Tech  / Felieton

Świat tańczy jak IIPA zagra, czyli o marionetkach w rękach Amerykanów

Autorem tekstu jest Wojciech Borowicz

Lobbing to potężna broń. Nie dość, że masowego rażenia, to jeszcze o niemal nieograniczonym zasięgu. Z całą pewnością nie ma żadnego problemu z przekroczeniem oceanu, szczególnie gdy do ofensywy przechodzą gracze ze Stanów Zjednoczonych. Ostatnio boleśnie przekonali się o tym Hiszpanie, zmuszeni do drastycznego zaostrzenia kar dla piratów internetowych.

Hiszpania to jeden z tych krajów  w Europie, które kryzys ekonomiczny odczuły najdotkliwiej.

Każdego dnia dochodzi tam do setek eksmisji, rynek nieruchomości cierpi z powodu zastoju, rośnie liczba samobójstw, a stopa bezrobocia, choć ostatnio odrobinę zmalała, ciągle pozostaje na na poziomie ponad 26 procent, najgorszym od blisko 40 lat. Może być gorzej? Cóż, zawsze może być gorzej. Hiszpański rząd z pewnością zdał sobie z tego sprawę, gdy okazało się, że grożą mu sankcje ekonomiczne ze strony największej gospodarczej potęgi świata.

Otóż USA co roku aktualizuje listę państw uwzględnionych w raporcie Special 301. Są to kraje, które ze względu na niewystarczającą (oczywiście w opinii Wuja Sama) ochronę własności intelektualnej, zagrażają interesom amerykańskich firm. Wobec państw wciągniętych na listę Stany Zjednoczone mogą wyciągać konsekwencje, pod postacią sankcji. Oczywiście Hiszpanii to nie dotyczyło od ubiegłego roku, w którym została wykreślona ze Special 301. No, nie dotyczyło przez rok. W 2013 co prawda w raporcie nie wpisano tego kraju ponownie na listę, dodano do niej jednak informację o tym, że Salwador i właśnie Hiszpania zostaną poddane szczegółowego przeglądowi na tle swojej walki z naruszeniami prawa własności intelektualnej. I jeżeli wykryte zostaną jakieś nieprawidłowości... resztę sobie dopowiedzcie.

piractwo2

Tak było pod koniec kwietnia. Mamy wrzesień, ledwie parę miesięcy później, i co się dzieje? W ubiegłym tygodniu hiszpański rząd zaakceptował poprawki do tamtejszego kodeksu karnego. Oznacza to, że kara za piractwo internetowe może wynieść nawet sześć lat pozbawienia wolności. Dotyczy to osób, które osiągają pośredni lub bezpośrednich zysk z udostępniania linków do materiałów chronionych prawem autorskim. Co znaczy „pośredni” zysk? Ha, otóż to – doskonałe pytanie! Niestety, brakuje na nie równie doskonałej odpowiedzi. Hiszpańska administracja tłumaczy to w ten sposób, że chce móc zwalczać również osoby, które zarabiają na reklamach na swoich stronach, nie pobierając przy tym opłat od samych użytkowników. W założeniach wszystko jest pięknie, tylko kiedy z jednej strony mamy tak nieprecyzyjne określenie jak „niebezpośredni zysk”, z drugiej natomiast widmo sześciu lat za kratkami dla skazanego... brzmi to cokolwiek nieciekawie.

Choć innego zdania pewnie jest IIPA, Międzynarodowe Stowarzyszenie Własności Intelektualnej, zrzeszający między innymi RIAA oraz MPAA, słynące z wkładania absurdalnie wielkich wysiłków w walkę z piractwem. Tylko niech was nie zmyli ten „Międzynarodowy”. To stricte amerykańska organizacja. I tak się składa, że to właśnie IIPA jest jednym z najbardziej aktywnych autorów skarg składanych do komisji odpowiedzialnej za sporządzanie raportu. Dodajmy do tego, że Hiszpania dla takich skarg faktycznie jest wyjątkowo dobrym obiektem. Tamtejszy rynek muzyczny znalazł się w stanie zapaści, a na przełomie 2011 i 2012 roku prawie 98 procent całkowitej konsumpcji muzyki pochodziło z nielegalnych źródeł.

Kolejny fragment układanki wygląda następująco: od 2009 roku Hiszpania i USA coraz mocniej zacieśniają łączące je więzi ekonomiczne.

W 2010 wartość handlu pomiędzy tymi dwoma krajami wyniosła ponad 19 miliardów dolarów. Tylko, że dla Stanów Zjednoczonych to jeden z wielu możliwych kierunków – a chwiejąca się w posadach gospodarka hiszpańska potrzebuje czegoś tu i teraz. Nie jest trudno połączyć te elementy w spójną całość, prawda? IIPA, zasłaniając się raportem Special 301, wykorzystuje trudne położenie Hiszpanii, by wymusić na tamtejszym rządzie zmiany legislacyjne odpowiadające zrzeszanym przezeń organizacjom, które z kolei tworzone są przez największe medialne koncerny świata. Jak zwykle słabość jednego staje się siłą drugiego, choć w tej sytuacji zakrawa to już o prawdziwą groteskę.

To nie pierwszy raz, kiedy amerykańskie organizacje zajmujące się ochroną praw autorskich, używają swoich ogromnych wpływów by rozpychać się łokciami także w innych krajach. Chyba nikomu nie trzeba przypominać historii Megaupload. Zamknięcie tego serwisu i pokazowe aresztowanie jego założyciela odbiły się w mediach bardzo głośnym echem. I nic dziwnego, bo firma była zarejestrowana w Hongkongu, a jej stronę zamknął amerykański Departament Sprawiedliwości, z kolei Kim Dotcom jest mieszkańcem Nowej Zelandii... który musi się obecnie bronić przed ekstradycją do USA. O samej akcji wiele mówi to, że nawet premier Nowej Zelandii przepraszał pochodzącego z Niemiec przedsiębiorcę za inwigilację ze strony służb specjalnych. Ostatecznie jednak trzeba pamiętać, że Kim Dotcom faktycznie był założycielem i właścicielem firmy zarabiającej wielkie pieniądze na działalności w dużej mierze opartej o piractwo, a poza tym ciąży na nim też zarzut prania pieniędzy – nie nam oceniać na ile pretekstowy, a na ile faktycznie poparty solidnymi materiałami.

piracka-flaga

Tak czy inaczej, to zupełnie inna sytuacja niż w przypadku Richarda O'Dwyera, brytyjskiego studenta, który zawinił przede wszystkim tym, że miał odrobinę talentu. Wykorzystał go by stworzyć TVShack, internetowy agregator filmów i programów telewizyjnych. W najczarniejszych snach nie spodziewał się, że w 2011 zaprowadzi go to przed sąd, by bronić się przed ekstradycją do Stanów Zjednoczonych, w związku z zarzutami o naruszenia własności intelektualnej. Nawet gdyby ktoś jednak był skłonny wyobrażać sobie tak dramatyczny scenariusz, ciężko było przypuszczać, że O'Dwyer tę sprawę przegra. A jednak – brytyjski sąd postanowił oddać brytyjskiego obywatela amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości, by wymierzył mu karę za działalność na... brytyjskiej ziemi.

Pewnie nikogo nie zdziwi, że jedną z najgorętszych orędowniczek ekstradycji O'Dwyera była MPAA, broniąca praw przedstawicieli przemysłu filmowego w USA.

Na całe szczęście dla młodego Brytyjczyka, w porę znalazł się też ktoś, kto postanowił bronić jego praw. O'Dwyer miał prawnika, który zdecydował się ująć za nim pro bono, a w kampanię przeciwko ekstradycji zaangażowali się między innymi twórca Wikipedii, Jimmy Wales oraz redakcja Guardiana. Ich petycję podpisało łącznie przeszło ćwierć miliona osób. Dopiero jesienią 2012 roku udało się dojść do porozumienia. Ugięto się pod naciskiem opinii publicznej i podpisano ugodę, na mocy której wszystkie zarzuty wobec O'Dwyera zostały wycofane. Student musiał tylko osobiście podpisać dokumenty w Stanach Zjednoczonych i zapłacić 20 tysięcy funtów kary. „Tylko” może brzmieć w tym kontekście cokolwiek niestosownie, no ale ostatecznie na TVShack zarobił wedle oceny Amerykanów prawie dziesięciokrotność tej sumy, więc zapewne młody Brytyjczyk jakoś to przebolał.

Nie jest bynajmniej żadną nowością, że amerykańskie organizacje specjalizujące się w prawie autorskim, mają wydatny wpływ na prawo w innych krajach. W końcu trzeba pamiętać o TRIPS: Porozumieniu w Sprawie Handlowych Aspektow Praw Własności Intelektualnej, podpisanym w 1994 roku przez GATT, a potem przekazanym Światowej Organizacji Handlu. Dokument ten nałożył na członków WTO obowiązek utworzenia spójnych regulacji dotyczących własności intelektualnej. By być bardziej precyzyjnym: spójnych z amerykańskim systemem. Pewnie już domyślacie się, kto był jednym z największych lobbystów na rzecz zawarcia porozumienia TRIPS. Oczywiście IIPA. Ta rozgrywka trwa więc nie od wczoraj, ale sytuacja Hiszpanii pokazuje, że zaczynamy niebezpiecznie zbliżać się do przekroczenia cienkiej czerwonej linii, zwanej granicą absurdu. Może już czas, by w sprawach związanych z ochroną własności intelektualnej krajowe rządy zaczęły być czymś więcej, niż tylko marionetkami w rękach amerykańskich gigantów...

Zdjęcie "Computer Hacker/Virus Alert. A graphical representation of internet viruses and hacker threats", "picture concept pirate discs" oraz "Jolly Roger Pirate flag blowing in the wind" pochodzą z serwisu Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst