Tech / Felieton

Każdego dnia ukazuje się ponad 1000 aplikacji. Od pół roku nie zainstalowałem ani jednej

Dzień dobry, nazywam się Łukasz i od pół roku nie zainstalowałem ani jednej nowej aplikacji. Zważywszy na to, że każdego dnia ukazuje się ich ponad 1000, uważam to za niemały sukces, a może… oznakę zmęczenia?

W ciągu ostatniego półrocza na moich smartfonach pojawiły się dwie nowe aplikacje. Celowo używam tu słów „pojawiły się”, bo tak w istocie było - na Androidzie moje konto zostało objęte wczesnym udostępnieniem Android Auto, zaś na iOS, gdzie używam aplikacji Microsoftu, zostały one zastąpione jedną aplikacją Microsoft Office.

Oprócz tego od ponad pół roku nie zainstalowałem ani jednego nowego programu, a gdybym dobrze przyjrzał się zainstalowanym aplikacjom, zapewne znalazłbym jeszcze kilka aplikacji do usunięcia.

Gdy przywracam konto z chmury na nowym testowym smartfonie z Androidem, widzę zaledwie 31 powracających aplikacji.

Na iPhonie 11, z którego korzystam prywatnie i na którym trzymam także aplikacje „na wszelki wypadek”, zainstalowanych jest 51 aplikacji (nie licząc systemowych), z czego tylko 21 wyciągniętych jest „na wierzch”. Reszta schowana jest w folderach, gdzie czeka na okazjonalne użycie raz na kilka tygodni, a czasem nawet (w przypadku Ubera czy FreeNow) raz na kilka miesięcy.

Był czas, gdy obsesyjnie wręcz instalowałem i testowałem każdą interesującą nowość, szukałem lepszych wersji istniejących rozwiązań czy po prostu z nudów szukałem zamienników dla popularnych aplikacji.

Nie było trudno wpaść w wir poszukiwań. Według danych serwisu Statista w ubiegłych latach każdego dnia w sklepach z aplikacjami pojawiało się ponad 1400 nowych pozycji. Apple App Store i Google Play Store mają w swoich zasobach odpowiednio 2,2 i 2,8 mln apek. Jest więc w czym przebierać. Pozostaje tylko pytanie - czy warto?

Ostatnio doszedłem do wniosku, że nie warto.

Punktem krytycznym, po którego przekroczeniu odechciało mi się eksperymentów, było ubicie Inbox by Gmail, poprzedzone śmiercią doskonałego Sunrise Calendar na macOS.

Te dwa zdarzenia skutecznie wyleczyły mnie z zaufania do niszowych usług, zwłaszcza z kategorii najczęściej wykorzystywanych aplikacji typu poczty czy kalendarza.

Z tego względu nie zainstalowałem np. aplikacji Hey, którą właśnie „jarają się” środowiska biznesowe. Firma Basecamp, która stworzyła nowego klienta pocztowego, nie jest firmą-krzak. Raczej nie zniknie z dnia na dzień, albo nie zostanie przejęta przez większego gracza. Ale czy ktokolwiek ma taką siłę przebicia, by móc rywalizować z Gmailem lub Outlookiem? Oczywiście, że nie.

Nie widzę więc korzyści w instalowaniu aplikacji, która za kilka miesięcy czy lat zniknie z rynku, bo nie uda się jej zbudować dostatecznie dużej bazy użytkowników, by przetrwać.

A jest to bardzo prawdopodobne, bo wg danych Statisty bardzo szybko nudzimy się nowymi aplikacjami. Analiza pokazuje, że po trzech miesiącach aż 71 proc. użytkowników, którzy pobrali daną aplikację, przestaje z niej korzystać.

Źródło: Statista

Codziennie ukazuje się ponad 1000 aplikacji. Ile z nich naprawdę jest nam potrzebne?

Przyjmijmy, uśredniając, że w ubiegłym roku światło dzienne ujrzało 365 tys. aplikacji. O ilu z nich słyszeliście? Ile z nich zrobiło na tyle wielkie wrażenie na publice, że ktokolwiek je opisał, czy choćby zainstalował i sprawdził?

Za cały 2019 r. do głowy przychodzi mi tylko jedna aplikacja - FaceApp. I to tylko dlatego, że - jak się okazało - podczas gdy cały świat ochoczo postarzał swój wizerunek, aplikacja ochoczo przekazywała dane na rosyjskie serwery (choć oczywiście jej twórcy temu zaprzeczyli). Średni do powód do chwały.

Oczywiście nie mówię tu o grach, bo te rządzą się swoimi prawami. A to właśnie one stanowią największy procent nowo pojawiających się aplikacji.

Źródło: Statista

Osobiście jednak w gry na smartfonie nie gram wcale, od gier mam peceta, a na smartfonie preferuję inne rozrywki - czytanie/słuchanie książek lub oglądanie wideo.

Badania pokazują zresztą, że znakomita większość użytkowników spędza na smartfonach większość czasu w raptem 10 aplikacjach, a aż 77 proc. czasu w TOP 3. Statystycznie rzecz ujmując, co miesiąc odpalamy góra 25 aplikacji.

Źródło: Statista

Skoro używamy tak niewielu aplikacji, dlaczego wciąż powstają nowe?

Bo, jak mówi polskie przysłowie, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Pomimo tego, że statystyki jasno mówią, iż wykorzystujemy ledwie garstkę aplikacji każdego miesiąca, wciąż są one szalenie dochodowym biznesem.

Szacuje się, że w samym tylko 2020 r. aplikacje mobilne wygenerują 189 mld dol. przychodu. Co jest ciekawe o tyle, że znakomita większość z nich jest dostępna za darmo. Przychód pozyskują dwojako - albo wyświetlając użytkownikom reklamy, albo oferując subskrypcje czy też mikropłatności, by odblokować dodatkowe funkcje.

Z roku na rok rośnie też liczba powstających aplikacji, tak jak rośnie liczba użytkowników, którzy je pobierają. Eksperci z serwisu Statista szacują, iż między 2018 a 2022 r. czeka nas aż 25-procentowy przyrost liczby pobrań. Dla przypomnienia, w 2018 roku było ich aż 205 miliardów (!).

Źródło: Statista.

Klęska urodzaju

Dlaczego powstaje tak wiele aplikacji, a z tak niewielu korzystamy?

Przede wszystkim dlatego, że większość z nowo powstających aplikacji nie rozwiązuje żadnego problemu, albo rozwiązuje problem, który dawno jest już rozwiązany. Przez inną aplikację, zwykle robiącą to lepiej.

W dużej mierze ta dysproporcja jest też spowodowana nieuczciwymi praktykami, których ani Google’owi, ani Apple’owi nie udało się jeszcze do końca wykorzenić ze swoich platform. Dlatego na każdą popularną aplikację znajdziemy kilka klonów, nieudolnie kopiujących jej możliwości.

Niewiele powstaje też usług robiących cokolwiek lepiej czy choćby inaczej. No i trzeba pamiętać, że znaczna część z tych tysięcy wypuszczanych codziennie aplikacje to niszowe programiki, np. aplikacja łącząca się z inteligentną suszarką do włosów jakiejś firmy, o której nikt nie słyszał.

W przypadku mojego własnego ograniczenia użycia aplikacji widzę zaś inną przyczynę - ogólnożyciowy „esencjalizmu”, czyli ograniczenie używanych rzeczy do tego, co naprawdę niezbędne lub/i naprawdę sprawiające mi przyjemność.

Przestałem instalować aplikacje, z których nie mam żadnego pożytku i używam tylko tych programów, które w realny sposób polepszają moje życie, bądź są niezbędne do pracy.

I gdy podejść do tematu w ten sposób, nagle okazuje się, że takich niezbędnych aplikacji naprawdę nie jest wiele. A odnalazłszy te, które się sprawdzają, nie ma powodu, by szukać dalej.

Głęboko wierzę też, że tak jak minimalizm zmienił się w ostatnich miesiącach z zaledwie trendu do globalnego ruchu, tak następny w kolejce będzie minimalizm cyfrowy.

Jako społeczeństwo pomału dojrzewamy do zrozumienia, że cyfrowy nadmiar jest równie szkodliwy, co ten rzeczywisty. I nie ma znaczenia, że nadmiar aplikacji czy usług na telefonie nie powoduje bałaganu w pokoju, więc możemy ich mieć tyle, co dusza zapragnie - rozumiemy, że posiadane przez nas rzeczy (w tym aplikacje) zajmują przestrzeń nie tylko fizyczną, ale też mentalną.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst