1. SPIDER'S WEB
  2. Gry
  3. Tech

In rays of the Light rzuca światło na jeden z moich absurdalnych lęków. Gra jest świetnym ostrzeżeniem

Gra In rays of the Light to ostrzeżenie dla cywilizacji

Nie widząc więcej niż kilka zrzutów ekranu, z ciekawości kupiłem In rays of the Light w PS Store. Na pierwszy rzut oka tytuł wyglądał jak kolejna przygoda w opuszczonej Prypeci, niedaleko czarnobylskiego reaktora. Szybko przekonałem się jednak, że mam do czynienia z czymś znacznie, znacznie innym.

UWAGA - poniższy tekst zawiera spoilery

Lubię od czasu do czasu zagrać w tzw. chodzony symulator. Odpręża mnie to. Mam również słabość do gier poruszających wątek czarnobylskiej elektrowni i pozwalających eksplorować opuszczone, niezwykle klimatyczne tereny ukraińskiej zony. Marcowa wydawnicza posucha w branży gier sprawiła, że gdy tylko zobaczyłem zrzuty ekranu z In rays of the Light w PS Store, błyskawicznie pobrałem grę do pamięci PlayStation 5. Tytuł jest dostępny także na PC, PS4, Xboksach oraz Nintendo Switchu.

Spodziewałem się klimatycznej wycieczki po zonie. Dostałem coś kompletnie innego.

Gracz rozpoczyna przygodę w In rays of the Light od eksploracji pierwszego piętra w pokaźnym budynku. Opuszczony gmach placówki publicznej został zjedzony przez ząb czasu. Budynek poddał się naturze, czego dowodem są m.in. pnącza wdzierające się do pomieszczeń oraz grzyb i mech na ścianach. Nie wiemy, gdzie się znajdujemy, kim jesteśmy oraz jaki jest nasz cel. Mamy przy sobie wyłącznie latarkę rozświetlająca ciemniejsze korytarze.

Sowiecki brutalizm architekturalny, pożółkłe plakaty zapisane cyrylicą i swojski klimat za oknem pozwala przypuszczać, że znajdujemy się gdzieś w bloku wschodnim. Zakładana przeze mnie Prypeć bardzo szybko okazała się jednak przedmieściami Moskwy. Przynajmniej tak można było wnioskować ze znalezionych dokumentów. Lekko rozczarowany, przystąpiłem jednak do eksploracji. Byłem zaintrygowany, dlaczego na rogatkach Moskwy stoi zarośnięte, dzikie osiedle z opuszczonym uniwersytetem w jego sercu.

In rays of the Light zdradza mi swoje sekrety przy użyciu znalezionych notatek, dokumentów i zdjęć.

Okazuje się, że w przeszłości do opuszczonej placówki edukacyjnej z jakiegoś powodu została przywieziona okoliczna ludność. Zebrane informacje pozwalały sugerować, że stało się to stosunkowo nagle. Autobusy zmieniły trasę jazdy. Większość ludzi była zaskoczona, zostawszy oderwana od codziennych zajęć i obowiązków. Dzieci, kobiety, mężczyźni - wszyscy trafili do wielkiego budynku. Nie wiedziałem tylko w jakim celu. I dlaczego z placówki edukacyjnej zniknęło wcześniej całe kierownictwo.

Na tym etapie In rays of the Light bawi się z graczem w kotka i myszkę. To zdecydowanie najlepszy fragment niezależnej produkcji. Łączymy pewne fakty, zaglądamy do okolicznych samochodów i budynków, a także snujemy przypuszczenia. Producent tytułu rzuca nam pod nogi fałszywe tropy, a kilka razy próbuje nawet przestraszyć. Tutaj jakieś kroki, tam dziwne szepty… aż przypomniało mi się świetne Gone Home, którego twórcy umiejętnie bawili się motywem horroru.

Potem znalazłem klucz do piwnicy i niemal wszystko stało się jasne. Chociaż mroczne.

Rozległa piwnica pod opuszczonym budynkiem skrywała wielkie, stalowe drzwi prowadzące do głębszej części obiektu. To właśnie tam trafili wszyscy ludzie, wcześniej pospiesznie porozdzielani na kilkunastoosobowe grupy. Ponad sześć setek osób - zdezorientowanych, wystraszonych i nieświadomych sytuacji - zostało upchniętych w dwóch podziemnych pomieszczeniach z jedną łazienką, połączonych szeregiem mniejszych, ciasnych korytarzy. Gdy wielkie grodzie zostały zamknięte, dopiero garstka z nich rozumiała, co tak naprawdę się dzieje.

Chwilę później schron przeciwatomowy zbudowany w piwnicy uczelni drżał jak oszalały. Z betonowego sufitu sypał się pył. Potężne wibracje stanowiły echo tego, co dzieje się na powierzchni. Były rezonansem potężnych fal uderzeniowych, rozrywających miejską siatkę wieżowców i budynków znajdujących się w położonym kilkanaście kilometrów dalej centrum Moskwy. Jeśli to trzecia wojna światowa, to trwała raptem kilka minut. Wymiana atomowych pocisków jednocześnie rozpoczęła i zakończyła konflikt dwóch mocarstw.

Gracz doświadcza tego, co czuły osoby zamknięte w atomowym schronie, na własnej skórze. In rays of the Light atakuje gracza fragmentami wspomnień i doznań innych ludzi. Autorowi gry udało się przekazać dezorientację, strach i niepewność osób zgromadzonych w bunkrze. Można by sądzić, że garstki niesamowitych szczęśliwców - wszakże przetrwali dewastujący atak. Z każdą minutą do kolejnych osób docierała jednak przerażająca świadomość. Zaczynali zdawać sobie sprawę ze swojego położenia. Są żywi, ale są też martwi.

Rozszalała radioaktywność panująca na zewnątrz nie dawała ocalałym żadnych szans na przeżycie. Z kolei jej poziom będzie śmiertelny przez lata. Osoby w piwnicy, chociaż chwilowo bezpieczne, były w potrzasku. Z każdym kolejnym dniem nadzieja na pomoc gasła w oczach kolejnego człowieka - dziecka, matki, ojca. Przy topniejących zapasach wody i żywności, przy życiu w wielkim ścisku ciasnych korytarzy, po trzydziestu dniach pierwsze osoby zaczęły odbierać sobie życie. Inne były na skraju załamania nerwowego. Nie zdradzę wam jednak, jak zakończył się los uwięzionych

In rays of the Light skutecznie wyciąga na światło dzienne jeden z moich absurdalnych lęków.

Wielu z nas bało się w życiu czegoś irracjonalnego, absurdalnego wręcz. Mnie oblał zimny pot podczas wycieczki do modelowej komunistycznej dzielnicy lat 50.: Nowej Huty. Odwiedziłem wtedy schron pod Kinem Światowid (dzisiaj Muzeum PRL), według miejskich legend mieszczący nawet kilkaset osób jednocześnie oraz chroniący przed atakiem jądrowym.

W praktyce nowohuckie schrony - powstałe początkowo z myślą o tradycyjnych nalotach - co najwyżej chroniły przed rażącymi czynnikami broni jądrowej takimi jak fala uderzeniowa czy promieniowanie świetlne (i to tylko po zmodernizowaniu). Miejsca tego typu mogły działać maksymalnie kilka dni. Co za tym idzie, osoby przebywające wewnątrz prędzej czy później musiałyby opuścić schronienie. Zmusiłby je do tego brak wody czy awaria filtrów powietrza.

Ze słów mojego przewodnika wynikało, że nowohucki schron nie ratuje życia w przypadku szeroko zakrojonego ataku jądrowego. On co najwyżej je wydłuża o kilkadziesiąt godzin. Wyobraziłem sobie wtedy, jakie to musi być uczucie, tłoczyć się w tak ciasnym i klaustrofobicznym miejscu. Z ludźmi, których w dużej mierze w ogóle nie znasz. Każdy jest przestraszony. Każdy jest zdesperowany. No i przede wszystkim każdy chce żyć. Znając ogrom przemocy, do jakiej może się posunąć człowiek walczący o przetrwanie, zrozumiałem, że taki schron to żadne wybawienie. To tykająca bomba. Rozejrzałem się dookoła betonowych ścian i zrobiło mi się jakby słabiej.

In rays of the Light może być bardzo sugestywnym ostrzeżeniem.

Jeden z najciekawszych zwrotów fabularnych w tej niezależnej produkcji dotyczy ram czasowych. Okazuje się bowiem, że akcja In rays of the Light nie miała miejsca pod koniec zimnej wojny. Wymiana atomowych pocisków odbyła się w 2022 r. Twórca gry początkowo umiejętnie skrywa to przed odbiorcą, karmiąc go obrazkami rosyjskich rogatek. Te - tak jak niektóre miejsca w Polsce - zatrzymały się w czasie. Stąd mylne przekonanie o osadzeniu gry kilka dekad w przeszłości.

In rays of the Light przypomina, że zagrożenie wojny atomowej wciąż wisi nam nad głowami. Wiemy o przynajmniej dziewięciu państwach posiadających współcześnie broń jądrową. Wystarczy, że na czele Rosji, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Chin, Indii, Pakistanu czy Izreala stanie grupa szaleńców chcących zobaczyć świat w ogniu. Wtedy zimny pot na moich plecach przestanie być absurdalny.