Gry / Artykuł

Gdy amerykańskie ulice są pełne ognia i nienawiści, międzynarodowe korporacje uprawiają PR

104 interakcji
dołącz do dyskusji

Zamieszki na tle rasowym trawiące Stany Zjednoczone to największy społeczny kryzys tego mocarstwa od czasu czarnych panter, ruchu praw obywatelskich i zabójstwa Martina Luthera Kinga. Gdy amerykańskie ulice są pełne ognia oraz nienawiści, międzynarodowe korporacje uprawiają PR.

To piąty dzień zamieszek w Stanach Zjednoczonych. Część protestów przeciwko systemowemu nadużywaniu policyjnej siły wobec czarnoskórych przeradza się w regularne starcia. Dochodzi do napadów na sklepy oraz do publicznych linczów. Na ulicach Stanów Zjednoczonych wybuchł chaos, do zdławienia którego ma wystarczyć policja – ta sama, która jest powodem i inspiracją protestów. Tymczasem prezydent USA trafił do podziemnego bunkra, z kolei w Białym Domu wymownie zgasły światła. Konflikt rozlewa się na kolejne części Stanów, będąc tematem numer jeden w amerykańskich oraz światowych mediach.

Firmy wykorzystują tę sytuację do uprawiania PR-u.

Nie jest to nic dziwnego ani zaskakującego. Przedsiębiorstwa nie żyją wszakże w próżni. Wielkie biznesy mają swoich klientów, rynki zbytu oraz wizerunki, o które muszą walczyć i które muszą pielęgnować. Stąd coraz więcej firm zabiera głos w sprawie protestów, solidaryzując się z czarnoskórymi obywatelami Stanów Zjednoczonych. Czasami robią to w kapitalny sposób, innym razem bez wyczucia i w kompletnie złym stylu.

W przypadku większości przedsiębiorstw widać wspólny, kolegialnie przyjęty model postępowania. Za pomocą mediów społecznościowych publikuje się grafikę – najczęściej biały napis na czarnym tle – przedstawiający stanowisko firmy wspierające protestujących w słusznej sprawie. Ten proces stał się tak powszechny, że powstał nawet prześmiewczy szablon, za pomocą którego autor wytyka hipokryzję przedsiębiorstw działających w USA. Część podmiotów organizuje także zbiórki na rzecz czarnoskórych społeczności bądź organizacji walczących z rasizmem.

Branża gier również chwyciła za wirtualne czarne tablice.

Podmioty z sektora interaktywnej rozrywki kreślą na nich swój wizerunkowy przekaz. Głos zabrały takie firmy i takie marki jak PlayStation (Sony), Xbox (Microsoft), Ubisoft, Call of Duty, Quantic Dream, Electronic Arts, Ubisoft czy Activision Blizzard. Wielkim szokiem było zwłaszcza odwołanie konferencji Sony, na której mieliśmy zobaczyć pierwsze gry dedykowane nadchodzącej konsoli PlayStation 5. Pokaz został anulowany, a do tego przybliżona data premiery PS5 zniknęła z oficjalnej witryny Sony.

W moim osobistym odczuciu najciekawszy model działania wybrał Microsoft. Firma wykorzystuje czas społecznego niepokoju, aby przedstawiać historie i punkty widzenia swoich czarnoskórych pracowników. Gigant z Redmond oddaje głos tym, którzy w sprawie miękkiej segregacji rasowej oraz systemowej przemocy policji mają coś do powiedzenia, na podstawie własnego wyglądu, pochodzenia oraz doświadczeń.

AllLivesMatter vs BlackLivesMatter.

Bardzo ciekawym wątkiem jest podejmowana próba podniesienia hasła „black lives matter” do szerszego sloganu „all lives matter”. Tego typu inicjatywy spotykają się z silną krytyką, zwłaszcza wśród politycznie zaangażowanych aktywistów oraz część czarnoskórych osób. Świetnym tego przykładem jest postawa aktora Johna Boyegi, doskonale znanego z nowej trylogii Gwiezdnych wojen. Boyega marginalizuje inne formy rasizmu niż ten, z którym muszą mierzyć się czarnoskórzy.

W gigantycznym ogniu krytyki znalazł się jeden z szefów Quantic Dream – studia odpowiedzialnego za takie gry jak Heavy Rain, Beyond: Two Souls czy Detroit: Become Human. Guillaume de Fondaumière użył sformułowania „all lives matter”, przez co spotkał się z ostrą krytyką części użytkowników Twittera. Do tego Guillaume w dosyć prostacki sposób wykorzystał sytuację, aby promować jedną z gier swojego studia. Wpis zniknął, a w jego miejscu pojawił się inny. Już ze zwrotem „black lives matter”. Tandetna reklama niestety pozostała na swoim miejscu.

Niektóre firmy nie skorzystały z okazji, aby siedzieć cicho.

Mam tutaj na myśli przede wszystkim grupę Activision Blizzard. Spółka ma w swojej historii paskudną kartę, dotyczącą protestów w Hongkongu. Blizzard panicznie, radykalnie i zdecydowanie kneblował tych graczy i komentatorów, którzy wykorzystywali ich gry do wspierania protestujących w Hongkongu. Wydawca zawieszał e-sportowców, zwalniał speakerów oraz wprowadzał filtry do internetowych czatów w swoich sieciowych grach. Twórcy Diablo stali się w oczach opinii publicznej podnóżkiem Chin, podobnie jak NBA czy Apple.

Kilka miesięcy temu Blizzard zamykał usta tym, którzy wspierali walczących o wolny Hongkong. Dzisiaj spółka niesie na sztandarze slogan black lives matter, tak ważny dla wielu milionów czarnoskórych obywateli USA. Taka firma nie ma do tego żadnego moralnego prawa. Skoro dobry biznes jest dla niej ważniejszy niż wolność i niezależność, niech będzie konsekwentna. Blizzard doskonale jednak rozumie, że gdyby wsparł mieszkańców Hongkongu, Chiny zamknęłyby przedsiębiorstwu drzwi do rynku Państwa Środka. W USA firma nie ma tego problemu i nie musi grać na politycznych klawiszach Trumpa. Dlatego łatwo wspierać czarnoskórych, gdy nic to Blizzarda nie kosztuje.

Na szczęście internauci doskonale pamiętają wydarzenia sprzed kilku miesięcy. Pod wpisem Activision Blizzard powstał gigantyczny ogon komentarzy dotyczący Chin, Hongkongu oraz korporacyjnej hipokryzji. Szkoda tylko, że dopuszcza się jej firma, którą kiedyś wszyscy uznawaliśmy za jednego z najbardziej utalentowanych producentów gier wideo. I chociaż takie produkcje jak World of Warcraft czy Overwatch w dalszym ciągu są niezwykle grywalne i niezwykle wciągające, Blizzard nie jest już ten sam. Czarna tablica z białymi literami tego nie naprawi.

Systemowa przemoc w stosunku do czarnoskórych jest realnym problemem.

Działania firm, najczęściej wynikające z chłodnej wizerunkowej kalkulacji, nie powinny przysłaniać sedna problemu: miękka segregacja rasowa wciąż istnieje w USA, z kolei systemowa przemoc wobec czarnoskórych jest faktem. Faktem jest również, że amerykański funkcjonariusz policji zabił obezwładnionego George’a Floyda, dusząc go kolanem. Potwierdzają to dwie niezależnie od siebie sekcje zwłok. Przemoc organów porządkowych to problem, z którym Stany Zjednoczone nieskutecznie mierzą się od lat. Powszechny dostęp do broni, wysoki poziom stresu u amerykańskich funkcjonariuszy, wielkie dysproporcje post-klasowe, zróżnicowany dostęp do służby zdrowia, imigranckie getta czy niska jakość podstawowej edukacji jedynie potęgują te zjawisko.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst