Foto / Recenzja

Sigma 24-70 mm f/2.8 Art dla bagnetu Sony E okiem fotografa produktowego. Recenzja po 3 miesiącach

Mijają prawie trzy miesiące, odkąd korzystam z obiektywu Sigma A 24-70 mm f/2.8 DG DN dla bagnetu Sony E. Czas odpowiedzieć, jak spisuje się nowy „wół roboczy” pod pełne klatki Sony.

Jeśli natrafiłeś na ten tekst szukając odpowiedzi na pytanie: czy warto? Odpowiadam już teraz: warto. Polecam więc czym prędzej udać się do sklepu i zamówić obiektyw, póki jest dostępny.

Okazuje się bowiem, że od grudnia Sigma A 24-70 mm f/2.8 DG DN Sony E jest ustawicznie niedostępna w większości sklepów fotograficznych. W chwili pisania tego tekstu można ją nabyć bodaj wyłącznie w oficjalnym sklepie polskiego dystrybutora – a zważywszy na zapotrzebowanie i szalejącego koronawirusa, ta sytuacja może się szybko zmienić.

Cieszę się ogromnie, że sam nie zwlekałem i zakupiłem to szkło, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. Po trzech miesiącach pracy z Sigmą 24-70 mm f/2.8 i korpusem Sony A7rIII muszę powiedzieć, że dawno już nie spotkałem się z tak jednoznacznie kapitalnym obiektywem.

Gwoli ścisłości, przyjrzyjmy się, o czym w ogóle rozmawiamy. Sigma 24-70 mm f/2.8 Art. To uniwersalny obiektyw typu zoom, o stałym świetle f/2.8 i ogniskowych od 24 do 70 mm – reporterski standard i trzecia tego typu konstrukcja przeznaczona pod bagnet Sony E; dołącza tym samym do obiektywu Sony 24-70 mm f/2.8 GM oraz Tamrona 28-75 mm f/2.8. Warto przy tym zaznaczyć, że jest to zupełnie nowa konstrukcja dedykowana bagnetom Sony E oraz L-Mount; nie jest to ten sam obiektyw, który możemy kupić pod bagnety pełnoklatkowych Nikonów i Canonów. Obydwa obiektywy, pomimo tej samej nazwy, diametralnie różnią się wyglądem, budową i nawet jakością optyczną.

Obiektyw zbudowany jest z 19 elementów w 15 grupach, zamkniętych w wytrzymałej, uszczelnianej obudowie, jakiej spodziewamy się po obiektywie Sigmy z linii Art.

Całość waży 835 g, średnica filtra wynosi 82 mm, a obiektyw został zaprojektowany w taki sposób, by po zdjęciu obudowy przeciwsłonecznej leżeć idealnie w jednej płaszczyźnie z podstawą pełnoklatkowych korpusów Sony.

Cena: 4990 zł.

Zanim przejdę do tego, jak obiektyw spisywał się na co dzień, pomówmy o kilku wadach tego obiektywu.

Sigma A 24-70 mm f/2.8 DG DN Sony E nie jest szkłem idealnym.

Koledzy z serwisu optyczne.pl poddali go drobiazgowym testom i potwierdzili w warunkach laboratoryjnych to, co sam mogłem zaobserwować gołym okiem. Z tym szkłem są trzy podstawowe problemy:

  • Potężna dystorsja, szczególnie na ogniskowych od 24-35 mm
  • Wyraźna aberracja chromatyczna na najdłuższej ogniskowej
  • Wyraźne winietowanie na całym zakresie ogniskowych

Te trzy wady ujawniają się nie tylko podczas fotografowania w warunkach kontrolowanych, ale widać je także w codziennej pracy. Czy jednak są na tyle istotne, by w ogóle się nimi przejmować? Mówiąc szczerze… ani trochę.

Winietowanie usuniemy w Lightroomie jednym kliknięciem, podobnie jak dystorsję. Nieco problemów nastręcza aberracja chromatyczna, choć dużo tutaj zależy od fotografowanych obiektów – sam zajmuję się głównie fotografią produktową i tylko fotografując pod światło aberracja była na tyle istotna, żebym musiał ją usuwać w post-produkcji.

24 mm
70 mm

Wady optyczne nie uwierały mnie ani odrobinkę, w przeciwieństwie do dwóch cech konstrukcji, które po trzech miesiącach wciąż irytują.

Pierwsza z nich to osłona przeciwsłoneczna, którą pokryto gumowanym materiałem. Osłona spełnia swoje zadanie, ale brudzi się przy tym niemiłosiernie. Do tego po ledwie trzech miesiącach noszenia w torbie już widać na niej pierwsze rysy i otarcia (sam obiektyw nadal wygląda jak nowy).

Druga irytacja wynika z umiejscowienia pierścienia zmiany ogniskowej. Ten jest tak blisko korpusu aparatu, że aby nim obracać konieczne jest podłożenie podstawy dłoni pod sam korpus, inaczej trudno jest sięgnąć palcami do pierścienia.

Jeszcze trudniej jest obsłużyć obiektyw, gdy na korpusie zamontowany jest grip z dodatkowym akumulatorem. Wtedy zmiana ogniskowej wymaga niezłej gimnastyki i w praktyce najłatwiej zrobić to nachwytem zamiast podchwytem, czego osobiście bardzo nie lubię.

To oczywiście kwestia przyzwyczajenia. W obiektywie reporterskim wolałbym jednak mieć pierścień zmiany ogniskowej dalej od korpusu, jak ma to miejsce w obiektywie Sony 24-70 mm f/2.8 GM, lub nawet bliżej elementu przedniego, jak w Tamronie 28-75 mm f/2.8.

Sigma 24-70 mm f/2.8 ART Sony

Ostatnim, acz drobnym problemem, jaki zauważyłem z tym szkłem, jest dość miękki obraz przy minimalnej odległości ostrzenia na najdłuższej ogniskowej.

Sigma 24-70 mm f/2.8 Art ostrzy już od 18 cm, z czego skrzętnie korzystałem podczas fotografowania sprzętu. I chociaż obiektyw rzeczywiście ostrzył z tej odległości przy ogniskowej 70 mm, tak uzyskany obrazek był relatywnie miękki. Wystarczyło się jednak wycofać o kilka cm, by ujęcia znów były ostre jak żyletka.

Mała rzecz, ale przy fotografii produktowej może nieco przeszkadzać.

Na tym koniec narzekania. Po trzech miesiącach z Sigmą 24-70 mm f/2.8 Art nie żałuję wydanych pieniędzy.

Celowo wstrzymywałem się tak długo z opisem moich wrażeń, gdyż chciałem poużywać obiektywu w każdym scenariuszu, z jakim mogę się zetknąć. Przez te trzy miesiące wykonałem kilka komercyjnych sesji produktowych, zrobiłem setki zdjęć dla Spider’s Web, fotografowałem konferencję biznesową i zrealizowałem materiały z premiery Samsunga Galaxy S20.

Rezultaty są naprawdę powalające.

Najważniejsza od strony użytkowej jest celność i jakość autofocusu. Ten w Sigmie 24-70 mm f/2.8 Art działa po prostu wzorowo. Nawet w połączeniu z nie najszybszym korpusem Sony A7rIII Sigma trafia prawie zawsze, jak na reporterski zoom przystało. Autofocus działa też błyskawicznie i jest praktycznie bezgłośny, co docenią przede wszystkim osoby filmujące.

Sigmą 24-70 mm f/2.8 Art nagrałem wszystkie przebitki do materiału o Samsungu Galaxy S20. Wszystko nagrywane „z ręki”, na autofocusie (niektóre ujęcia dodatkowo stabilizowane w post-produkcji). Obiektyw nie zawiódł ani pod względem nastaw ostrości, ani pod względem współpracy ze stabilizacją matrycy.

Sigma nie ma też najmniejszego problemu z współdziałaniem z trybami automatycznego rozpoznawania oka w korpusach Sony. Sprawdziłem to na Sony A7rIII oraz na Sony A7III, i na obydwu aparatach obiektyw zachowywał się wzorowo, rozpoznając oczy zarówno u ludzi, jak i u zwierząt.

Czysto subiektywnie powiem też, że produkowany przez Sigmę i korpus Sony obrazek najzwyczajniej w świecie mi się podoba. Zdjęcia nawet przed poddaniem obróbce mają odpowiednio nasycone kolory, są kontrastowe i bardzo plastyczne.

Nie wiem też, czy to tylko moje odczucie czy fizyczna właściwość obiektywu, ale Sigma 24-70 mm f/2.8 Art ma najpłytszą głębię ostrości z jaką spotkałem się w tego typu zoomie przy przysłonie f/2.8. Wielokrotnie łapałem się na tym, że musiałem nieco przymykać przysłonę by uzyskać pożądany efekt, czego nie musiałem robić np. w Tamronie 28-75 mm f/2.8 ani nawet w Sigmie 24-70 mm f/2.8 Art pod bagnetem Nikon F.

Bardzo ładnie prezentuje się też rozmycie tła. Zoom Sigmy ma tę przedziwną cechę stałek tego producenta, gdzie tło jest dosłownie masakrowane przy najjaśniejszych przysłonach. Bardzo ładnie wyglądają też „kulki bokehu”, zarówno na f/2.8…

…jak i po przymknięciu do f/5.

Z perspektywy pracującego fotografa trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić. Nowy zoom Sigmy robi to, co powinien robić uniwersalny obiektyw reporterski: działa niezawodnie i pozwala błyskawicznie uchwycić moment na cyfrowej kliszy. Nie nastręcza też większych problemów i jak na obiektyw tego kalibru, nie kosztuje też majątku.

A skoro o tym mowa…

Sigma 24-70 mm f/2.8 Art czy Tamron 28-75 mm f/2.8 – który wybrać?

Mogę powiedzieć wprost, że na pewno warto wybrać Sigmę zamiast droższego o 4 tys. zł. G Mastera od Sony. W laboratoryjnych pomiarach Sigma jest od obiektywu Sony ostrzejsza, obydwa szkła są równie dobrze wykonane, a minimalne wady optyczne Sigmy absolutnie nie są warte dopłaty do G Mastera.

Porównanie z Tamronem jest nieco bardziej skomplikowane. Kosztuje on bowiem nawet 1700 zł mniej od Sigmy, a oferuje kapitalną jakość obrazka… na matrycach o niższej rozdzielczości.

Sam zakupiłem Tamrona 28-75 mm f/2.8 do spółki z korpusem Sony A7rIII i bardzo szybko się okazało, że o ile Tamron spisywał się cudownie z 24-megapikselową matrycą Sony A7III, tak do 42 Mpix kompletnie się nie nadaje. Najtańszy jasny zoom pod bagnet Sony E nie był w stanie poradzić sobie z rozdzielczością matrycy w Sony A7rIII i wszystkie ujęcia wychodziły bardzo miękkie.

Nie wyglądało to źle po eksporcie zdjęcia do sieci, ale przy pracy z plikiem w pełnej rozdzielczości lub przygotowaniu zdjęć do druku brak ostrości walił po oczach.

Tutaj Sigma 24-70 mm f/2.8 Art zwyczajnie zmiata Tamrona, podobnie jak wygrywa z nim pod względem szybkości ostrzenia, cichej pracy i jakości wykonania.

Tamron za to jest znacznie mniejszy, znacznie lżejszy (550 g) i dzięki pierścieniowi zmiany ogniskowej na froncie obsługuje się go znacznie wygodniej. Pomimo plastikowej obudowy jest też wystarczająco uszczelniony, by zaspokoić potrzeby większość fotografów.

Powiedziałbym więc, że jeśli ktoś fotografuje pełnoklatkowym korpusem Sony z matrycą o przystępnej rozdzielczości, jak Sony A7III, niewiele straci wybierając Tamrona 28-75 mm f/2.8. To znakomita opcja dla entuzjastów czy mniej wymagających profesjonalistów.

Przy pracy na korpusach z matrycami o dużej rozdzielczości (Sony A7rIII, Sony A7rIV) Tamron jednak nie zda egzaminu, podobnie jak nie zaoferuje najwyższej możliwej jakości optycznej w pracy z innymi korpusami. Dla profesjonalistów i zaawansowanych foto-amatorów to właśnie Sigma 24-70 mm f/2.8 Art powinna być pierwszym wyborem, tym bardziej, że jak na obiektyw tej klasy wcale nie kosztuje majątku.

Sigma A 24-70 mm f/2.8 DG DN powinna znaleźć się w torbie każdego profesjonalisty pracującego z systemem Sony.

Nowy zoom Sigmy to znakomita konstrukcja. Absolutny wół roboczy, na którym można polegać w każdej sytuacji i który nie zawiedzie niezależnie od tego, czy pracujemy z korpusami reporterskimi czy studyjnymi.

Dla pracującego fotografa jej cena będzie wręcz pomijalna. 4990 zł, odjąć VAT, dodać wrzucenie w koszt uzyskania przychodu i otrzymujemy rewelacyjne narzędzie pracy, które zwróci się po pierwszym większym zleceniu.

Entuzjaści zaś, choć wydadzą na obiektyw trochę więcej, zapewne nie będą mieli problemu, by po kilku latach taki sprzęt odsprzedać z niewielką stratą, wszak obiektywy Sigma Art dobrze trzymają wartość i są pożądane na rynku wtórnym.

Osobiście jestem zachwycony tym zakupem. I patrząc na to, jak dobra jest Sigma 24-70 mm f/2.8 Art, już nie mogę się doczekać chwili, gdy w końcu zobaczymy 70-200 f/2.8 dla bagnetu Sony. Mam nadzieję, że stanie się to jeszcze w tym roku i profesjonaliści będą w końcu mogli zbudować cały ekosystem obiektywów w oparciu o przystępną ofertę Sigmy, jak mogą to dziś robić fotografowie pracujący z lustrzankami Canona i Nikona.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst