TWS do porównania, że nie miałem potrzeby kupować AirPodsów Pro. Teraz jednak trafiły do mnie na testy nowe Apple AirPods Max i chociaż nie polecam ich zakupu, sam też nie planuję, tak przyznaję z bólem, że sposób, w jaki łączą się i działają z urządzeniami Apple’a, to - wybaczcie - magia.

Sęk w tym, że gdy wydam spore pieniądze na słuchawki, które działają tylko z iPhone’em i MacBookiem, będę miał kolejny powód, by nie pozbyć się ani jednego, ani drugiego.

A Bóg i koledzy na redakcyjnym Slacku mi świadkami, że jestem tego bardzo bliski. MacBook Pro 16 doprowadza mnie momentami do ślepej furii, irytując głośnym działaniem chłodzenia i brakiem kompatybilności z aplikacjami, na których polegam. Weźmy np. Adobe Lightroom - drugi obok edytora tekstu najważniejszy program w mojej pracy. Od listopada 2020 Lightroom na MacBooku Pro 16 jest po prostu nieużywalny. Wszystko przez ustawiczne problemy ze zgodnością z wbudowanym GPU od AMD. Od ostatniego update’u macOS Big Sur 11.2.3 w ogóle nie mogę w nim obrabiać zdjęć, bo zwolnił tak bardzo, że najprostsze operacje trwają kilka sekund. Gdy chcę edytować zdjęcia, wyciągam komputer z Windowsem 10, na którym wszystkie programy Adobe działają bez zająknięcia.

Gdybym się zaś pozbywał MacBooka, siłą rzeczy równie dobrze mogę się pozbyć także iPhone’a. Bo choć iPhone nie irytuje mnie w ogóle - ba, nie licząc rozmiaru, bardzo lubię mojego 12 Pro Maxa - tak mógłbym go spokojnie sprzedać i odzyskać dość pieniędzy, by kupić sobie fantastyczny smartfon z Androidem.

Nadal jednak mam z tyłu głowy świadomość, że żadne połączenie Windows - Android nie zapewni mi tego poziomu synergii, co ekosystem Apple’a. Do żadnego z nich nie podłączę równie „magicznych” słuchawek czy zegarka.

W ostatnich dniach najbardziej dręczy mnie jednak powód nr 3 - Final Cut Pro.

Final Cut Pro to podpisanie cyrografu z Apple’em.

Wszystkie kwestie opisane powyżej można jakoś przeboleć i przywyknąć. Nawet mając komplet sprzętów od Apple’a, można uciec z objęć Tima Cooka. Sytuacja znacząco się komplikuje, gdy postawimy nie tylko na sprzęt, ale również na oprogramowanie.

Od kilku lat montuję wideo dla Spider’s Web TV. Z początku robiłem to w Premiere Pro, ale jako że ten program w tamtym czasie działał jak żółw, po dwóch latach przesiadłem się na darmowego DaVinci Resolve. W miarę upływu czasu darmowy Resolve przestał jednak mi wystarczać, a też coraz częściej pojawiały się problemy na linii współpracy z Marcinem Połowianiukiem, który filmy na nasz kanał montuje w Final Cut Pro.

Nasze filmy różnią się estetyką, napisami, przejściami - wszystkim, prócz twarzy prowadzącego. Bo o ile można w obydwu programach uzyskać podobne efekty, tak ze względu na ograniczenia Resolve’a (chociażby brak rozbudowanej bazy dodatkowych assetów do dokupienia) te efekty nigdy nie będą identyczne. Wspólna praca nad jednym projektem również odpada.

Do przetestowania Final Cut Pro podchodziłem jak pies do jeża. Pierwszy kontakt był, prawdę mówiąc, odstręczający. Montażyści wideo wiedzą, że program Apple’a w fundamentalny sposób różni się od innych NLE (non-linear editors) - zarówno jeśli chodzi o filozofię pracy na timelinie, jak i interfejs czy zarządzanie plikami.

Pierwsze próby montażu w Final Cut Pro były okropne. Niczego nie mogłem znaleźć, bo Apple, w typowo apple’owym stylu, większość opcji nazywa i umieszcza inaczej niż konkurencja. Bo przecież w Cupertino wiedzą lepiej. Pamięć mięśniowa krzyczała z bólu, bo niemal każde działanie w FCP wykonuje się inaczej niż w Resolve czy Premiere Pro.

Jednak po dwóch zmontowanych filmach i kilku godzinach oglądania tutoriali pomału zacząłem się przyzwyczajać, a nawet momentami doceniać tę odmienność Final Cuta. Ba, nawet zaczął mi się on do pewnego stopnia podobać.

Sęk w tym, że zakup Final Cut Pro, który kosztuje niemało pieniędzy, byłby równoznaczny z podpisaniem cyrografu z firmą Tima Cooka.

Nie znam ani jednego montażysty wideo, który po przesiadce na Final Cut Pro porzuciłby ten program. Wprost przeciwnie - osobiście znam wielu, a pośrednio jeszcze większą liczbę osób, które przez wzgląd na Final Cuta nie mogą porzucić komputerów Apple’a.

Przyglądałem się z bliska, jak cierpieli w latach 2016-2019, kiedy to Apple wypuszczał najgorsze, najbardziej awaryjne MacBooki w swojej historii. Oglądałem dziesiątki filmów na YouTubie, w których twórcy skarżyli się, jak bardzo chcieliby porzucić maszyny Apple’a, ale nie mogą, bo nigdzie indziej nie ma Final Cuta. Przywiązanie do narzędzia pracy okazywało się silniejsze niż niechęć do sprzętu, na którym narzędzie było zainstalowane.

I uprzedzając pytania - wcale nie jest łatwo zmienić program. Jak wspomniałem, Final Cut Pro fundamentalnie różni się od innych NLE. O ile przesiadka z Premiere Pro na DaVinci Resolve jest relatywnie prosta, tak przesiadka z Final Cut Pro na dowolny z tej dwójki to już jazda bez trzymanki. Dlatego nie mam złudzeń - jeśli wybiorę Final Cut Pro, to zapewne jak wszyscy inni zamknę się w złotej klatce i wyrzucę klucz. Od tej decyzji nie ma odwrotu, a każdy kolejny komputer na biurku będzie musiał nosić znak nadgryzionego jabłka.

Może nie byłoby to takie złe wyjście - wszak patrząc na to, co Apple zrobił z czipem M1 i jaka przyszłość czeka Apple Silicon, możemy śmiało założyć, że to właśnie Apple będzie w najbliższych latach produkował najszybsze i jednocześnie najlepiej skrojone do kreatywnej pracy komputery na rynku.

Niestety po latach tłustych mogą przyjść lata chude. Np. Apple uzna, że MacBooki nie potrzebują fizycznych klawiatur (jest taka opcja). Albo znów na rynku pojawią się sprzęty tak awaryjne, że więcej czasu spędzą w serwisie niż na pracy. Nie da się tego przewidzieć. A zamknięcie się w ekosystemie oznacza mniej więcej tyle, że niezależnie od scenariusza będzie się można z nim tylko pogodzić. Bo zmiana sprzętu nie wejdzie w rachubę.

Alternatywa jest oczywiście prosta: zakup Premiere Pro lub płatnego DaVinci Resolve Studio. Tyle że nie rozwiąże to problemów ze współpracą przy projektach, a też uczciwie mówiąc, żaden z powyższej dwójki nie działa na komputerach Apple’a tak dobrze, jak Final Cut (choć Resolve jest coraz bliżej).

W chwili pisania tych słów pozostały mi 52 dni darmowego okresu próbnego na Final Cut Pro. Po tym czasie trzeba będzie podjąć decyzję - wóz albo przewóz.

Tak wiem, problem pierwszego świata.

A jednak problem istotny, zwłaszcza że mówimy o decyzjach mających realne przełożenie na komfort pracy, a tym samym na zarobki i komfort życia. Może więc wcale nie są to takie wydumane problemy - ostatecznie mówimy o wyborze jak najlepszej włóczni do upolowania mamuta, by zapewnić byt swojemu plemieniu jedzenie.

Zamknięcie się w jednym ekosystemie bez możliwości szybkiego opuszczenia złotej klatki godzi we wszystko, co wierzę. A jednak z każdym rokiem życia coraz bardziej szkoda mi czasu na takie pierdoły, jak sprzętowe czy software’owe dylematy. Sadownicy takich dylematów nie mają. Wybierają to, co Apple ma w swojej ofercie i wiedzą, że będą zadowoleni.

Czasem brakuje mi tego komfortu. Teraz zostaje tylko kwestia tego, czy ów brak jest na tyle dotkliwy, by porzucić własne przekonania i dać się zamknąć w ekosystemie Apple’a na dobre.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst