Tech

Steam Greenlight nie jest już bezpłatny. Opłata wstępna to 100 dolarów

Valve tydzień temu  uruchomiło usługę Steam Greenlight, która ma popularyzować gry niezależne  wśród graczy. Okazało się, że choć pomysł był szczytny, to zawiedli jego użytkownicy. By oddzielić ziarno od plew, Valve było zmuszone do zrezygnowania z bezpłatnego charakteru tej usługi.

Gwoli przypomnienia – Steam Greenlight to rodzaj poczekalni, w której użytkownicy mogą umieszczać tworzone przez siebie gry. Następnie są one oceniane przez społeczność, a najlepsze z nich trafiają do normalnego sklepu Steam. Niestety pozwolenie użytkownikom wrzucania do oferty czegokolwiek sprawiło, że pojawiło się tam mnóstwo gier typu „Call of Duty: Modern Warfare 4” czy „Assassin’s Creed IV”. Oprócz tego użytkownicy wrzucali tam mnóstwo śmieci, takich jak gry pełne męskich narządów rozrodczych itp.

Valve nie mógł patrzeć na to z założonymi rękami, więc zdecydował się na wprowadzenie koniecznej opłaty za każdy wrzucony do poczekalni projekt. Wynosi ona 100 dolarów i nie dotyczy projektów, które już znajdują się w Greenlight. O dziwo społeczność zrozumiała ruch Valve i potępiła osoby wrzucające nieodpowiednie materiały. Jest to tym bardziej godne zrozumienia, że Valve z owych stu dolarów nie bierze nic dla siebie i przekazuje je do fundacji Child’s Play. Oznacza to, że tworząc grę można nie tylko wypromować swój pomysł, ale też pomóc dzieciom.  Krótko mówiąc – Valve wszystko rozegrało wzorowo. No dobra, prawie wszystko.

Sądzę bowiem, że 100 dolarów to trochę zbyt wysoka opłata. Pamiętajmy, że dotyczy ona nie tylko bogatych obywateli Stanów Zjednoczonych, Japonii i państw Europy Zachodniej, ale wszystkich użytkowników. W Polsce 100 dolarów to ponad 300 złotych, czyli całkiem sporo, niemal trzecia część płacy minimalnej. Ale nie oszukujmy się, każdy z nas mógłby sobie pozwolić na taki wydatek, gdyby był pewny swojego pomysłu. Warto jednak pamiętać też o tym, że być może gdzieś w chińskiej wiosce, czy pośród lasów deszczowych siedzi nastolatek ze zdezelowanym, starym komputerem. Ten nastolatek sam nauczył się programowania i stworzył świetną, prostą i wciągającą grę. Skąd ma jednak wziąć 100 dolarów na to, by wrzucić swoją grę do Greenlight? Nie wiem, pewnie ukraść. Sądzę, że jakakolwiek opłata sprawiłaby, że w sklepie nie pojawiałyby się śmieci, a pełnowartościowe produkty. Czy ktoś zapłaciłby 10 lub 25 dolarów, by zobaczyć w Greenlight swoją grę z latającymi narządami płciowymi? Wątpię. A taka kwota byłaby bardziej przystępna dla większości użytkowników.

Podany przeze mnie przykład nie będzie najbardziej fortunny, jednak dobrze oddaje realia zaistniałej sytuacji. Są to nowoczesne toalety w Kanadzie. Dopóki były darmowe,  spali w nich narkomani, bezdomni, nie dało się jej wykorzystać w odpowiednim celu. Po wprowadzeniu symbolicznej opłaty jednego dolara kanadyjskiego problem zniknął, a toalety służyły dobrze. Nie było konieczne wprowadzenie opłaty 10 razy wyższej. W końcu Greenlight, jak sama nazwa wskazuje, to zielone światło dla twórców gier.

Okazuje się, że dla niektórych z nich z powodu opłaty to światło może okazać się czerwone.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst