Tech  / Felieton

Losy Kardashianów są zdecydowanie mniej zawiłe niż meandry umysłu niektórych internautów

Mówiąc szczerze, nie za bardzo mam pojęcie, kim tak naprawdę jest ród Kardashianów. Wiem, że jest popularny bo ma swój własny reality show, wiem też, że składa się z masy ludzi powiązanych ze sobą jako rodzina.

Chociaż tak jak bycie celebrytą dla bycia celebrytą jest co najmniej dziwne, to wykorzystanie swojej popularności do ujawnienia swoich tajemnic i odważnego wsparcia innych - tak jak teraz robi to Caityn Jenner - jest po prostu pozytywne.

Za każdym razem gdy wspomnę temat seksualności czy tolerancji w komentarzach pojawiają się frustraci, którzy piszą o homopropagandzie, straszą gejami, osobami transseksualnymi, muzułmanami i wielkim spiskiem. Jak te tematy wpadają do jednego worka - nie mam pojęcia. W ich głowach mają sens. Internet dał im platformę do szerzenia swoich paranoi.

Dlatego przez chwilę pomyślałam o cenzurowaniu samej siebie - nie napiszę o Caitlyn Jenner, bo zaraz zlecą się spece od homopropagandy.

Jeśli ja, podrzędna blogerka z Polski, mam takie zahamowania, to na jaką odwagę musiała zebrać się Caitlyn Jenner by opowiedzieć swoją historię i zdecydować się, w wieku 65 lat, na tak ważną zmianę?

Czytam Twittera i reakcje ludzi na przemianę Bruce'a w Caitlyn. Czytam zwykłych ludzi, którzy piszą, że nie mogą pochwalać takiego zachowania, że nie jest to zgodne z naturą, że wygrywanie w sporcie jako mężczyzna i potem przechodnie transformacji w kobietę jest nie fair, że Caitlyn jest chora psychicznie.

Część - na szczęście wydaje się mniejsza - ludzi zdecydowała, że musi wyrazić swoje negatywne zdanie. To ci sami, którzy zwykle narzekają na celebrytów a jednocześnie klikają w każdy "clickbaitowy" artykuł z celebrytą jako bohaterem. To ci sami, którzy uważają swoje zasady moralne jako jedyne właściwe i odmawiają innym praw do życia po swojemu. Mam w nosie klan Kardashianów, ich przygody, programy i dramaty. Nie znam nawet powiązań rodzinnych pomiędzy poszczególnymi osobami i nie mam ochoty poznawać. Jednak mam też dosyć nietolerancji, frustracji i oceniania każdego, kto postanowi opowiedzieć swoją historię.

Mam dosyć tego, że w naszym pięknym kraju i na świecie za normalne uważa się zaglądanie w majtki i do łóżka Annie Grodzkej, nazywanie homoseksualistów chorymi, życzenie im śmierci i obwinianie ich o całe zło tego świata. Mam dosyć tego, że nawet nie próbuje się zrozumieć drugiego człowieka, że empatia to w nowoczesnym społeczeństwie opartym na błyskawicznej wymianie informacji i coraz większej polaryzacji opinii jest wciąż czymś wyjątkowym.

Mam dosyć udawania, że problemy środowisk LGBT nie istnieją. Że młodzi ludzie muszą dorastać w przekonaniu, że jest z nimi coś nie tak. Że religijni ludzie, którzy na prawo i lewo powołują się na Jezusa nie potrafią podążać ścieżkami jego nauki o kochaniu bliźniego jak siebie samego. Mam dosyć, że w imię supernaturalnych istot usprawiedliwia się ignorancję i wręcz celebruje ją.

Nie ma nic nienaturalnego w tym, że Bruce Jenner stał się Caitlyn Jenner. Nie ma nic nienaturalnego w tym, że Caitlyn Jenner jest homoseksualna.

Nikomu to nie przeszkadza, jej rodzina ją wspiera, a upublicznienie własnej historii i pokazanie się na okładce Vanity Fair jest aktem odwagi - takiej, która być może powstrzyma jakiegoś transseksualnego dzieciaka od popełnienia samobójstwa.

Jednak internetowi komentatorzy wiedzą lepiej. Na każdego wyleją kubeł pomyj, bo mogą. Poczytają w internecie, dlaczego to czy tamto jest złe, sprawdzą pseudonaukowe strony i ruszą krucjatę społecznej sprawiedliwości domagając się, by ich głos i opinia miała takie samo znaczenie, jak głos ludzi o naukowym przygotowaniu i tych, którzy sami tego doświadczają.

Otóż nie ma. Mój głos, twój głos nic nie zmienia. No, może czasem sprawi komuś przykrość. Może utrudni komuś życie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst