Social media  / Artykuł

Demokracja według Facebooka: możesz kłamać, ale musisz za to zapłacić

Zdrowy dyskurs demokratyczny według Marka Zuckerberga? Jeśli jesteś politykiem, masz przyzwolenie na publikowanie fake newsów, musisz tylko za ten przywilej Facebookowi zapłacić. 

Halloween przyszło w tym roku wcześniej. Na przesłuchaniu w amerykańskim Kongresie wyciągnięto z szafy Zuckerberga wszystkie szkielety i kazano mu się z nich wytłumaczyć. Choć politycy z komisji zajmującej się finansami mieli przede wszystkim rozwiewać swoje ewentualne wątpliwości dotyczące losów Libry, kryptowaluty Facebooka, to nie ograniczyli się do tego.

Jednym z najistotniejszych spośród poruszanych tematów był ten dotyczący reklamy politycznej. Facebook na początku października zmienił bowiem obowiązujące do tej pory w tym względzie zasady. Do kosza poszedł zapis, który nie pozwalał na publikowanie reklam politycznych opierających się na kłamstwie lub wprowadzających odbiorców w błąd. Nie wszystkim to się podoba.

Zniechęcanie do głosowania jest złe... Chyba że robicie to dyskretnie.

Przedstawicielka Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez grillowała Marka Zuckerberga w sprawie reklam politycznych i tego, czy dzięki nowej polityce firmy można za drobną opłatą swobodnie rozsiewać fake newsy. Podała dwa ciekawe przykłady, które w teorii mają pomóc odkryć granice, w jakich działają nowe zasady Facebooka, ale w praktyce obnażają ich oderwanie od rzeczywistości.

Ocasio-Cortez najpierw zapytała, czy będzie mogła potencjalnie opublikować na Facebooku reklamę podającą zły termin wybór i skierować ją do czarnoskórych amerykanów (korzystając z targetowania za pomocą kodów pocztowych). CEO Facebooka oznajmił, że ten demoniczny plan nie przeszedłby z racji wewnętrznych zasad zabraniających zniechęcania kogokolwiek do głosowania w wyborach.

Drugi przykład pokazywał nieco inną sytuację. Ocasio-Cortez zapytała, czy może umieścić reklamę informującą, że republikańscy politycy zagłosowali za Green New Deal. Przekładając to na polskie realia – lewicowy polityk mógłby publikować informację, że Korwin-Mikke głosował za wprowadzeniem parytetów, a Jarosław Kaczyński za aborcją na życzenie. Prawica za to mogłaby puszczać reklamy twierdzące, że Zandberg głosował za ustawą wprowadzającą obowiązkową religię w każdej szkole. Dociśnięty przez polityczkę Zuckerberg przyznał, że prawdopodobnie taka reklama zostałaby opublikowana.

Ten przypadek, według Zuckerberga, nie podpada bowiem pod zniechęcanie wyborców do ruszenia do urn, choć nie wszyscy się z tą interpretacją zgadzają. Mimo że politycy zawsze zgodnym chórem i głośno zachęcają przed wyborami do głosowania wszystkich, bez względu na polityczne sympatie, to jest to przekaz przeznaczony dla mediów i wdzięczenie się do opinii publicznej.

Pod koniec kampanii gra nie toczy się o to, komu uda się przejąć elektorat przeciwnika, bo na to jest zwykle za późno, ale w dużej mierze, o to, komu uda się swój elektorat zmobilizować, a elektorat przeciwnika zniechęcić do pójścia na wybory. Jednym z narzędzi do tego jest właśnie dezinformacja i obrzydzanie przeciwnej strony tak, żeby jej wyborcy machnęli ręką, mrucząc, że wszystkie te polityki to taki same obłudniki.

W praktyce napisanie, że politycy drugiej strony zrobili coś niedopuszczalnego z punktu widzenia ich wyborców (Kaczyński okazujący empatię, Schetyna okazujący charyzmę), jest znacznie skuteczniejszą metodą pozbywania się niechcianych głosów niż podawanie złej daty wyborów. Dodatkowo nie grozi zarzutami o stosowanie niedemokratycznych metod.

Zasada „hulaj dusza, prawdy nie ma” jest stosowana wtedy, gdy zniechęca do głosowania w sposób zbyt oczywisty. Jeśli robi to dyskretnie, wszystko jest w porządku.

Kłamstwo jest złe... chyba że nam za nie płacicie.

Rozumiem Facebooka, gdy argumentuje, że nie powinien samodzielnie oceniać prawdziwości newsów umieszczanych na swojej platformie. Przekonuje mnie twierdzenie, że firma technologiczna nie jest od tego, żeby mówić, co jest prawdą, a co nią nie jest.

Podoba mi się współpraca Facebooka (w niektórych krajach) z organizacjami pozarządowymi, które zajmują się weryfikacją informacji i próba okiełznania fake newsów w ten sposób. Ale kiedy czytam, że serwis pozwoli na fake newsy w reklamach politycznych, to coś mnie trafia.

Reklama to nie jest zwykły post. W przypadku reklam Facebook bierze pieniądze za publikowanie konkretnych treści i za pokazanie ich określonemu gronu użytkowników, ale nadal chce udawać, że dzieje się to niejako poza nim i poza jego kontrolą.

W tym tygodniu łzy wzruszenia wycisnęła z nas deklaracja Sheryl Sandberg, że na Facebooku reklamy polityczne nie są puszczane dla pieniędzy, ale dla dobra debaty publicznej. Jak tłumaczył z kolei Zuckerberg, według niego właśnie dla dobra debaty publicznej powinno się pozwalać publikować wszystko, jak leci.

Nawet kłamstwa, bo wtedy pokazuje się bezpośrednio, że niektórzy politycy z prawdą się mijają. To, że wielu wyborców nie dowie się, że właśnie przeczytało kłamstwo, bo ta informacja nie dotrze już do nich w sponsorowanej reklamie, jest już najwyraźniej dla debaty publicznej mniej istotne. Facebook i tak nie dość, że weźmie za promowania tego kłamstwa pieniądze, to jeszcze nie narazi się nikomu, odmawiając mu reklamy.

Różnicą między tym, czy możesz kłamać, czy nie, jest to, czy płacisz za ten przywilej Facebookowi. Najwyraźniej to on ustala koszt dobrej debaty publicznej i z niewątpliwym bólem serca, ale jednak godzi się, żebyśmy my je ponosili. Dla niego to czysty zysk.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst