Tech

Recenzja Kindle Paperwhite: gdy urządzenie nie udaje czegoś, czym nie jest

112 interakcji
dołącz do dyskusji

Mam spory problem z recenzją Kindle’a Paperwhite. Powód jest prozaiczny - nigdy wcześniej nie nie miałam e-czytnika, więc nie mam porównania i nie mam do czego odnieść Paperwhite’a. Jednak w międzyczasie “pomacałam” kilka innych urządzeń, poznałam Paperwhite’a bliżej, kupiłam mu nawet okładkę i mogę powiedzieć o nim co nieco więcej. Zdanie podtrzymuję: to najlepsze urządzenie, jakie miałam, które nie udaje niczego, czym nie jest.

Niektórzy, jak Microsoft czy Samsung, hołdują trendowi robienia urządzeń czy systemów jak najbardziej wszechstronnych. Stąd Windows 8, który ma nadawać się do tabletów, desktopów i notebooków, stąd też Pakiet Premium Suite od Samsunga, który dodaje możliwość pracy na dzielonym ekranie na smartfonie. Z biegiem czasu coraz mocniej skłaniam się ku filozofii bliskiej, o dziwo, Apple’owi, która mówi, że pewnych rzeczy nie da się połączyć i pójście na kompromisy zazwyczaj odbija się najgorzej na masowych, przeciętnych użytkownikach. Komputer to komputer, smartfon to smartfon, tablet to tablet i każdy ma inną specyfikę korzystania. Jasne, można nawet połączyć wszystko w jednym - przynajmniej próbować - jednak będzie to sprzęt przekombinowany, trafiający do mniejszej grupy odbiorców (ludzie kupują Note’a, jednak to iPhone jest najpopularniejszym smartfonem świata).

Oprócz komputerów, smartfonów i tabletów są jeszcze e-czytniki i jest mój Kindle. Kindle ma służyć do czytania i tutaj Bezos nie pozostawia kompromisów: przeglądarka czy możliwość wysyłania treści z internetu to tylko dodatki. Idę o zakład, że gdyby Samsung przejął nagle tworzenie systemu operacyjnego do Kindle’a, to zaraz dodałby do niego obsługę poczty i jakieś inne bajeranckie ficzery. I popsułby go kompletnie.

Siłą i największą zaletą Kindle’a jest to, że to urządzenie do czytania. Czytanie ma być wygodne, wszystko jak najbardziej dopracowane pod kątem tej czynności, a dodatki mają być dodatkami, a nie być równie ważne, co czytanie. I to w Kindlu znajdziemy i pokochamy (do zakupu Kindla od dawna namawiali mnie właściciele tych urządzeń, którzy powtarzali słynne wśród kindlowców słowa, że gdy raz się spróbuje, to nie ma odwrotu. Wtedy tego nie rozumiałam - faktycznie trzeba spróbować i wszystko staje się jasne).

Jak wspominałam, nie miałam okazji korzystać dłużej z innych e-czytników, jednak mogę opowiedzieć już trochę o Paperwhite’cie. Kindle wykonany jest z całkiem przyjemnego, lekko “zamszowego” materiału, który nie ślizga się w dłoni. Wielkością pasuje idealnie do dłoni tak, że można trzymać go całego, ja jednak preferuję trzymanie za krawędź. W grę wchodzi także ciężar. Paperwhite jest po prostu lekki na tyle, że nie ma problemu z trzymaniem go za krawędź, a dłoń nawet po dłuższym czasie się nie męczy. Przyznam szczerze, że po Kindle’u używanie Nexusa 7 stało się męczarnią, mimo że przecież też nie jest specjalnie ciężki ani duży, jednak szybko męczy dłoń i często szukam dla niego jakiegoś oparcia.

Paperwhite ma tylko jeden przycisk. Znajduje się on na dolnej krawędzi i służy to kontroli blokady ekranu. Zdaję sobie sprawę, że ekranu Kindle’a nie blokuje się zbyt często, jednak w przypadku Paperwhite’a robi się to pewnie częściej, niż w przypadku pozostałych Kindli z powodu niemożności całkowitego wyłączenia podświetlania, a co za tym idzie szybszemu zużyciu baterii. Przycisk ten mógłby być wygodniejszy. Jest mało wyczuwalny, a na dodatek umieszczenie go na dole i w dosyć dużej odległości od krawędzi powoduje, że często trzeba wciąć Paperwhite’a w drugą dłoń, zwłaszcza, że skok klawisza jest trochę oporny. Nie jest to ogromna wada, ale nad tym Amazon mógłby popracować.

Poza tym na dolnej krawędzi znajduje się też wejście microUSB służące do przesyłania danych oraz do ładowania. To wszystko: nie ma innych portów czy klawiszy, bo przecież Paperwhite jest dotykowy.

To właśnie dotyk budził moje największe wątpliwości przed zakupem - klawisze do zmiany stron na bokach wydają się wygodniejsze, jednak miło się rozczarowałam. Zmiana stron nie jest niewygodna - wystarczy wygodnie trzymać Kindla i czasem lekko zsuwać palec na ekran. Interfejs też rozwiązano bardzo ciekawie: po dotknięciu górnej części ekranu wyświetla się belka ze skrótami, lewa ⅓ odpowiada za cofanie, reszta przenosi do następnej strony. Przytrzymując palca dłużej na wyrazie wyświetla się definicja ze słownika, opcja podkreślenia lub przejścia do większej liczby opcji (np. dzielenie się, tłumaczenie, Wikipedia i notatki), a po przytrzymaniu tekstu i przesunięcia palca wciąż dotykającego ekranu zaznacza się tekst, który następnie można podkreślić czy dodać do niego notatkę. Do podkreśleń i notatek dostać się można z ustawień na górnej belce.

Klawiatura jest, po prostu. Specyficzna technologia ekranu nie pozwala pisać z dużą prędkością, nie ma też polskich znaków, jednak po kilu razach nabiera się wprawy i pisanie staje się nie przyjemne, co bezproblemowe. Przeglądarka... działa. Awaryjnie, gdy rozładują się wszystkie inne urządzenia, można odebrać maila z Gmaila, sprawdzić Facebooka, Twittera, czy poczytać strony internetowe. Nie jest to przesadnie komfortowe, ale fakt, że funkcjonuje, jest całkiem przyjemny. Poza tym "Article Mode" powoduje, że teksty z sieci można czytać naprawdę wygodnie.

O tym, że interfejs Kindla jest niesamowicie przemyślany miałam już okazję pisać. Wciąż nachodzą mnie myśli, że spece Bezosa i sam Bezos musieli spędzić nad interfejsem mnóstwo czasu, by zrobić go tak, że nie przeszkadza. Ułożenie opcji, ich opisy (dokładnie wiadomo, co znajdziemy w podmenu zanim w nie wejdziemy) i skalowanie jest dopracowane. Nie ma jednak języka polskiego.

To powód, dla którego Kindle w Polsce ma ograniczony zasięg. Mimo że nowe Kindle na Allegro kosztują często mniej, niż czytniki innych firm, nie będą odpowiadać wszystkim. Na przykład mojej mamie, która angielskiego nie zna, chociaż lubi Paperwhite’a. Sama jednak nie dojdzie do tego, jak skoczyć do konkretnego miejsca w książce.

Co do samego ekranu i podświetlenia mam jeden zarzut: nie da się całkowicie wyłączyć iluminacji. W dzień i w dobrym świetle jest całkowicie zbędna, ale nawet ustawienie podświetlenia na “0” nie wyłącza go. Ekran wygasza się całkowicie dopiero po zablokowaniu. Skala podświetlenia ma 24 stopnie, ale ogólna zasada (z mojego doświadczenia) jest taka:

0 - za ciemne by czytać w całkowitej ciemności, jednak na lekki półmrok wystarczy;

2 - w sam raz na jasne, chociaż nieoświetlone odpowiednio pomieszczenia, zwykły półmrok;

4 - czytam w ciemnościach!;

8 - czytam w ciemnościach na bardzo jasnym ekranie!;

8-15 - nie wiadomo, po co;

15-24 - Paperwhite służy jako słaba latarka, w sam raz do odnalezienia kluczy w torbie;

Znana i potwierdzona jako normalna przypadłość Paperwhite’a objawiająca się lekko widocznym na dole nierównomiernym podświetleniem przy czytaniu książek nawet w ciemnościach jest niewidoczna - a może widoczna, ale kompletnie nie przeszkadza i nie zwraca się na nią uwagi. Tak jak na reklamy (mam taką wersję), które wyświetlają się tylko na zablokowanym ekranie oraz na dole na głównym ekranie. No dobra - zwraca się uwagę, ale tylko, gdy Amazon postanowi zareklamować Twilight i wyświetla Pattisona albo reklamę jakichś perfum z Lindsay Lohan wyglądającą jak Zombie. Wtedy człowiek zaczyna żałować, że nie dopłacił.

Chociaż pokrowce i inne ochraniacze na smartfony uważam za bzdurę, która sprawia, że stają się niewygodne, to okładka do Kindla to konieczność! Niesamowite jest to, że oprócz ochrony urządzenia poprawia jeszcze bardziej jego poręczność. Zdziwiło mnie to o tyle, że przecież powiększa rozmiary i grubość. Swoją okładkę kupiłam w jakimś przypadkowym sklepie na lotnisku. Zabawne, że oryginalne okładki, które sklep posiadał w asortymencie nie pasowały do Paperwhite’a (pewnie dlatego, że w Wielkiej Brytanii nie jest on jeszcze dostępny), wybrałam więc coś, co inni właściciele Kindlów odradzali - okładkę, do której wsadza się czytnik zaczepiając o rogi. Okazało się, że to wcale nie przeszkadza, a materiał, z którego wykonana jest okładka jest w dotyku przyjemniejszy niż oryginalnych okładek od Amazonu. W tym “opakowaniu” czytnik trzyma się dosłownie jak notatnik. Zresztą, tak też wygląda.

Dużo pytań padło o baterię. Otóż... nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o jej ocenę. Najszybciej Paperwite’a udało mi się rozładować w 5 dni, przy nieustannie włączonym WiFi i czytaniu po co najmniej 6 godzin dziennie oraz korzystaniu ok. 30 minut dziennie z przeglądarki. Jednak to była wyjątkowa sytuacja testowa. Na co dzień, czyli przy 1-2 godzinach czytania dziennie i ok. 3h czytania w weekendy oraz przy włączaniu WiFi może raz dziennie na około pół godziny (synchonizacja materiałów itp.) Paperwhite wytrzymuje ok. 2 tygodni i nawet więcej, przy czym podświetlenie większość czasu ustawione jest na 4. Urządzenie ładowałam tylko kilka razy - trwa to około 3-4 godzin z portu USB z komputera.

Podświetlenie na 0 w ciemnościach

Nie zrezygnowałabym z podświetlenia na rzecz działania czytnika bez ładowania np. miesiąc, bo mobilność i niezależność od warunków jaką zapewnia Paperwhite jest świetna. I nie, podświetlenie faktycznie nie męczy oczu, jak ma to miejsce w smartfonach i tabletach.

Kindle Paperwhite to urządzenie niemal idealne. Porównywałam go w elektromarketach z innymi czytnikami i żaden nie równał się z Kindlem ani pod względem dopracowania ekranu, bryły ani nawet wyglądu. Jeśli więc zastanawiacie się nad e-czytnikiem i nie przeszkodzi wam anglojęzyczny interfejs, to tylko Kindle. Tym bardziej, że to nie musi być przecież Paperwhite - podświetlenie nie jest potrzebne wszystkim. A to, że Kindle na portalach aukcyjnych są zazwyczaj tańsze, niż różnej jakości czytniki innych marek, niech mówi samo za siebie.

Jeśli czytasz, to pokochasz Kindle. Nawet, jeśli tak jak ja masz fetysz papieru.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst