Tech  / Felieton

O tym, jak się dziś "robi" muzyczną karierę na przykładzie Robina Thicke i Justina Timberlake'a

195 interakcji
dołącz do dyskusji

Rynek muzyczny od dawna zmaga się z drastycznie malejącą sprzedażą fizycznych płyt. Z drugiej strony, działalność internetowych sklepów muzycznych, które sprzedają pliki mp3 na sztuki oraz nowy dynamicznie rozwijający się fenomen serwisów streamingowych, nie rekompensują utraconych wpływów z klasycznej sprzedaży płyt. Dziś najwięksi i najpopularniejsi przedstawiciele branży muzycznej muszą szukać nowych dróg promocji swojej działalności. Internet społecznościowy wychodzi temu naprzeciw. 

Coraz mniejsza liczba artystów żyje ze sprzedaży płyt. Ba, nowe albumy to tak naprawdę w większości "reklamy" własnej osoby, zespołu, szansa na zdobycie odpowiedniej ekspozycji medialnej. Dzisiaj artyści zarabiają głównie na tantiemach od wytwórni radiowych, na koncertach oraz na merchandisingu. Wizerunek, odpowiedni szum medialny, intryga i sensacja są dziś w przypadku show-biznesu, głównie muzycznego, jeszcze ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, bo w wielu przypadkach w 100% uzależniają artystę od sukcesu.

Pionierem totalnego oparcia kariery na skandalizującym wizerunku była w latach 80-tych ubiegłego wieku Madonna. Ale jej sytuacja była zgoła odmienna. Jej skandale obyczajowe miały napędzać sprzedaż płyt. Dzisiaj jest inaczej. Jeśli Rihanna zalewa Instagrama swoimi słit-fociami z każdego miejsca, z każdej imprezy, na której się pojawi, prezentując siebie w coraz bardziej wyuzdanych pozach, to robi to po to, by cytowały ją pudelki na całym świecie. Jeśli będą ją cytowały, to będzie żyła w świadomości przeciętnych ludzi. A jak będzie żyła w ich świadomości, to będzie łakomym kąskiem dla reklamodawców, a przy okazji koncerty wypełnią się po brzegi.

Zauważcie, że Rihanna nie promuje płyt, nawet nie promuje singli. Ona promuje siebie, swój wizerunek, który decyduje o jej karierze bądź co bądź muzycznej.

Jeszcze ciekawszą strategię przybrali ostatnio dwaj inni giganci współczesnej muzyki rozrywkowej. Zaczął nieco mniej znany Robin Thicke, a pomysł podchwycił bożyszcze nastolatek Justin Timberlake. Obaj nagrali "brudne" wersje teledysków do swoich najnowszych singli. Pełne kobiecej nagości teledyski od razu zbanowane zostały na YouTubie, co oczywiście było uwzględnione w strategii wymyślonej przez menedżerów artystów. Wersje nieocenzurowane klipów szybko wylądowały w serwisie Vevo, gdzie na fali naturalnego skandalu biły rekordy popularności. W ciągu kilku dni od premier miały grubo ponad 1 mln wyświetleń. Teraz mowa o dziesiątkach milionów wyświetleń.

Wszystko co zakazane ma oczywiście dużą nośność medialną, więc gdy tylko z ust do ust internetowych społeczności przekazywano sobie wieści o super fajnym teledysku usuniętym z YouTube'a za goliznę, wiadomo było, że będą hity. I są, zarówno w wydaniu Robina Thicke, jak i Justina Timberlake'a.

Przy okazji nikt nie obrusza się na całkiem jawny, formalny konflikt interesów. YouTube mógł oba kontrowersyjne teledyski zbanować, ale Vevo dzieli się z serwisem Google'a wpływami z reklam… Z której strony by nie patrzeć pachnie świetnie zaplanowaną akcją doradców artystów. Kasa ma się zgadzać i się zgadza.

Dzięki temu sprytnemu zabiegowi Timberlake, a w szczególności Thicke, który dotychczas nie był w pierwszej lidze najbardziej rozpoznawalnych herosów muzycznych, są na ustach całego świata, zarówno tego wewnętrznego społecznościowego w Sieci, jak i tego zewnętrznego - mediów komentujących sprawę.

Tak się dziś robi globalne internety, mili Państwo.

Tagi: youtube
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst