Media  / Felieton

Dlaczego dobry wulgaryzm nie jest zły

301 interakcji
dołącz do dyskusji

Ostatnio ktoś mi w twitterowej dyskusji rzucił: ty przeklinasz? Miałem cię za kulturalną osobę. Dało mi to do myślenia. Jednak nie w kierunku, o jakim myślicie.

Tak, przeklinam. Często. Lubię. W duchu klnę notorycznie. W kontakcie z innymi nieco mniej, choć… to uzależnione od konkretnych osób - w towarzystwie jednych nie przeklinam w ogóle, w towarzystwie drugich nieprzekleństwa trzeba by mocno odgrzebywać. Zresztą, co ja wam będę mówił - zapewne u was jest dokładnie to samo.

Nie, nie uważam przekleństw za coś złego. Szczególnie tych, które coś w dyskusji wnoszą, a nie są tylko oznaką ubogiego zasobu słów (niestety, bardzo częsta norma). Nie uważam, że w sferze publicznej należy bezwzględnie unikać przekleństw. Wcale nie uważam też, że dobre przekleństwo nie może się pojawić w - wiecie - dobrym uznanym medium, na papierze.

A uwaga „to ty przeklinasz?” dała mi do myślenia dlatego, że… nie wszyscy (jeszcze) odbierają przekleństwa tak, jak ja.

Swego czasu kwestią przekleństw - ich funkcjami, etymologią, porównaniem w różnych językach - żywo się interesowałem. Kolega na studiach językoznawczych napisał doskonałą pracę magisterską porównując użycie polskich słów „pierdolić/jebać” z angielskim „fuck”, która otworzyła mi oczy na wiele spraw.

Na przykład na to, jak szybko się zmienia kwestia akceptacji słów wulgarnych w sferze publicznej. Nie wszędzie jest tak samo. W naszym mocno konserwatywnym społeczeństwie (niestety coraz bardziej, co mnie martwi) społeczna akceptacja wulgaryzmów postępuje znacznie wolniej, niż na przykład w świecie anglosaskim. Tam, „fuck” już dawno straciło swoje społeczne tabu i niewielu się hamuje, by powiedzmy na żywo w tv nie pozwolić sobie na ich kilka.

Ba, niektórzy, szczególnie ci ze sfery artystycznej, uczynili z dosadnego i jednocześnie uroczo słowotwórczego języka wulgarnego swoją medialną siłę. Spróbujcie na przykład posłuchać jakiegoś wywiadu z jednym z dwóch braci Gallagher (dla niewtajemniczonych - z byłej już grupy Oasis, namaszczanej przez całe lata 90 ubiegłego wieku na następców Beatlesów) - toż to potoki wszelkiej frazeologii i idiomatyczności słowa fuck.

Nie kojarzę, by ktoś z polskiego medialnego mainstreamu pozwalał sobie na dosadny wulgarny język w oficjalnych wystąpieniach. A znam prywatnie kilku mocno znanych polskich celebrytów i… wszyscy oni używają pięknych potoków wspaniałych polskich wulgaryzmów. Często i obficie.

Ja jestem liberałem z krwi i kości (dziś niestety liberał mylony jest i kwitowany obraźliwym stwierdzeniem lewak). Jestem za postępem, więc mocno kibicuję, żeby wulgaryzmy zyskały w Polsce nieco lepszej prasy. Szczególnie że nasz język jest przecież tak wspaniały w tym zakresie, prawda?

Byłoby przynajmniej… weselej i przyjemniej.

A to dlatego, że wulgaryzmy to bardzo specjalne słowa także w ujęciu biologicznym. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale mają one specjalne miejsce w naszych mózgach. Pamiętam, jak pewna pani profesor na anglistyce opowiadała o swoim częściowo sparaliżowanym ojcu. Otóż ów pan jedyne co mógł komunikować werbalnie to… stek przekleństw. To dlatego, że za zdolność do przeklinania odpowiada prawa półkula mózgu, która jest powiązana z emocjami. Za ośrodek mowy odpowiada za to kora mózgowa znajdująca się w lewej półkuli.

Cóż, przekleństwa to właśnie nic innego jak emocje. Kiedy ich używamy, w mózgu aktywują się ośrodki, które odpowiadają właśnie za inicjację emocji, czyli jądra podstawne i ciało migdałowate. A skoro tak jest, możemy być pewni, że przekleństwa są tak stare, jak zdolność człowieka do werbalizacji swoich emocji, czyli są z nami od (prawie) zawsze.

Czy należy więc tłumić pierwotne emocje? Czy naprawdę są one złe? Nie przystoją?

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst