Gry  / Recenzja

Horda wściekłych zombie potrafi przerazić. World War Z jest podobne do Left 4 Dead - recenzja

Nie spodziewałem się, że grając w World War Z będę miał aż tak silne skojarzenia z Left 4 Dead. O ile jednak gra sprzed lat była przebłyskiem kooperacyjnego geniuszu, tak tego geniuszu ewidentnie brakuje WWZ. To typowe rzemiosło, o którym po miesiącu nie będziemy już raczej pamiętać. No chyba, że razem z paczką internetowych znajomych macie niezdrowego hopla na punkcie żywych trupów.

- O ja pier***ę - powiedziałem do siebie pod nosem, gdy horda zombie zaczęła biec w kierunku mojej drużyny. To było jak fala tsunami. Morze wyciągniętych łaps i rozwartych szczęk pędzi w kierunku gracza. Czujesz się wtedy kompletnie bezsilny. Bezradny. Bezbronny. Wtem dźwięk stacjonarnego karabinu stawia cię na nogi. Członkowie drużyny rozpoczęli desperacką obronę portu i nie wypada ich zawieść.

Jeśli coś naprawdę się udało w World War Z, to właśnie hordy setek zombie widocznych na ekranie.

Pierwsze, drugie, nawet dziesiąte spojrzenie na rozszalałą hordę żywych trupów, biegnących w twoim kierunku, to coś niesamowitego. Twórcy gry próbowali oddać efektowne sceny z filmu o tej samej nazwie, rozgrywające się w Izraelu. Zombie były tam tak liczne i tak zdeterminowane, że żaden mur i żadna fortyfikacja nie stanowiła dla nich realnej przeszkody. W interaktywnym World War Z jest podobnie, ale nie do końca.

W przeciwieństwie do filmu kinowego, gra pozwala powstrzymać armię żywych trupów. Okazuje się bowiem, że ubicie tłumu 500, 1000 czy 2000 zombie wcale nie jest takie trudne, o ile posiada się odpowiednio wielkie lufy. Stacjonarne karabiny maszynowe, ładunki C4, automatyczne wieżyczki, wyrzutnie rakiet, ogrodzenia pod napięciem, nawet pociski moździerzowe - wszystko to część arsenału gracza oraz jego trzech towarzyszy.

Za pomocą ciężkiego sprzętu gracz i jego drużyna mogą osiągnąć coś, czego nie udało się nikomu w filmie: zatrzymać pędzącą hordę. Sukces nie jest jednak gwarantowany. Na wyższych poziomach trudności bardzo łatwo dać się przygnieść masie żywych trupów. Wystarczy, że jeden na czterech graczy nie daje z siebie stu procent, a porażka jest w zasadzie przesądzona. Stąd od razu moja sugestia: jeśli chcecie grać w World War Z, koniecznie zacznijcie od łatwego poziomu. Poznajcie misje, lokacje, zadania i rozłożenie sprzętu. Dopiero potem szukajcie prawdziwego wyzwania.

World War Z to gra do bólu kooperacyjna - rozgrywka samemu jest w zasadzie niemożliwa.

Scenariusz każdej z 11 misji zakłada aktywny udział 3 - 4 graczy. Na całe szczęście matchmaking działa błyskawicznie, a oczekiwanie w lobby trwa chwilkę. No chyba, że jakiś geniusz nie potwierdzi swojej gotowości do akcji. Wtedy cała drużyna musi czekać dodatkowe 120 sekund. Dzieje się to zdecydowanie częściej niż bym sobie tego życzył. Na szczęście w kilka dni od premiery World War Z serwery są bardzo liczne i zawsze jest z kim zagrać. Nawet na trudniejszych poziomach oraz w najbardziej dzikich porach dnia i nocy.

Co z samotnymi wilkami? Rozgrywka offline jest możliwa, ale tylko i wyłącznie teoretycznie. Dostajemy wtedy do pomocy boty, które są tak głupie, tak nieporadne i tak niesamodzielne, że znika jakakolwiek przyjemność z zabawy. Jeden prawdziwy towarzysz jest wart więcej niż trzy komputerowo sterowane namiastki razem wzięte. Jeśli więc ktoś chce nabyć WWZ z myślą o rozgrywce solo, lepiej niech pomyśli o Days Gone.

No taki średniaczek, no. Nawet pomimo mojej słabości do zombie.

Uwielbiam gry z żywymi trupami. Resident Evil, Left 4 Dead, Days Gone, Dead Rising, Project Zomboid, Dying Light, Left 4 Dead - mogę to chłonąć tonami. Jednak nawet chora, wynaturzona miłość do zombie nie sprawia, że World War Z staje się lepszą grą, niż na to zasługuje. O ile hordy prezentują się rewelacyjnie, a walka z nimi uchodzi za naprawdę emocjonującą, tak większość pozostałych elementów jest płytka. World War Z to typowy wyrób rzemieślniczy. Model strzelania jest przeciętny. Scenariusze misji są przeciętne. Grafika jest przeciętna (ale miła dla oka).

Left 4 Dead nie było świetne po prostu dlatego, że pozwalało na rozgrywkę czterech graczy jednocześnie. Tamta seria pokazywała przebłyski geniuszu przy takich elementach jak płacząca wiedźma (arcytrudny rodzaj przeciwnika), którą gracze obchodzili na palcach, unikając trudnego konfliktu. Albo wtedy, gdy jeden gracz musiał się poświęcić dla dobra pozostałej trójki. Właśnie takich rzeczy brakuje mi w World War Z. Tutaj schemat ciągle jest ten sam. Walczysz -> bronisz -> niszczysz hordę. Zmienia się tylko kolejność.

Wcale nie musiało tak być. Przecież można było dodać do gry  na przykład etap polegający na rozpaczliwej ucieczce całej drużyny. Albo lot śmigłowcem. Misja na pontonach. Zadanie w środku pędzącego pociągu. Brakuje mi takich perełek. Bez nich World War Z jest poprawne, ale niewiele więcej. Zamiast dodatkowych trybów PvP w stylu Call of Duty, w które zresztą nie gra prawie nikt, twórcy mogliby się skoncentrować na ciekawszych sekwencjach fabularnych. Projekt zyskałby na tym naprawdę wiele.

Dobra cena za grę, do której trzeba mieć paczkę znajomych.

Twórcy raczej są świadomi tego, że nie stworzyli kooperacyjnego arcydzieła. Być może dlatego World War Z w Epic Store kosztuje raptem 89 zł. Konsolową edycję tej gry nabędziecie z kolei w przedziale od 120 do 150 zł. To bardzo uczciwe stawki premierowe jak za taki produkt. Gdybyśmy razem z paczką znajomych kupili WWZ za 9 dyszek od sztuki, z myślą o wspólnej zabawie przez kilka wieczorów, nie miałbym sobie absolutnie nic do zarzucenia. Przy takiej stawce to jak najbardziej uczciwa transakcja.

Największe zalety:

  • Horda!
  • Gier kooperacyjnych nigdy dosyć
  • Rozwój postaci, odblokowywanie umiejętności
  • Przystępna cena, zwłaszcza na PC
  • Czuć ducha Left 4 Dead...

Największe wady:

  • ... chociaż wątły, niedoskonały, bez błysku geniuszu to duszek
  • Tryby PvP i PvPvE
  • Takie sobie scenariusze fabularne
  • Bez paczki znajomych gra traci dwa punkty
  • Po przejściu każdej misji nie chce się wracać do gry

Problem polega na tym, że kiedy już będziecie grać w World War Z z paczką internetowych kumpli, ktoś wcześniej czy później wypali: - Ej, czemu tak właściwie nie gramy w The Division 2/Diablo 3/Anthem/Destiny 2/Warframe?

Będzie to jak najbardziej zasadne pytanie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst