Oprogramowanie  / Felieton

Microsoft wydaje się rozumieć, że Edge służy głównie do pobierania Chrome’a

136 interakcji
dołącz do dyskusji

Inżynierowie Microsoftu i Google’a współpracują, by Chrome trafił na te wersje Windows, na których do tej pory dostępnym być nie mógł. To właściwe podejście do klienta, choć zespół tworzący Edge’a z pewnością nie jest zachwycony.

Jakie są trzy najważniejsze aplikacje na Windows? Według licznych badań, najczęściej wskazywanymi pozycjami są zestaw programów Office 365, iTunes i Chrome. Osobiście nie przepadam za przeglądarką Google’a, a iTunes uważam za program pomijalny, nawet dla właścicieli iPhone’a, tak nie jestem zaskoczony. Nie licząc specjalistycznych programów do konkretnych zastosowań, użytkownikowi Windows w zasadzie więcej nie potrzeba.

Chrome odniósł ogromny sukces na rynku przeglądarek. Nawet wśród użytkowników komputerów Apple’a – a to raczej grupa, która zazwyczaj jest zadowolona z domyślnie proponowanych przez producenta aplikacji – częściej na macOS używa Chrome’a, niż Safari. Przeglądarka Google’a jest Internet Explorerem naszych czasów. Z czego wynika wiele korzyści i wiele problemów.

Chrome stał się koniecznością. Sprzęty go nieobsługujące są zagrożone zepchnięciem na margines rynkowy.

A przecież są takie miejsca, gdzie jeszcze nie dotarł. Producenci Smart TV co prawda jeszcze nie muszą panikować – wątpliwym jest, by użytkownicy tych sprzętów jakoś szczególnie narzekali na brak synchronizacji swojego Konta Google w kontekście przeglądarki internetowej. Ale komputer bez Chrome’a? Dla wielu oznacza to: nie kupuję.

Microsoft wyraźnie doszedł do tego samego wniosku. Jak wynika z odkrytych przez redakcję 9to5Google wpisach w repozytorium Chromium – otwartoźródłowej przeglądarki, będącej fundamentem Chrome’a – Microsoft współpracuje z Google’em nad stworzeniem natywnej wersji Chrome’a działającej na Windows i procesorach ARM.

Windows 10 co prawda pozwala uruchamiać na procesorach ARM aplikacje napisane z myślą o procesorach x86. Są w tym jednak ograniczenia (można uruchamiać tylko 32-bitowe aplikacje) oraz inne problemy, jakimi są straty w wydajności. Emulacja środowiska x86 w wykonaniu Windows 10 jest co prawda zaskakująco wydajna, ale to nadal emulacja – w przypadku wymagających aplikacji webowych każda strata w szybkości działania programów jest niepowetowana.

Chrome to najpopularniejsza przeglądarka internetowa na świecie.

Do tej pory jedyną sensowną przeglądarką na smartbookach z Windows 10 był Microsoft Edge.

Z dwóch powodów. Po pierwsze, Microsoft nie zezwala na stosowanie w przeglądarkach internetowych budowanych na nowoczesną platformę UWP silnika renderującego innego niż EdgeHTML. Google tylko dla iOS-a zrobił wyjątek i tylko na tej platformie nie stosuje własnego silnika renderującego w Chrome. Smartbooki z Windows są póki co na marginesie rynkowym i przynajmniej przez jakiś czas jeszcze tam zostaną – Google nie ma wielu powodów, by w również w ich przypadku iść na kompromis.

Pozostaje więc stworzenie aplikacji na starszą platformę Win32. Tyle że skoro smartbooki na razie się prawie nie sprzedają, a 32-bitowa przeglądarka na tę platformę jako tako działa na komputerach z Windows 10 z procesorami ARM, to – ponownie – motywacja Google’a na stworzenie lepiej działającej wersji dla tych urządzeń jest bardzo mała.

Prawdopodobnie dlatego Microsoft oddelegował swoich inżynierów do Google’a.

Efektem tego prawdopodobnie będzie 64-bitowa wersja Chrome’a działająca natywnie na Windows 10 dla ARM. Raczej nie w Microsoft Store – chyba, że Microsoft zrezygnuje z trudnego do zrozumienia sztucznego ograniczenia dla publikowanych tam przeglądarek – ale możliwa do pobrania z oficjalnej witryny tej przeglądarki. Co to mówi o nadziejach Microsoftu na sukces Edge’a? To chyba pytanie retoryczne.

Czym innym jest brak sztucznych ograniczeń dla innych niż systemowa przeglądarek. Nie licząc Microsoft Store, Windows pozwala na stosowanie dowolnych aplikacji do witryn internetowych i ustawianie dowolnych przeglądarek za domyślne. Google mógłby i bez pomocy Microsoftu stworzyć natywnego Chrome’a dla Windows 10 z ARM – po prostu mu się nie chciało. Czym innym jest jednak przeznaczanie własnych zasobów, by konkurent miał łatwiej.

Przyszłość Edge’a nie jest zagrożona. Sieć będzie się jednak nadal rozwijała pod Chrome’a.

Mechanizmy zaszyte w przeglądarce Edge są niezbędne do funkcjonowania samego Windowsa – chociażby do celu renderowania interfejsu aplikacji, których interfejs jest napisany w językach webowych. Te mechanizmy – jak i sama przeglądarka – będą więc nadal rozwijane przez Microsoft.

Webowa część Internetu to jednak już domena Chrome’a. Niegdyś witryny pisano pod Internet Explorera – bo prawie każdy internauta go używał – teraz robi się to samo z myślą o przeglądarce Google’a. Microsoft przestaje więc walczyć z rzeczywistością, której zmienić nie jest w stanie.

To, niestety, złe wieści dla nas wszystkich. Chrome jest obiektywnie bardzo udanym produktem, a spora jego część to kod open-source – jest więc mniej kontrowersyjnym władcą od dziurawej fuszerki, jaką był Internet Explorer. Nie czuję się jednak dobrze z myślą, że za rozwój otwartej, wolnej i dostępnej dla każdego sieci Web będzie w głównej mierze odpowiadać potężna korporacja, której głównym atutem jest niesamowicie skuteczna zdolność do profilowania każdego z nas.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst