RTV  / Felieton

Od dziś będzie mi bardzo trudno recenzować nowe telewizory

121 interakcji
dołącz do dyskusji

Miłościwie mi panujący Przemek co rusz mi powtarza, że „once you go Mac, you never go back”. Mam coś podobnego w zanadrzu, tyle że, dla odmiany, ja mam rację. Podmieńmy tylko „Mac” na OLED. I chrzanić to, że się nie rymuje.

Wspólnie z Dawidem relacjonowaliśmy wam konferencję prasową LG, na której zaprezentowano pierwsze telewizory OLED, które będą dostępne w Polsce w cenie nie urągającej zdrowemu rozsądkowi. Choć nadal są bardzo drogie, tak faktycznie zaczynają być w zasięgu nie tylko tych absurdalnie bogatych, ale również i „tylko” zamożnych konsumentów. Już praktycznie następnego dnia udało mi się wypożyczyć jeden z modeli do testów. 55-calowy LG 4K OLED z webOS 2.0. Jeszcze za wcześnie na recenzję tego modelu, tę opublikuję za kilka dni. Ale już teraz muszę zaznaczyć, że jestem chory.

Chory na OLED

Telewizory OLED w teorii nie są niczym nowym. O tej technice wyświetlania obrazu mówi się od lat (a niektórzy z was mają telefony z wyświetlaczami opierającymi się o podobną technikę). LG ma je już w ofercie od dawna, choć z uwagi na drogi proces technologiczny, były one raczej ciekawostką dla najbogatszych, niż realnie dostępnym produktem. Inni producenci nadal nie wyszli z fazy prototypu.

W praktyce więc telewizory OLED widziałem na wystawach, pokazach i tym podobnych. Po raz pierwszy mam taki telewizor w domu. Z moimi filmami, moimi grami wideo, moim Pulpitem Windows i tak dalej. I patrzę sobie na stojące w moim domu inne telewizory, zeszłoroczne płaskie 4K od Samsunga i kilkuletnią Bravię i… trochę nie wiem jak sobie poradzić z powrotem do nich, jak już trzeba będzie oddać wypożyczony od LG egzemplarz.

To nie efekt placebo

Jak już wspominałem, znałem OLED-y wyłącznie z teorii i showroomów. I tłumaczyłem sobie, że różnica oczywiście jest, ale na tyle nieznaczna, że nie warto na nią wydawać dużych pieniędzy. Podobną opinię mam zresztą o 4K: to dobry i słuszny krok w ewolucji, polepszający jakość obrazu, ale warto poczekać, aż zniknie w cenach efekt nowości. Miałem rację co do 4K. Zdecydowanie myliłem się co do OLED-ów.

Różnica w jakości obrazu jest kolosalna i zdecydowanie nie jest to efekt wmawiania sobie czegokolwiek czy związanego z tym efektu placebo. Praktycznie nieskończony kontrast, niesamowita plejada barwna, no i sztandarowa „czarna czerń” w niesamowity sposób zmieniają percepcję tego, co się dzieje na ekranie.

Jest to też pierwszy telewizor, w którym nie trzeba wyłączać tak nielubianego przeze mnie dodawania klatek pośrednich, dzięki czemu obraz wydaje się płynniejszy. Dlaczego w tym telewizorze w końcu to dobrze działa a innych nie i czy ma to związek z błyskawicznym czasem reakcji diod OLED-owych? Nie jestem pewien, ten temat zgłębię na potrzeby recenzji, ale już teraz mówię: to działa. I to jak.

No to mam problem

Po pierwsze, dawno mi się nie zdarzyło pisać tak bezkrytycznego tekstu jak powyższy. Dlatego będę bardzo wnikliwy przy końcowej recenzji, choć i tak zapewne dostanę po nosie w formie „gajeski, a gdzie oznaczenie, że tekst sponsorowany, co?!”. Cóż, nic nie poradzę. Kłamać i zmyślać wad nie zamierzam.

Po drugie, z omawianym telewizorem przyjdzie mi się rozstać za kilka dni. A OLED-y, choć znacznie tańsze, dalej są poza finansowym zasięgiem większości z nas, w tym moim. Nie zmienia to jednak faktu, że telewizor jest moim głównym źródłem domowej rozrywki, obok książek. Wykorzystuję go do gier, filmów i innych treści. I nawet najlepsze telewizory z kwantową kropką się, po prostu, nie umywają.

Dlatego otwieram skarbonkę i zaczynam ciułać. Wystarczy model z Full HD. Za około rok lub nieco więcej może dozbieram. Nie jest to rozsądne, ani racjonalne, jest to zdecydowanie zakup ponad moje możliwości i ponad stan. Ale, jak już wspomniałem we wprowadzeniu, jak już raz zobaczysz w praktyce OLED-owy telewizor, nic innego cię nie usatysfakcjonuje.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst