Media  / Lokowanie produktu

Plastikowe serce

Gdy wszedł do środka, dziewczynka nie spała. Siedziała na szpitalnym łóżku, wsparta kilkoma poduszkami i wpatrywała się w kołysane wiatrem gałęzie drzewa, tuż za oknem sali. Długie, ciemne włosy opadały na jej twarz, która w żaden sposób nie zdradzała, że dziewczynka dopiero co przebyła operację, od której zależała reszta jej życia.

Przyjechał tu tylko zrobić kilka zdjęć do artykułu, ale historia małej dziewczynki była na tyle fascynująca, że już przed planowanym przyjazdem do Legionowa spędził długie godziny badając ogólnodostępne materiały w Internecie.

Taktownie schował aparat do torby, postanawiając nie wyciągać go aż do właściwego momentu. Spojrzał na dziewczynkę, która odwróciła wzrok w jego stronę, a między jej brwiami zagościła drobna zmarszczka, towarzysząca zdziwieniu na widok nieznajomego wchodzącego do sali.

- Dzień dobry, Marysiu - przywitał się fotograf - mogę wejść?

- Tak, proszę - odparła dziewczynka, nadal nieco zdziwiona - kim pan jest?

- Mam na imię Eryk. Twój tata powiedział, że już nie śpisz, a ja bardzo chciałem z tobą porozmawiać.

- O, skoro tatuś tak powiedział, to chyba może pan wejść.

Eryk wszedł głębiej do sali, przyglądając się jej dość nietypowemu jak na polskie warunki wystrojowi. Żadnej smutnej zieleni. Żadnego odpychającego linoleum, a sufit sprawiał wrażenie pomalowanego przedwczoraj. Jakby tego było mało, ze ścian do dziewczynki uśmiechały się bajkowe postaci; był tam Król Lew i Mowgli, ale była też Myszka Miki i Kaczor Donald. Nie mogło zabraknąć Pingwinów z Madagaskaru i Elzy z „Krainy Lodu”. Pełen anturaż, trafiający w gust każdego dziecka.

Fotograf chwycił stojące przy ścianie krzesło i postawił je bliżej łóżka.

Kiedy na nim usiadł, dziewczynka obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Dopiero wtedy zauważył, że Marysia cały czas gładzi dłońmi jakiś przedmiot leżący obok na pościeli jej łóżka, ale nie mógł od razu powiedzieć, co to takiego.

- Jak się czujesz, Marysiu?

- Dobrze – odpowiedziała zaskakująco radośnie dziewczynka – naprawdę dobrze. Jakoś… inaczej.

- Inaczej?

- Wie pan, pierwszy raz mnie nie boli. To takie dziwne. Zawsze bolało, a teraz jak z panem rozmawiam, to nic mnie nie boli. To takie dziwne…

- To chyba dobrze, prawda? - odparł fotograf, odwzajemniając uśmiech dziewczynki najserdeczniej, jak tylko potrafił. - To znaczy, że operacja się udała?

- Pan doktor mówi, że byłam wzorową pacjentką - zaśmiała się dziewczynka, prostując się dumnie i na chwilę przestając gładzić przedmiot. Nagle jej uśmiech nieco przygasł, a wzrok znów padł na kołyszące się gałęzie drzewa za oknem. - Tatuś już nie musi się martwić…

- Skoro operacja się udała, to chyba naprawdę nie musi, prawda?

- Prawda… - powiedziała dziewczynka, z nietypową jak na dziesięciolatkę zadumą - bo tatuś bardzo się o mnie martwił, wie pan? Myślał, że ja też odejdę, jak mamusia i zostanie sam.

Eryk nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Był tylko zwykłym fotografem, reporterem, nie psychologiem dziecięcym.

Obejścia z dziećmi też nie miał za wiele, bo i gdzie miałby go nabyć? Nigdy nie miał rodzeństwa, a na własne potomstwo był jeszcze o co najmniej kilka lat zbyt młody.

Znał jednak doskonale historię leżącej przed nim dziewczynki. Wczytywał się w nią wielokrotnie przed przyjazdem do kliniki w Legionowie.

- Twój tata jest bardzo szczęśliwy, że w końcu wyzdrowiejesz, Marysiu. Sam mi powiedział.

- Tatuś bardzo się o mnie martwił… - powtórzyła Marysia - już myślał, że się nie uda. Bo wie pan, ja wcale nie miałam być tutaj w szpitalu. Tatuś zbierał pieniądze, żeby zawieźć mnie do Niemiec, ale potrzeba było bardzo dużo pieniędzy.

- Widziałem - uśmiechnął się do niej fotograf - sam dorzuciłem, ile mogłem na zbiórce internetowej. Widziałem jakie ładne kartki z podziękowaniami rysowałaś dla wspierających.

- Naprawdę? - rozpogodziła się na moment dziewczynka - dziękuję panu. Po chwili jej uśmiech nieco przygasł. - Ale to było za mało. Tatuś wtedy bardzo płakał, wie pan? Płakał jeszcze mocniej, niż po tym, jak zmarła mamusia.

Kolejny raz Eryk nie wiedział co odpowiedzieć, wyciągnął więc nieśmiało dłoń i pogładził dziewczynkę po włosach. Nie wiedział, czy postępuje właściwie, ale wiedział, co musiała przeżyć Marysia i jej ojciec. Sam wsparł zbiórkę na operację serca Marysi. Dziewczynka od urodzenia miała wrodzoną wadę najważniejszego ludzkiego organu i potrzebna była nowa zastawka.

Operacja była bardzo, bardzo kosztowna.

Wliczając koszta logistyczne i opiekę pooperacyjną - niebotycznie kosztowna. Nawet przy wsparciu kilku tysięcy ludzi, licznik zbiórki internetowej dojechał do ledwie dwóch trzecich wymaganej sumy. Nawet takie pieniądze zapierały dech w piersiach, ale okazały się stanowczo zbyt małą kwotą, by można było zoperować małą Marysię.

- Ale wie pan - powiedziała nagle dziewczynka - potem zadzwonił do nas pan doktor, stąd, z Legionowa. I powiedział tatusiowi, że może przeprowadzić operację tutaj, na miejscu. Że pieniędzy wystarczy, bo nie trzeba będzie kupować modelu serca, żeby przygotować operację. A to model serca był najdroższy, wie pan? Kosztował całe mnóóóóstwo pieniędzy. Ale tatuś mówił, że bez niego lekarze nie mogą naprawić mi serduszka.

- I co powiedział pan doktor z Legionowa?

- Że mają dużo tańszy model, który będzie tak samo dobry i że naprawią mi serduszko. I żeby tatuś się nie przejmował pieniędzmi, bo to, co zebraliśmy przez Internet wystarczy nawet na reha… rehabi…

- Rehabilitację?

- Tak, właśnie. Rehabilitację. Tatuś bardzo się ucieszył, prawie znowu się popłakał, kiedy lekarz opowiedział mu o tym sztucznym sercu. Bo wie pan, to sztuczne serce było wydrukowane w drukarce.

- W drukarce?

- Tak, ale nie takiej w domu, z papierem. Na drukarce 3D. Zresztą niech pan sam zobaczy, mam je tutaj - powiedziała pogodnie dziewczynka i pokazała fotografowi przedmiot, od którego nie potrafiła oderwać dłoni.

Przedmiot wyglądał niepozornie. Jak sporych rozmiarów pompka. Gdy pierwszy raz na żywo zobaczył, jak w rzeczywistości wygląda ta niesamowicie skomplikowana maszyneria, nie mógł się nadziwić, jak bardzo internetowe opisy nie oddają rzeczywistości.

A sądził, że dowiedział się wszystkiego.

Przeczytał wszystko, co tylko mógł odnaleźć w temacie. Początkowo w ramach zbierania materiałów przed napisaniem artykułu, potem już z czystej fascynacji. Teraz, widząc plastikowe serce na żywo, wiedział już, jak bardzo nie docenił tematu, który zgłębiał.

Kiedy pierwszy raz wyszukał w Google to sztuczne serce drukowane przez firmę Zortrax, przypominało mu nieco górną część hydrantu. Dwie duże rurki, szkielet konstrukcji i część krwista w całości wykonane w technologii druku trójwymiarowego. Tak jak i komora pneumatyczna. Silikonowy odlew zespołu membranowego, wykonany na uprzednio wydrukowanej formie.

Arcydzieło współczesnej inżynierii medycznej, spoczywające w dłoni 10-letniego dziecka, wyglądające równie niepozornie, jak leżące obok na szafce nocnej zabawki.

- A wie pan, że ja widziałam jak robili to sztuczne serce?

- Tak? A kto ci pokazał?

- Pan doktor - uśmiechnęła się dziewczynka. - Zabrał mnie i tatusia do takiej duuużej sali, gdzie byli naukowcy z Poli… Poli...

- Politechniki?

- Tak. I mieli ze sobą taką drukarkę, wie pan? Nazywała się Zor... Zortrax. Zupełnie jak postać z bajki – dodała po chwili namysłu. – I wie pan co? Ona była taaaka malutka. Chyba mogłabym ją postawić na swoim biurku, gdybym chciała.

- No, masz rację. Też widziałem tę drukarkę, rzeczywiście jest nieduża.

Obejrzał ją tydzień wcześniej, przy okazji innego reportażu w tej samej klinice. Pani Zofia, lat 62, żylaki takie, że praktycznie nie mogła chodzić.

Ją też uratowali lekarze z Legionowa oraz drukarka Zortrax M200.

Z zewnątrz kompletnie niepozorna maszyna. Kosteczka, której obszar roboczy mierzył nie więcej niż 20 centymetrów na każdym z boków. Eryk mógł na własne oczy podziwiać tańczący w jej wnętrzu filament, który zbudował coś na kształt wyciągarki, dzięki której lekarze mogli zlikwidować żylaki metodą endowaskularną, czy jakoś tak.

m300_m200

W każdym razie, to wydrukowana maszyna wyciągała z żył pani Zofii laser światłowodowy, który zamykał jej naczynia krwionośne. Żadnych blizn. Żadnych siniaków. Po raz pierwszy. Wcześniej po każdym zabiegu i tak wracała do szpitala, bo „coś poszło nie tak”, jak sama parafrazowała słowa lekarzy. Dopiero kiedy robotą zajęła się maszyna, a nie człowiek, wszystko poszło tak, jak należy.

Eryk przeniósł ponownie wzrok na małą dziewczynkę, która wróciła do obracania plastikowego serca w dłoniach. Nie chciał już zasypywać jej pytaniami. Wiedział dostatecznie wiele, by napisać artykuł o pierwszej operacji serca, do której pomiary wykonano na sztucznym sercu wydrukowanym w 3D. Które kosztowało wielokrotnie mniej, niż warte ponad milion złotych skomplikowane sztuczne serca, proponowane przez zachodnie kliniki.

I to wszystko z drukarki, którą mógł w zasadzie kupić po dwóch miesiącach pracy!

Eryk nie znał się na medycynie, ani tym bardziej na druku 3D, ale wiedział, że ludzki organizm to najbardziej skomplikowana aparatura na świecie. To, co wyczyniali przy nim chirurdzy, nie mogło się w żaden sposób równać z jego pracą, polegającą w dużej mierze na operowaniu suwaczkami w programie do obróbki grafiki.

O nie, tu potrzeba było o wiele większej precyzji, niebywałej dokładności. Tu stawką było ludzkie życie, więc błędy nie wchodziły w grę. Sam fakt, że coś tak skomplikowanego jak ludzkie serce można było odwzorować na malutkiej drukarce 3D, kosztującej tak śmieszne jak na swoje możliwości pieniądze, zapierał dech. A co będzie za 10 lat?

- Chce je pan zobaczyć? - zapytała nagle Marysia.

- Ale co?

- No, moje plastikowe serduszko.

Nie czekając na odzew ze strony fotografa dziewczynka chwyciła go za nadgarstek i położyła jego dłoń na trójwymiarowym modelu serca.

Z zewnątrz w żaden sposób nie przypominał prawdziwego organu bijącego w ludzkiej klatce piersiowej, lecz wewnątrz stanowił jego doskonałe odzwierciedlenie.

Na tyle doskonałe, że lekarze mogli na jego podstawie dokładnie wymierzyć, gdzie trzeba ciąć, gdzie wstawić zastawkę, by nie było konieczne otwieranie żeber małego dziecka. Z tego co wiedział, jedyne, co zostanie Marysi po tej niezwykle skomplikowanej operacji, to niewielka blizna w okolicy serca. Nic więcej.

Fotograf chwycił dość ciężkie, ale i delikatne serce, popatrzył na nie przez chwilę i położył znów przy dziewczynce. Nie miał pojęcia, ile kosztowało wydrukowanie takiego modelu. Pewnie dostatecznie wiele, by obchodzić się z nim jak z jajkiem, ale jak widać na tyle mało, by móc dać dziewczynce pamiątkę.

Symbol nowego życia.

- Dziękuję. Marysiu, mogę zrobić ci kilka zdjęć z twoim plastikowym serduszkiem?

Dziewczynka nie odpowiedziała, tylko chwyciła wydrukowany w 3D model serca i uśmiechnęła się promiennie do Eryka.

Ten już zdążył wyciągnąć swojego Nikona z leżącej na podłodze torby. Szybko dobrał odpowiednie parametry, wybrał kadr i nacisnął spust migawki.

Tylko raz.

Spojrzał na przechwycony przez matrycę obraz na monitorze aparatu i wiedział, że już to ma. Mała dziewczynka, z potarganymi, ciemnymi włosami, uśmiechała się szczęśliwa wprost do obiektywu. Uśmiechała się wprost do tego, kto oglądał fotografię.

W jej oczach tańczyły iskierki, a światło wpadającego przez okno szpitalnej sali słońca rozlewało się szerokim strumieniem tuż za jej głową.

Dłonie trzymała na wysokości klatki piersiowej. A tam, pod drobnymi palcami dziesięciolatki, spoczywało plastikowe serduszko. Niebijące. Nieżywe.

Ale dające nowe życie prawdziwemu sercu, które wciąż biło w ciele dziewczynki.

*Powyższe opowiadanie jest dziełem fikcji literackiej, ale zostało częściowo oparte o rzeczywiste zdarzenia. Zbieżność miejsc i osób jest przypadkowa.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst