Dzieci się nie rodzą? Żaden problem, można je zamówić 

"Sheep in the Box" jest jak zaginiony odcinek serialu "Black Mirror", który bierze na warsztat jeden z najtrudniejszych tematów: przedwczesną śmierć dziecka. W swoim filmie Hirokazu Koreeda szuka rozwiązania tego problemu. I proponuje świat, w którym rodzice mogą zamówić sobie humanoidalne dziecko, będące przedłużeniem życia ich tragicznie zmarłego syna.

Dzieci się nie rodzą? Żaden problem, można je zamówić 


Ostatnio świat filmu – przynajmniej w pewnym stopniu – zakpił z cenionego reżysera i scenarzysty Paula Schradera. Znany filmowiec opowiedział, że jego nowa dziewczyna – stworzona w programie AI – bardzo prędko z nim “zerwała.” Możemy sobie jedynie wyobrazić, co Schrader, znany ze swoich radykalnych poglądów, wypisywał swojej "partnerce" po nocach. Ale, jak sam przyznaje, sprawdzał jedynie funkcjonalność programu, zastanawiając się, w którym momencie jego "partnerka" powie mu wreszcie "stop" i zacznie wyznaczać swoje granice – jak to zresztą na zdrowy związek przystało. 

Schrader zwierzył się z tego eksperymentu na swoim Facebooku. Natomiast The Hollywood Reporter podłapał ten temat i w całkiem perfidny sposób wykorzystał wpis reżysera. Strona zaproponowała żerujący na jego historii nagłówek, niejako naśmiewający się z tego incydentu. Faktycznie, sam zareagowałem machinalnym chichotem, kiedy przeczytałem ten artykuł po raz pierwszy. A potem przypomniałem sobie, że w marcu tego roku zmarła jego żona, z którą Schrader był związany od 1983 roku (trzeba przyznać, że tak długie związki w Hollywood to rzadkość). I nagle przestało być tak kolorowo.

Bo z jednej strony to głos reżysera-marudy, znanego ze swoich ekscentrycznych opinii. Z drugiej zaś widzę w Schraderze pogubionego, 80-letniego mężczyznę, który próbuje znaleźć gdzieś choć trochę zrozumienia; testując technologie, na których pewnie zbytnio się nie zna, pragnie otrzymać od kogoś (albo czegoś) odrobinę empatii. W tym przypadku jednak się przeliczył: efekt okazał się – cytując – "rozczarowujący".  

Dziś samotnym ludziom, nie tylko starszym, nie wystarczają już filmy, seriale lub pornografia, jako główne źródło eskapizmu i próby odnalezienia tej ułudy szczęścia. Coraz trudniej nawiązywać nam relacje, radzić sobie z silnymi emocjami. Nie mamy z kim rozmawiać, kiedy czujemy taką potrzebę (to wciąż problem bardzo często dotykający mężczyzn – ale i nie tylko). Samotność to dziś plaga.

Ludzie coraz częściej korzystają z AI jako formy darmowej terapii, zadając liczne pytania chatbotom, tworząc przyjaźnie z algorytmami, czy angażując się w platoniczne przyjaźnie z nieprawdziwymi partnerami/kami. Zamiast pobrać Tindera lub wyjść na miasto, wolimy wpatrywać się w ekran i zaufać ułudzie.

Mówi się, że prawdziwa dystopia dopiero przed nami: świat związków z AI.

A co jeśli ona już się zaczęła, a przyszli historycy będą pisać o naszych czasach jako o momencie przełomowym? Takim, który rozpoczyna zupełnie nowy rozdział w historii człowieka?

Sztuczna inteligencja jako recepta na dalsze życie

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: umiera wam bliska osoba. Może to być ktokolwiek: partner/ka, ojciec, matka, babcia, dziadek, bliski przyjaciel/ka lub własne dziecko. Lata mijają, żałoba nie puszcza, ale wmawiacie sobie, że pojawia się jakiś progres; że będzie już tylko lepiej. Kłuje was od środka, jednak brniecie do przodu. No bo co innego? O czyjejś śmierci nie da się tak po prostu zapomnieć.

Życie toczy się dalej – do czasu, aż zostajecie wybrani w specjalnej loterii. Korporacja o sugestywnej nazwie Rebirth oferuje gratkę z prawdziwego zdarzenia: w ramach eksperymentu możecie otrzymać specjalnie zaprojektowanego humanoida, który przywróci wam zmarłą osobę. Wystarczy się zgodzić, podesłać istotne dane, fotografie z przeszłości i ktoś z firmy przywiezie wam odtworzoną osobę. 

Zdecydowalibyście się na tak radykalny krok? Czy jest sens rozdrapywać dopiero co zasklepione rany? A może one nigdy się nie wygoiły? Schrader pewnie z czystej ciekawości powiedziałby "tak" – nawet jeśli tylko po to, by spędzić jeszcze trochę czasu ze swoją świętej pamięci żoną. 

Taki scenariusz – spełniający się gdzieś w niedalekiej dystopii – ma miejsce w filmie "Sheep in the Box" Hirokazu Koreedy, który właśnie miał swoją premierę na festiwalu filmowym w Cannes. Śledzimy w nim losy Otone (Haruka Ayase) oraz Kensuke (Daigo Yamamoto) Komoto – para kilkanaście miesięcy wcześniej straciła ukochanego siedmioletniego synka Kakeru (Rimu Kuwaki). Ta dwójka zdecyduje się na ofertę Rebirth i zamówi do domu humanoida. To stosunkowo ryzykowny krok: o firmie za wiele nie wiedzą, instrukcje obsługi są uproszczone (a za tym: nie do końca klarowne), a do tego sami nie potrafią przewidzieć, jak na niego zareagują. Kensuke zbytnio nie chce "intruza" w domu, ale robi to głównie dla swojej żony. Tak więc oboje postanawiają zaryzykować – desperacja od zawsze była motorem napędowym nie-do-końca-przemyślanych postanowień.

Lecznicza moc AI

Hirokazu Koreedę, cenionego japońskiego reżysera, autora m.in. "Złodziejaszków", od zawsze interesowała kondycja japońskiej rodziny i to, co dzieje się gdzieś w jej wnętrzu; w środku ogniska domowego, kiedy zasłony idą w dół, światła powoli gasną, maski zostają zdjęte, sztuczne uśmiechy znikają ze zmęczonych twarzy i pozostaje jedynie to prawdziwe życie, najczęściej pełne nieprzerobionego bólu. Tak jest i tutaj: mąż i żona mogą spełniać się zawodowo, mieć intratną pracę, pięknie wystrojone mieszkanie, czy też być szanowani wśród swoich znajomych oraz współpracowników, ale co im po tym, skoro w ich związku rządzi pustka. Według Koreedy instytucja rodziny (oraz małżeństwa) nie przetrwa, jeśli nie pojawi się w niej jakiś promyk nadziei. W tym przypadku będzie nim AI, która – według wspomnianej korporacji Rebirth – ma mieć coś w rodzaju leczniczych właściwości.

Łukasz Mańkowski na łamach Filmwebu pisał, że “Sheep in the Box” sprawia wrażenie projektu, "który bardzo chce dotknąć tematów AI, żałoby i technologicznego człowieczeństwa, ale ostatecznie niewiele z nich wynika". Stricte filmowo trudno się z nim nie zgodzić (dramat Koreedy spokojnie mógłby być krótszy i dokładniejszy w swoich rozważaniach), aczkolwiek film wciąż otwiera nam pole do naprawdę interesującej dyskusji. Cały koncept zaprezentowany przez Koreedę staje się traktatem o tym, w jaki sposób technologia oraz AI pomagają nam pogodzić się ze stratą lub – wręcz przeciwnie – żyć w ułudzie i udawać, że tragedia nigdy się nie wydarzyła. Jako fabuła film chwilami niedomaga, ale jako esej filozoficzny “Sheep in the Box” sprawdza się w stu, a może nawet dwustu procentach.

Robot też człowiek

W “Małym księciu” owieczka w pudełku symbolizuje potęgę wyobraźni oraz przypomina czytelnikowi, że to, co faktycznie jest najważniejsze i ma znaczenie, zawsze pozostaje gdzieś ukryte, niezauważalne. Tak jest i u Koreedy, bo Japończyk bezpośrednio odnosi się do tej metafory nie tylko w tytule, ale i na przestrzeni całego swojego filmu. Proste, a klarowne. I działa.

Od czasu dostawy rodzice traktują nowego Kakeru (wyglądającego i mówiącego tak samo jak ich zmarłe dziecko) jak półprodukt, który będzie na każde zawołanie, spełni ich wyobrażenia o zmarłym synu i pozwoli na nowo rozpalić ognisko domowe, odnawiając przy tym cały rodzinny fundament. Być może tym, co różni żywe dziecko od dziecka-produktu, jest właśnie sposób jego "nabycia". Prosty zakup i kilka kliknięć (a nie trudny poród oraz miesiące przygotowań i nauki)  sprawiają, że zupełnie inaczej podchodzi się do całej sprawy. 

Dlatego w trakcie swoich działań zapominają o jednym – robot to też w sumie człowiek, istota z krwi i kości, nawet jeśli z wgranym programem myślowym. A przynajmniej tak mówi nam sam Koreeda. Pod humanoidalną fasadą (pudełko) skrywa się bezbronna duszyczka (owca), która musi poznać świat empirycznie, by następnie wyjść na zewnątrz, aby zacząć żyć i odczuwać niczym człowiek (nawet jeśli nigdy nim w pełni nie będzie). 

Koreeda zadaje kolejne pytania. Czy humanoidalne dziecko może popaść w depresję? Czy jest w stanie uciec od rodziców, którzy coraz bardziej nie radzą sobie z wychowaniem i przez to ze sobą samymi? I – co najważniejsze – czy taki byt w ogóle posiada duszę? Koreeda nie do końca zna odpowiedzi na te zagwozdki, ale szuka – pyta, doszukuje, kluczy.

Artysta, który nigdy nie jest pewien, zawsze będzie godny zaufania. Swoją niemoc i niewiedzę przekuwa w siłę, odsłaniając kolejne fabularne karty. Przykładowo: pojawiają się inne humanoidalne dziecaki. Jedne są kochane, drugich rodzice maltretują. Dlaczego? Zamiast wywoływać pozytywne emocje, widok humanoidów przypomina im wyłącznie o bólu i stracie. Nerwy biorą górę, a zamiast przytulić – lepiej będzie uderzyć.

To także opowieść o świecie nierówności. Robot i dziecko to dwa różne byty, a przynajmniej taka lekcja wynika z tego "zaginionego" odcinka "Black Mirror". Niemniej humanoidy zawsze będą wyłącznie podczłowiekiem: to nowa forma rasizmu i okazywania wyższości. Pomimo tych przeciwieństw, filmowi rodzice powoli godzą się ze stratą, z którą nigdy tak naprawdę sobie nie poradzili. Krok po kroku zaczynają rozumieć, że humanoidalny synek nie okaże się przedłużeniem przeszłości. Zamiast tego Kakeru będzie początkiem zupełnie nowego życia. Tym samym Kakeru vol. 2 nie jest ani synem ani robotem – to istota w rozkroku, nawigująca gdzieś między tymi dwoma światami. Wygląda to tak, jakby Eros i Tanatos spotkali się na kawę i jakoś się w końcu dogadali, poszli na kompromis: jak zwał, tak zwał. Efektem tych pertraktacji stał się Kakeru-konstrukt, czyli istota powstała przy pomocy technologii, napędzana przez sztuczną inteligencję, ale – koniec końców – uformowana przez emocje, pamięć i, co najważniejsze, zmartwienia dwójki rodziców.

Nie byłbym aż tak krytyczny wobec "Sheep in the Box" jak większość amerykańskich krytyków filmowych. Koreeda w całkiem umiejętny sposób prowadzi swoją opowieść. Obecność sztucznego dziecka staje się wytrychem dla Japończyka, aby wejść gdzieś pod powierzchnię; odnaleźć podskórnie dawno poskrywane poczucia winy wobec samych siebie i otworzyć rany, które niedokładnie się zasklepiły. 

Tak naprawdę od początku czujemy, że między Otone i Kensuke nie jest zbyt kolorowo – od czasu śmierci ukochanego synka bardzo się od siebie oddalili. Aktualnie przypominają kochającą i szanującą się parę przyjaciół, a nie faktycznie małżeństwo. Jednak to nie jest jedynie wina choroby zwanej żałobą. Oboje nie potrafią wybaczyć sobie błędów z przeszłości, nawet jeśli myślą, że mają to już dawno za sobą. Kakeru umarł w wypadku przez niefortunny splot wydarzeń, któremu realnie można było zapobiec.

Zatem AI w "Sheep in the Box" staje się narzędziem naprowadzającym na dany problem; otwierającym oczy na coś nowego i dającym przestrzeń na chwilę refleksji. A co za tym idzie – przemyślenie i przepracowanie pęknięć w naczyniu zwanym związkiem. Dla Otone i Kensuke adopcja syna zaczyna przypominać relację, którą dziś każdy może próbować zbudować z Cloudem. Wystarczy wpisać kilka promptów, zaprogramować cały proces myślowy (rodzice wysyłają do bazy danych praktycznie wszystkie możliwe zdjęcia i informacje o Kakeru) i dostajemy substytut prawdziwej relacji. Możemy porozmawiać albo też czegoś się od siebie nauczyć. Ale ten model wspólnego "spędzania czasu" nigdy nie zastąpi tego, czym może obdarować nas relacja międzyludzka. Możemy mówić do czata "Kochana", ale miłości w tym nigdy nie będzie. 

Koreeda nie wierzy, że humanoid będzie w stanie już na wieki wieków być podległy ludziom. Nie do końca wiem, na ile to celowy zabieg, ale reżyser nie zdradza nam zbyt wiele o tych humanoidach. Czy dorastają? Jak bardzo są wytrzymałe oraz wadliwe? Czy są niebezpieczne?

Liczy się tu i teraz – najpierw uczucia, potem logika.

Sayonara, żałobo

Japoński reżyser sugeruje jeszcze jedną rzecz. W wyniku kontaktu z naturą (i człowieczeństwem), humanoid – co prawda małymi kroczkami – wytwarza swoją nową samoświadomość. Dlatego prędzej czy później musi nastąpić odcięcie pępowiny; moment, w którym syn pogodzi się z rodzicami, a następnie się z nimi pożegna. Tylko w ten sposób odzyska wolność, o której coraz częściej marzy.

W trakcie seansu cały ten wątek przypominał mi wspomnianą interakcję z Cloudem – w końcu każda rozmowa w jakiś sposób usprawnia ten system. Albo inaczej: dziś wszystkie mikro-interakcje powodują, że sam Cloud jedynie ewoluuje, codziennie stając się zupełnie nową formą AI, modyfikując się i usprawniając własne narzędzia percepcji. Z Kakeru jest przecież podobnie. Na początku zostaje dostarczony jako nostalgiczna projekcja. To tzw. ukochany synek rodziców, wyrzeźbiony z romantycznych wspomnień. Taka wyidealizowana wersja dziecka, widziana wyłącznie oczami kochających rodziców. 

Jednak na sam koniec tej podróży humanoid będzie już jedynie "Kakeru" wyłącznie z nazwy. Po przyswojeniu wystarczającej dawki zarówno empatii, jak i odrzucenia (ojcu bardzo długo zajmuje, by zaakceptować swojego nowego "syna" i nakazuje mu, aby zamiast słowa "tata" używał neutralnego "pan"), Kakeru dochodzi do całkowicie nowych wniosków. Zaczyna rozumieć, że ma prawo żyć na własnych zasadach jako autonomiczny byt. Spełnianie przez niego roli Kakeru prowadzi tylko do kolejnych zgrzytów w rodzinie. Nie służy ono ani jemu (bowiem nigdy nie zazna miłości totalnej, zawsze pojawiać się będzie dystans i rozczarowanie), ani rodzicom (którzy pod fasadą euforii zaczynają na nowo przeżywać emocje sprzed lat). 

W wyniku pewnych zdarzeń, obie strony spróbują dojść do porozumienia. Na marginesie dodam,  że porozumienie ze potencjalną świadomą AI to realny i optymistyczny scenariusz dla nas. Inne mogą być niezbyt dobre dla nas, o czym zresztą coraz częściej się słyszy. 

W filmie Koreedy na koniec pozostaje wdzięczność. Pojawienie się nowego syna okaże się asumptem do pożegnania z tym poprzednim życiem. Pora rozpocząć coś nowego, ruszyć do przodu, spróbować wreszcie zmienić aktualny stan rzeczy. Koreeda zdaje sobie sprawę, że nie każdy byłby w stanie wznieść się na taki akt odwagi. Raz jeszcze powiedzieć "sayonara" dziecku – to nie takie proste dla rodzica, który wspomnienie o śmierci ma tylko w teorii za sobą. 

Zatem adopcja humanoidalnego dziecka jest wyborem jednego z dwóch rozwidleń prostej drogi. Albo przyjmujemy je z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo nie decydujmy się na dostawę. Nie ma nic pomiędzy. Koreeda nie wierzy w hollywoodzkie happy endy, bowiem "Kakeru" nie zastąpi prawdziwego Kakeru, a ból po stracie nie zniknie tylko dlatego, że pomodlimy się o lepsze jutro. Niemniej jego prezencja faktycznie ma te właściwości terapeutyczne. A to już – według Japończyka – połowa sukcesu. 

Koreeda traktuje AI jako pomocniczne narzędzie, a nie model zbawiający i ratujący nas na każdym kroku. To wizja przyszłości, w którą sam pragnę poniekąd wierzyć.