Jedna karta, jedno życie. Tak IBM pomógł Niemcom w Zagładzie

Nazistowskie ludobójstwo nie miałoby takiej skali i wydajności gdyby nie firma IBM. Technologia amerykańskiej korporacji załatwiała w jedno popołudnie to, co armii urzędników zajęłoby miesiące ślęczenia nad aktami. Z niesamowitą precyzją rejestrowała Żydów, Romów, homoseksualistów, a "rejestrować, to znaczy służyć".

Jedna karta, jedno życie. Tak IBM pomógł Niemcom w Zagładzie

"Poprzednie dyktatury potrzebowały współpracowników
o wysokich kwalifikacjach nawet na niskim szczeblu przywództwa,
ludzi, którzy potrafili myśleć i działać niezależnie.
W epoce nowoczesnej techniki instrumenty masowej komunikacji
umożliwiają zmechanizowanie pracy niższego szczebla.
W rezultacie powstaje typ bezkrytycznego odbiorcy rozkazów."

Albert Speer (z zeznań w procesie norymberskim)

Tekst jest drugą częścią cyklu "Technofaszyzm – coming out Doliny Krzemowej".
Całość ukazuje się w odcinkach na łamach magazynu Spider's Web+.



Trudno o przedmiot bardziej niewinny niż karta Holleritha. Kawałek sztywnego papieru, format dolara z 1890 roku, beżowy, nudny. Trzymając go w ręku, nie czuje się ciężaru. Ot, biurowe akcesorium, relikt epoki przedcyfrowej, który dziś budzi co najwyżej nostalgię u historyków informatyki.

Ale przyjrzyjmy się bliżej tej niewinności. Berlin, czerwiec 1933, biuro przy Alexanderplatz. Anonimowy urzędnik siedzi zgarbiony nad cudem ówczesnej nowoczesności – perforatorem Dehomagu – niemieckiej spółki-córki amerykańskiego giganta International Business Machines. Jego praca jest rytmiczna. Wkłada kartę. Naciska klawisz. Klik. Wybija dziurkę.

Każda dziurka to informacja. Każda informacja to odpowiedź na pytanie, które właśnie - z obsesyjną precyzją - zaczęło zadawać państwo. Imię. Zawód. Adres. I to jedno, nowe pytanie, ukryte w gąszczu statystycznych rubryk: wyznanie.

Ten urzędnik prawdopodobnie nie czuje się wspólnikiem zbrodni. Być może jest zmęczony, myśli o obiedzie, o kłótni z żoną, o tym, że nowa maszyna działa szybciej niż stara. To jest właśnie ten moment, w którym zło staje się banalne, zanim jeszcze Hannah Arendt zdąży to nazwać. Urzędnik nie wie, że karty, które dziurkuje, zostaną posortowane przez maszyny zdolne przetwarzać tysiące rekordów na godzinę. Że z tych milionów dziurek wyłoni się mapa – dokładniejsza niż jakakolwiek wcześniejsza – pokazująca, gdzie mieszka każdy Żyd w Niemczech.

Nie chodziło tylko o ortodoksyjnych, widocznych Żydów. System wyłapywał też tych ochrzczonych czy w pełni zasymilowanych. Nawet tego, kto sam nie pamiętał, że jego dziadek chodził do synagogi. Maszyna pamiętała za niego.

Urzędnik robi swoją pracę, maszyna robi swoją. Za dziesięć lat te same maszyny będą śledzić transport bydlęcych wagonów do Auschwitz.

W latach trzydziestych nie było "chmury" ani "big data", ale to złudzenie, że brakowało technologii do inwigilacji. Herman Hollerith dał totalitaryzmowi coś potężniejszego niż samo narzędzie licząco-analityczne na karty perforowane wynalezione przez niego na potrzeby amerykańskiego spisu powszechnego 1890 roku a IBM, pod wodzą despotycznego wizjonera Thomasa J. Watsona, uczyniło z niej globalny monopol.

Zasada była elegancka w swojej prostocie, a przez to przerażająca. Karta reprezentuje człowieka. Dziurka w kolumnie trzeciej? Lekarz. Dziurka w kolumnie ósmej? Żyd. Chcesz wiedzieć, ilu Żydów mieszka w konkretnej dzielnicy Berlina? Maszyna wypluje odpowiedź w kilka minut, wystarczy przepuścić tysiące kart przez sorter. Maszyna model D-11 "połykała" 24 tysiące kart na godzinę. Widok tak wertowanych kart musiał być hipnotyzujący.

Technologia Holleritha załatwiała w jedno popołudnie to, co armii urzędników zajęłoby miesiące ślęczenia nad aktami. W świecie, gdzie naziści szykowali się do "rozwiązania kwestii żydowskiej", czas stał się najcenniejszą walutą, którą IBM wymieniał po bardzo korzystnym kursie.

Wiosną 1933 roku, już kilka miesięcy po dojściu Hitlera do władzy, Prusy przeprowadziły spis powszechny, będący w istocie poligonem doświadczalnym dla tej technologii. Dehomag – Deutsche Hollerith-Maschinen Gesellschaft – dostarczył nie tylko maszyny i karty, ale i bezcenne know-how. Nauczyli nazistów, jak projektować formularze, by wydobyć z nich to, co najważniejsze. A tym razem klient żądał Żydów.

Wtedy jeszcze pytano o "wyznanie" (Religionszugehörigkeit). Jeszcze nie o "rasę" w sensie biologicznym. Pełna definicja rasowa miała zostać sformułowana dopiero w Ustawach Norymberskich z 1935 roku. Ale dla maszyny to nie była przeszkoda. System IBM potrafił tworzyć sieci korelacji w sposób bardzo podobny do tego, w jaki dzisiaj tworzy je każda platforma społecznościowa. Zestawiając dane ze spisu z księgami parafialnymi i urzędowymi, można było wyłowić nawet tych, którzy porzucili judaizm dekady wcześniej.

Spis z 1933 roku wykazał blisko pół miliona Żydów, ale w nazistowskiej optyce pół miliona zidentyfikowanych to była zaledwie pierwsza, najłatwiejsza warstwa – tak zwani "Żydzi praktykujący". A ideologia definiowała żydowskość nie przez religię, lecz przez krew. Jak daleko wstecz sięgać? Niektórzy mówili o dziadkach. Inni proponowali cztery pokolenia. Jeszcze inni chcieli cofnąć się do roku 1800 – do czasów sprzed żydowskiej emancypacji, zanim asymilacja zamazała ślady. Prawdziwa liczba "rasowych Żydów", ochrzczonych czy nie, mogła być wielokrotnie wyższa od oficjalnej. Nikt tego nie wiedział. Ale Hollerith krzyżując dane ze spisów, ksiąg parafialnych, urzędów stanu cywilnego i rejestrów meldunkowych potrafił to ustalić. Nagle coś, co do tej pory było pseudonaukową obsesją, stało się wielkim biznesowym sukcesem.

Technologia Holleritha załatwiała w jedno popołudnie to, co armii urzędników zajęłoby miesiące ślęczenia nad aktami. Zdjęcie: Shutterstock / Everett Collection

Rassenwissenschaft, nauka o rasie, przeszła z akademickich gabinetów na rynek masowy. Antyżydowskie dekrety i prywatne zarządzenia wymagały dowodów czystości rasowej na każdym kroku: przy zatrudnieniu, w szkole, w związku zawodowym, w kościele, w urzędzie, … a jedyna technologia zdolna udźwignąć to zadanie należała do spółki-córki IBM.

Kontrakt na pruski spis był dla Dehomagu testem, czy potrafi obsłużyć apetyt nowego reżimu. Karl Koch, specjalny konsultant Dehomagu ds. kontraktów rządowych, człowiek z dobrymi koneksjami zarówno w NSDAP, jak i w administracji, wynegocjował go w kilka tygodni. Watson wcześniej osobiście wysłał go do centrali w Nowym Jorku na szkolenie z możliwości technicznych firmy i technik negocjowania z rządem. W maju 1933 roku Koch pisał do Watsona z radością: "Teraz dopiero mamy szansę pokazać, jakie mamy możliwości". Watson odpisał z podziękowaniami a list od Kocha zachował. Do akt IBM.

Koch miał rację, popyt, który uwolnił spis pruski, przerósł wszelkie oczekiwania.

Siedziba Dehomagu w berlińskim Lichterfelde – zarazem fabryka, centrum serwisowe i zaplecze logistyczne – pękała w szwach. Zamówienia przytłaczały moce produkcyjne, więc Willy Heidinger, dyrektor spółki, powołał specjalny "oddział szybkiego reagowania" do natychmiastowej produkcji części zamiennych i przerobił stary, nieczynny zakład IBM na dodatkowy warsztat oraz wynajął dodatkowe 1200 metrów kwadratowych magazynów zewnętrznych. Robotnicy kursowali między nimi a główną siedzibą, gdzie nawet korytarze zamieniono w stanowiska pracy. W raporcie do centrali w Nowym Jorku Heidinger pisał o „krytycznym braku przestrzeni" – każdy metr kwadratowy był przepełniony maszynami i ludźmi. Ale nie narzekał tylko raportował sukces.

Tysiąc nowych pracowników, trzy zmiany i przepełnione magazyny - wszystko to było napędzane jednym źródłem popytu: rasowym sortowaniem ludzi. Holocaust jeszcze nie miał nazwy, ale jego infrastruktura danych już pracowała na pełnych obrotach. IBM był monopolistą na tym rynku, podobnie jak dzisiaj starają się być w sektorze militarnym Palantir czy Anthropic. Systemy, których celem jest wskazanie "terrorysty", "imigranta", "decydenta" i jakkolwiek zdefiniowanego stosownie do potrzeb "celu", cieszą się niezmiennie wielkim popytem w każdym reżimie. Zmieniły się firmy, rządy, ale idea segregacji za pomocą nowoczesnych technologii już nie. 

Wysoce technologiczny romantyzm

Ósmego stycznia 1934 roku, niecały rok po dojściu Hitlera do władzy, Dehomag uroczyście otworzył rozbudowany zakład w Lichterfelde. Heidinger stał na podium w otoczeniu flag ze swastykami i honorowej warty szturmowców SA. Obok niego stał osobisty przedstawiciel Thomasa J. Watsona, wysłany specjalnie z Nowego Jorku, by nadać wydarzeniu rangę, na jaką zasługiwało. Na sali siedzieli funkcjonariusze NSDAP i lokalni dygnitarze.

Heidinger nie mówił wtedy językiem inżynierów. Był wytrawnym strategiem sprzedaży, który potrafił dostosować język dla każdego odbiorcy, tak jak dzisiaj czyni to Alexander Karp czy Dario Amodei. Mówił wtedy językiem biologicznego przeznaczenia.

Porównał IBM do lekarza, który "rozcina komórka po komórce niemieckie ciało kulturowe" i raportuje każdą indywidualną cechę na małej karcie. Zapewnił zebranych, że te karty bynajmniej nie są martwe – one "ożywają, gdy są sortowane po 25 000 na godzinę, według wybranych cech". Cechy te, mówił, "są głęboko zakorzenione w naszej rasie" i dlatego "musimy je pielęgnować jak święte sanktuarium, które chcemy i musimy utrzymać w czystości". A na koniec: "Mamy najgłębsze zaufanie do naszego Lekarza i będziemy ślepo podążać za jego instrukcjami, ponieważ wiemy, że poprowadzi nasz naród ku wielkiej przyszłości. Niech żyje nasz naród i nasz Führer!".

Wtedy nośnikiem informacji były perforacje w kartach. Dziś są nimi wagi w sieciach neuronowych. Wtedy karty Holleritha "ożywały", a dziś zastanawiamy się, czy kości pamięci i procesory "mają świadomość". Lekarzem był Adolf Hitler a chorą tkanką – Żydzi. Pytanie, jak i po co tak naprawdę sortujemy ludzi dzisiaj, ubierając to jedynie w bardziej przystępny i przyjazny język wielkich celów społecznych i szczytnych dobroczynnych innowacji? 

Tekst przemówienia, wraz z listą zaproszonych dygnitarzy partyjnych, został jeszcze tego samego dnia przesłany do centrali na Manhattanie i natychmiast przetłumaczony na angielski dla samego Watsona. Reakcja szefa była szybka i jednoznaczna: wysłał Heidingerowi telegram z gratulacjami za dobrze wykonaną robotę i trafnie wyrażone sentymenty.

Uderza łatwość, z jaką język technokracji splatał się z językiem ludobójstwa. Oba dążyły do optymalizacji i oba "nienawidziły chaosu". Ale w mowie Heidingera ujawniało się coś głębszego niż zwykły oportunizm – coś, co historyk Jeffrey Herf nazwał reakcyjnym modernizmem.

Herf postawił pytanie, na które nie umiała odpowiedzieć cała powojenna historiografia: dlaczego niemiecki nacjonalizm – z jego wieloletnią tradycją romantycznego antymodernizmu, kultem Volk, ziemi i duchowej Innerlichkeit – tak entuzjastycznie objął nowoczesną maszynę? Dlaczego ruch, który gardził Oświeceniem, racjonalizmem i zachodnią Zivilisation, nie odrzucił technologii jako obcego ciała? Odpowiedź Herfa brzmi: ponieważ reakcyjni moderniści dokonali czegoś, co wydawało się niemożliwe - przenieśli technologię z porządku Zivilisation do porządku Kultur.

Niemiecka dusza

Maszyna przestała być narzędziem zimnego rozumu i stała się organiczną częścią niemieckiej duszy, ucieleśnieniem woli narodu, emanacją siły, której nie trzeba było uzasadniać logicznie, bo miała uzasadnienie metafizyczne. Nie chodziło o pragmatyzm ani o taktyczne pogodzenie się z koniecznością – chodziło o kult. O emocjonalny żar, który był lustrzanym odbiciem żaru antytechnologicznego, tyle że skierowanym w przeciwną stronę.

Thomas Mann uchwycił to w jednym zdaniu, pisząc o narodowym socjalizmie jako połączeniu "solidnej nowoczesności i afirmatywnej postawy wobec postępu z marzeniami o przeszłości" – o "wysoce   technologicznym romantyzmie". Joseph Goebbels nadał temu programowy wyraz: nadchodzi wiek stählerne Romantik, stalowego romantyzmu.

To wyjaśnia, dlaczego mowa Heidingera w Lichterfelde brzmiała tak, jak brzmiała. Nie był to język inżyniera ani księgowego. Był to język kapłana – kapłana technologicznej religii, w której maszyna Holleritha nie służyła do liczenia, lecz do oczyszczania. Wtedy Heidinger, stojąc przed maszynami IBM, nie sprzedawał statystyk. Sprzedawał przeznaczenie. Ale Watson, czytając przetłumaczony tekst w swoim gabinecie na Manhattanie,widział już tylko zamówienie.

Ta asymetria – europejski mistycyzm maszyny i amerykański pragmatyzm zysku – nie osłabiała sojuszu, ale wzmacniała go. Kapłan potrzebował narzędzi a kupiec potrzebował klienta. Obaj potrzebowali siebie nawzajem i obaj mogli udawać, że nie rozumieją motywacji drugiego.

Kilka miesięcy później firmowy biuletyn kliencki IBM w Niemczech "Hollerith Nachrichten" opublikował artykuł o zastosowaniu maszyn do analizy "statystycznych współzależności" w kontekście eugenicznym. W kolejnych numerach opisywano możliwości wykorzystania technologii w "opiece społecznej", czyli to, co w realiach Trzeciej Rzeszy oznaczało identyfikację "elementów aspołecznych" przeznaczonych do sterylizacji lub jeszcze innych zabiegów. IBM nie tylko dostarczało narzędzia, ale w swoich materiałach marketingowych instruowało klientów, jak wykorzystywać je do celów rasowych.

Sześć faz Zagłady

W miarę narastania nazistowskiego terroru – od bojkotu żydowskich sklepów, przez Ustawy Norymberskie, Noc Kryształową, aż po dymiące kominy Auschwitz – system kodowania ewoluował, stając się coraz bardziej precyzyjnym narzędziem. Stał się językiem nowej rzeczywistości.

Każdy aspekt życia otrzymał swój numer. Każdy numer oznaczał konkretne przeznaczenie.

Edwin Black, autor monumentalnej książki "IBM and the Holocaust", zidentyfikował sześć faz Zagłady, które rozgrywały się przez dwanaście lat: identyfikacja, wykluczenie, konfiskata, gettyzacja, deportacja i eksterminacja. W każdej z nich maszyny IBM odgrywały kluczową rolę. Spisy powszechne pozwalały ustalić, kto jest Żydem. Rejestry urzędowe i bankowe pozwalały ustalić, co posiada. Kartoteki meldunkowe i policyjne pozwalały ustalić, gdzie mieszka. Listy transportowe pozwalały ustalić, kiedy i dokąd go wysłać. A ewidencja obozowa rejestrowała, jak umarł. Każdy etap wymagał nowych formularzy, nowych sortowań, nowych kart. A IBM dostarczało je wszystkie – nieprzerwanie, przez dwanaście lat, przez sześć faz, od pierwszego spisu do ostatniej komory gazowej.

W obozach koncentracyjnych, których sieć zaczęła rosnąć już w 1933 roku – powstały wydziały Hollerith-Abteilung. To tam biurokracja spotykała się z biologią. Żeby zarządzać masą ludzką, trzeba ją najpierw zamienić w zbiór danych. Odczłowieczenie nie zaczynało się od ogolenia głowy, ale od nadania numeru w systemie.

Spójrzmy na te kody. Są suche, techniczne, "czyste":

Kod 3: Homoseksualista.
Kod 8: Żyd.
Kod 12: Cygan.

Ale systemy bazodanowe wymagają nie tylko wejścia (Input), ale i wyjścia (Output). Rekord musi zostać zamknięty. Kolumna 34, "Przyczyna zwolnienia":

Kod 3: Śmierć naturalna.
Kod 4: Egzekucja.
Kod 6: Sonderbehandlung.

Sonderbehandlung – specjalne traktowanie. Ten eufemizm w języku Trzeciej Rzeszy oznaczał masową eksterminację. To specyfikacja techniczna systemu.

Identyfikacja, wykluczenie, konfiskata, gettyzacja, deportacja i eksterminacja. W każdej z nich maszyny IBM odgrywały kluczową rolę. Zdjęcie: Wikipedia/CC

System IBM był na tyle precyzyjny, że jego inżynierowie musieli stworzyć osobną kategorię dla masowego mordowania, odróżniającą je od śmierci z wycieńczenia czy egzekucji indywidualnych. Musieli usiąść, zaprojektować tę rubrykę, przypisać jej cyfrę 6 i upewnić się, że maszyna nie zatnie się przy sumowaniu "szóstek". Czy komukolwiek zadrżała ręka? Problemy techniczne rzadko wywołują dylematy moralne. Problemem jest zacięty papier, a nie los rekordu.

Kiedy w sierpniu 1943 roku polski handlarz drewnem z Będzina przybył do Auschwitz w transporcie czterystu więźniów, został najpierw poddany pobieżnemu badaniu lekarskiemu, potem pełnej rejestracji z danymi osobowymi, wreszcie – co było najważniejsze – otrzymał pięciocyfrowy numer Holleritha: 44673.

Ten numer śledził go od przydziału pracy do przydziału pracy. Raportował jego dostępność do centralnej kartoteki w Departamencie DII Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego SS w Oranienburgu. Latem 1943 roku ten sam numer – 44673 – został wytatuowany na jego przedramieniu.

Tatuaż na przedramieniu więźnia Auschwitz – ten ikoniczny symbol Zagłady – nie był przypadkowym pomysłem sadystycznego strażnika. To system Holleritha potrzebował trwałego oznaczenia rekordu. Kiedy więźniowie umierali zbyt szybko, by można ich było zidentyfikować po ubraniach (które natychmiast kradziono lub utylizowano), numer stał się problemem logistycznym. Musiał stać się częścią ciała, które stało się kolejnym nośnikiem danych. Przedramię – widoczne nawet w stosie trupów – okazało się praktycznym rozwiązaniem.

Na dole każdej "Osobistej Karty Więźnia" – standardowego formularza używanego w obozach całej Europy – znajdował się stempel wykonany gotyckimi literami: Hollerith erfasst. "Zarejestrowany przez Holleritha".

Kilkaset tysięcy takich kart przetrwało wojnę.

Jest pewien szczegół, który łatwo przeoczyć: karty perforowane były produktem jednorazowym, każda karta mogła być użyta tylko raz. Po przepuszczeniu przez maszynę stawała się częścią archiwum – lub śmieciem. Nowe sortowanie wymagało nowych kart. A sortowań było bez liku: spis powszechny, rejestry meldunkowe, kartoteki policyjne, listy deportacyjne, ewidencja obozowa, raporty śmierci.

Strategiczny sojusz

Dehomag potrzebował milionów kart tygodniowo. Milionów.

Skąd je brał? Tu dochodzimy do sedna tego, co Edwin Black nazywa "strategicznym sojuszem". Karty perforowane nie były towarem, który można było kupić na wolnym rynku. Ich produkcja wymagała specjalistycznych pras, precyzyjnego papieru, ścisłych specyfikacji technicznych. I - co najważniejsze - licencji od jedynego właściciela patentów, czyli od IBM.

Thomas Watson kontrolował produkcję kart z maniakalną precyzją. Żadna fabryka na świecie nie mogła drukować kart kompatybilnych z maszynami Holleritha bez jego osobistej zgody. Kiedy niemiecka firma papiernicza Euler próbowała wejść na rynek, Watson zablokował ją sądowym nakazem. Umowy z klientami – w tym z NSDAP – zawierały klauzulę zakazującą używania kart z jakiegokolwiek innego źródła.

Do 1935 roku karty dla Dehomagu importowano bezpośrednio ze Stanów Zjednoczonych. Potem Watson zainwestował w niemieckie prasy drukarskie, by w kolejnych latach otworzyć drukarnie w Austrii, Polsce, Holandii, Francji. Wszystkie działały pod nadzorem centrali w Nowym Jorku i skrupulatnie raportowały do oddziału w Genewie, skąd informacje trafiały prosto na biurko Watsona.

To nie była korporacja, która wymknęła się spod kontroli. Ta struktura działała dokładnie tak, jak ją zaprojektowano. Nawet gdy wojna już trwała i gdy komunikacja między Niemcami a Stanami Zjednoczonymi stała się formalnie nielegalna. Neutralna Szwajcaria służyła jako pomost, pieniądze płynęły przez genewskie konta, zamówienia realizowano przez szwajcarskie spółki-córki. Karty, miliony kart, docierały do bardzo wielu miejsc, gdzie były bardzo pilnie potrzebne.

Bez technologii IBM Holokaust nie byłby tak wydajny. Zdjęcie: Wikipedia / CC

Globalne Imperium Zła

Thomas John Watson Senior miał sześćdziesiąt trzy lata, gdy przyjmował Order Zasługi Orła Niemieckiego z Gwiazdą. Karierę zaczynał jako akwizytor National Cash Register – firmy, która zrewolucjonizowała amerykański handel, a przy okazji wynalazła nowoczesny korporacyjny mobbing: Watson osobiście kierował operacjami sabotowania konkurencji, za co ostatecznie został skazany (wyrok uchylono w apelacji). W 1914 roku objął stery Computing-Tabulating-Recording Company, którą w 1924 roku przemianował na International Business Machines.

Pod jego rządami IBM stało się globalnym imperium. Ale imperium opartym na jednym produkcie: maszynach Holleritha. I jednym modelu biznesowym: nie sprzedawać maszyn, tylko je dzierżawić. Klient płacił miesięczny czynsz. Serwis zapewniał IBM. Karty kupował od IBM. Wszystko pozostawało w orbicie kontroli Watsona.

Dehomag wpadło w tę orbitę w 1922 roku, gdy hiperinflacja w Niemczech zmusiła lokalnego dystrybutora, Willy'ego Heidingera, do oddania 90 procent udziałów. Od tej pory niemiecka firma była de facto amerykańską filią. Heidinger zachował 10 procent akcji i stanowisko dyrektora, ale każda istotna decyzja wymagała zgody Nowego Jorku.

W 1933 roku, gdy Hitler doszedł do władzy, Dehomag stał się najbardziej dochodową zagraniczną spółką zależną IBM. Ten sam boom, który rozrywał magazyny w Lichterfelde, wynosił zyski do poziomu miliona dolarów rocznie.

Watson był zachwycony. W październiku 1933 roku osobiście odwiedził Berlin, by celebrować sukces. Podczas wizyty zawarł z Heidingerem tajne porozumienie, dające Dehomagowi specjalne uprawnienia handlowe w całej Europie. Austria, Czechosłowacja, Polska, Belgia, Francja, Holandia – niemiecka filia IBM mogła teraz usługiwać klientom w tych krajach bezpośrednio, omijając lokalne spółki.

Dane przetrwały intencje

Zanim Wehrmacht przekroczył jakąkolwiek granicę, infrastruktura danych była już na miejscu. W Polsce budowano ją od 1935 roku, wtedy bowiem w Warszawie otworzono biuro usługowe "Polski Hollerith". Rok później otwarto drugie biuro w Katowicach i drukarnię kart perforowanych, która docelowo miała obsługiwać 36 milionów kart rocznie. W 1937 roku firma zmieniła nazwę na Watson Business Machines sp. z o.o. i podpisała kontrakt z polskim Ministerstwem Komunikacji. Klientów było zaledwie dwudziestu pięciu, ale wśród nich znajdowały się Polskie Koleje Państwowe, Poczta Polska i huty Górnego Śląska. Tuż przed wojną maszyny wydzierżawiono również Wojsku Polskiemu. System Holleritha zorganizował polskie lokomotywy i wagony towarowe, a poprzez pocztę – kontrolował dostęp do każdego adresu w kraju. 

Gdy we wrześniu 1939 roku Wehrmacht wkroczył do Polski, centrala IBM nie traciła czasu. Nowy Jork przekazał Górny Śląsk pod zarząd Dehomagu, negocjując losy każdej poszczególnej maszyny. Resztę polskiej spółki przerobiono na Watson Büromaschinen GmbH, nadając jej niemiecką nazwę i niemieckiego dyrektora. Infrastruktura pocztowa i kolejowa - oba systemy zbudowane na maszynach IBM – przeszły w ręce okupanta jak klucze do mieszkania, które zmienia właściciela.

Ale prawdziwa wartość tego przejęcia nie leżała oczywiście w maszynach, ale w danych.

W krakowskim biurze Hollerith Gruppe – nazistowskiej grupie obsługującej maszyny liczące IBM – sześćdziesiąt tysięcy tomów spisów powszechnych z przedwojennego Polskiego Urzędu Statystycznego wprowadzono na karty perforowane i skrzyżowano z "danymi etnicznymi" zbieranymi bezpośrednio w gettach. Na tej podstawie maszyny wyliczały, ilu Żydów z poszczególnych gett przeznaczyć do obozów pracy, a ilu do transportów. Reinhard Heydrich, planując wysiedlenie ponad pół miliona osób z Kraju Warty na początku 1940 roku, wprost powołał się na "informacje statystyczne – listy spisowe itp. – z niemieckich i polskich źródeł". Tempo tej operacji było możliwe wyłącznie dzięki maszynom analitycznym.

Jeszcze przed wojną niemiecki statystyk Fritz Arlt stworzył w Lipsku skrzyżowaną kartotekę tamtejszych Żydów, która precyzyjnie wymieniała, z jakich polskich miast pochodzili ich przodkowie. Ta wiedza okazała się tak cenna, że po inwazji Arlt został szefem Wydziału Spraw Ludnościowych Generalnego Gubernatorstwa. To tam, w krakowskim biurze, nad kartami perforowanymi, obliczał wskaźniki wymierania podbitych grup z powodu głodu i pracy przymusowej.

Dane zebrane przez polskich urzędników w czasach pokoju w postaci niewinnych rubryk ze spisami ludności, rejestrami adresowymi, rozkładami jazdy – zmieniły właściciela i w jedną noc straciły neutralność. Były neutralne aż do momentu, gdy ktoś postanowił je wykorzystać inaczej. Polscy urzędnicy w 1935 roku nie mogli wiedzieć, że ich skrupulatne tabele posłużą do obliczania "KPI holokaustu" w gettach. Ale właśnie o to chodzi, że nie musieli wiedzieć. Dane przetrwały ich intencje.

Warszawska drukarnia kart perforowanych, ta sama, która przed wojną drukowała karty dla Poczty Polskiej, znalazła się kilkanaście metrów od murów getta. Przedwojenny dział Holleritha Polskich Kolei Państwowych w Krakowie otoczono uzbrojoną strażą policyjną. Odtąd monitorował logistykę wszystkich pociągów Generalnego Gubernatorstwa. W tym pociągów do Treblinki i Auschwitz. 

Osiemdziesiąt lat później codziennie oddajemy o sobie więcej informacji. Dobrowolnie, w zamian za wygodę, rozrywkę i iluzję darmowości. Jednocześnie polski rząd podpisuje umowy na przetwarzanie danych najważniejszych instytucji publicznych z korporacjami, nad którymi nie ma żadnej realnej kontroli. Co takiego się zmieniło, co uzasadniałoby mniejszą, a nie większą ostrożność? Technologia i skala danych jest nieporównywalnie większa a nadzór nieporównywalnie słabszy.

Jeśli 60 tysięcy tomów, przetworzonych przez maszyny IBM w Krakowie, wystarczyło do precyzyjnego zaplanowania zagłady 3 milionów polskich Żydów, to do jakich celów mogą kiedyś posłużyć petabajty cyfrowych śladów lokalizacyjnych i behawioralnych, które my, obywatele, codziennie zostawiamy dziś w sieci?

Masowa produkcja wyroków

W listopadzie 1935 roku, dwa miesiące po ogłoszeniu Ustaw Norymberskich definiujących, kto jest Żydem, Watson wrócił do Berlina na bankiet z okazji dwudziestopięciolecia Dehomagu. Hotel Adlon, stu pięćdziesięciu zaproszonych gości, wśród nich amerykański ambasador i Reichsminister Gospodarki Hjalmar Schacht. Srebrne sztućce błyszczały, kryształowe kieliszki brzęczały. W tym samym czasie maszyny w Lichterfelde - siedzibie Dehomagu - pracowały na nocną zmianę, przetwarzając dane z najnowszych rejestracji rasowych.

Głównym celem już 1 939 roku było ustalenie "rasowej" struktury populacji. Formularz pytał wprost: czy którykolwiek z twoich dziadków był pełnokrwistym Żydem?

Jeśli spis z 1933 roku był eksperymentem, to spis z maja 1939 był produkcją przemysłową. Dehomag zmobilizował bezprecedensową infrastrukturę: 400 perforatorów elektrycznych, 300 weryfikatorów, 70 sortownic, 50 tabulatorów. Specjalnie na tę okazję inżynierowie przekonstruowali tabulatory D-11 w czyste maszyny liczące – D-11 VZ – zdolne przetwarzać 12 tysięcy kart na godzinę. Wykorzystano 80 milionów kart.

Wyniki były gotowe 10 listopada 1939 roku – dokładnie w pierwszą rocznicę Nocy Kryształowej. Ostateczne obliczenia wykazały 330 539 "Żydów rasowych" w Wielkiej Rzeszy: 138 819 mężczyzn i 191 720 kobiet (więcej kobiet, bo około 35 tysięcy żydowskich żon zostało już wdowami lub straciło mężów-uchodźców). Liczba ta stanowiła mniej więcej połowę żydowskiej populacji liczonej jeszcze kilka lat wcześniej – reszta wyemigrowała, uciekła lub już nie żyła. SD i Referat II 112 Adolfa Eichmanna otrzymały kopie wszystkich list.

Pięć miesięcy później, w marcu 1940 roku, pierwsze transporty wyruszyły do gett.

Watson. Sojusznik Hitlera

Przez trzy lata Watson nosił Order Orła z dumą. Eksponował go na oficjalnych fotografiach, wspominał o nim w listach. Był przekonany – albo udawał przekonanie – że odznaczenie honoruje jego wkład w międzynarodowy handel, nie w nazistowski reżim.

W maju 1940 Hitler rozpoczął zachodnią ofensywę. Blitzkrieg rozniósł Norwegię, Luksemburg, Holandię, Belgię. Zdjęcia uchodźców zalewały pierwszą stronę New York Timesa. Doniesienia o egzekucjach "wrogów Rzeszy" w Amsterdamie cytowały świadków mówiących o "specjalnych listach" przygotowanych z góry przez Gestapo.

Specjalnych listach sporządzonych przy użyciu maszyn IBM.

Trzy lata. Tyle zajęło Watsonowi rozpoznanie, że nazizm jest "sprzeczny z wartościami". 6 czerwca 1940 roku – siedem lat po dojściu Hitlera do władzy, rok po wybuchu wojny, w dniu gdy niemieckie wojska zajmowały Paryż – Watson napisał list do Adolfa Hitlera. Wysłał go listem poleconym, z kopią dla prasy. Medal zwrócił, wyjaśniając, że "obecna polityka pańskiego rządu jest sprzeczna z wartościami, za które pracowałem".

Watson (drugi od lewej) w towarzystwie Hitlera (pierwszy a lewej, tyłem).  Berlin, 1937. Zdjęcie z archiwum agencji The Associated Press.

A może jednak przyczyną nie były wyrzuty sumienia, tylko zmieniające się nastroje amerykańskiej opinii publicznej? Sondaż Gallupa z maja 1940 pokazał, że tylko 2 procent Amerykanów uważa inwazję na Holandię i Belgię za "uzasadnioną". Zwrot odznaczenia bowiem nie zmienił niczego istotnego. Czym innym jest list dla prasy, marketing i PR, a czym innym ta mniej eksponowana część prawdziwego biznesu. Dehomag działał dalej. Pieniądze, głównie przez Szwajcarię, płynęły dalej. Karty drukowano dalej.

W Niemczech zwrot medalu potraktowano jako osobistą zniewagę Führera. W biurze Heidingera zapanowała chwilowa panika – obawiano się odwetowego przejęcia firmy przez państwo. Ale maszyny IBM były zbyt ważne, by ryzykować chaos technologiczny i Dehomag pozostał nietknięty. Ustanowiono jedynie niemieckiego zarządcę komisarycznego, po czym formalnie IBM po wojnie odzyskało pełną kontrolę nad firmą i wszystkimi maszynami.

W większości głównych obozów koncentracyjnych istniały Hollerith-Abteilung – wydziały Holleritha. Auschwitz miał kod 001, Buchenwald – 002, Dachau – 003, Flossenbürg – 004, Mauthausen – 007. System był zdumiewająco zintegrowany. Każdy więzień otrzymywał kartę Häftlingskarte – Kartę Więźnia – wypełnioną danymi osobowymi i kodami Holleritha. Karta towarzyszyła mu przez kolejne obozy, przydziały pracy, kary, aż do "wyjścia".

W rubryce "przyczyna wyjścia" większość wpisów brzmiała C-3: "śmierć naturalna". Nawet gdy więźniów zmuszano do skoku z klifu w kamieniołomie Mauthausen – miejsca zwanego "skokiem spadochronowym". Nawet gdy rozstrzeliwano ich w "Operacji K". Za każdym razem było to C-3. Ale gdy mordowano na skalę przemysłową – transporty prosto do komór gazowych – system wymagał osobnej kategorii, wspomnianej F-6. Sonderbehandlung.

Gdy wyzwoliciele wkraczali do obozów w 1945 roku, Heinrich Himmler wydał rozkaz zniszczenia wszystkich kartotek. W wielu miejscach się udało, ale na szczęście nie wszędzie. Część kart Holleritha, np. w Bergen-Belsen, przetrwała.

Nie był nazistą. Był perfekcjonistą

Żeby w pełni zrozumieć rolę IBM, trzeba spojrzeć na dwa miejsca, gdzie podobna technologia posłużyła dwóm zupełnie różnym celom. Na Francję i Holandię.

René Carmille był szefem francuskiego serwisu statystycznego (Service National des Statistiques) w rządzie Vichy. Dysponował maszynami podobnymi do tych w Dehomagu – częściowo Hollerith, częściowo konkurencyjnej firmy Bull. Niemcy żądali od niego tego samego, czego żądali od wszystkich okupowanych krajów: spisu ludności żydowskiej.

Carmille odmówił. Nie wprost – to by oznaczało natychmiastowe rozstrzelanie. Odmówił tak, jak odmawia urzędnik: powoli, metodycznie, pozorując posłuszeństwo. Celowo opóźniał przetwarzanie danych, manipulował kartotekami. Nigdy nie dokończył spisu, który miał zidentyfikować francuskich Żydów. Jednocześnie wykorzystywał te same maszyny do czegoś innego: tworzenia tajnego rejestru francuskich rezerwistów, którzy mogli zostać zmobilizowani na sygnał ruchu oporu.

W 1944 roku Gestapo go aresztowało. Trafił w ręce Klausa Barbiego, Rzeźnika z Lyonu. Przez dwa dni był torturowany, ale nie wydał nikogo. Zmarł w Dachau w styczniu 1945 roku, dwa miesiące przed wyzwoleniem obozu.

Francja nie miała rozbudowanej tradycji spisowej rejestrującej wyznanie. Nie miała też scentralizowanej infrastruktury kart perforowanych porównywalnej z niemiecką czy holenderską. Był to – paradoksalnie – ratunek. Administracyjny bałagan, połączony z sabotażem Carmille'a, stworzył szczelinę, przez którą wielu ludzi zdołało się prześlizgnąć. W okupowanej Francji zginęło bowiem około 25 procent Żydów.

A teraz spójrzmy na Holandię.

Holandia była pod każdym względem antytezą Francji, krajem wzorowej administracji, pedantycznych rejestrów, wieloletniej tradycji spisowej, która niewinnie – od pokoleń – notowała wyznanie obywateli. Infrastruktura Holleritha funkcjonowała tu sprawnie na długo przed wojną. Gdy Wehrmacht wkroczył do Holandii w maju 1940 roku, Niemcy zastali gotowy system.

Natychmiast po inwazji IBM założyło holenderską filię: Watson Bedrijfsmachine Maatschappij, przy Frederiksplein 34 w Amsterdamie. W tym samym momencie, gdy Watson budował swój wizerunek w USA jako moralnie oburzonego przeciwnika nazizmu i z wielkim rozgłosem oddawał order, jego nowo utworzona holenderska spółka płynnie przeszła do obsługi niemieckiej administracji cywilnej. Działalność IBM w Holandii trwała w najlepsze, zyski płynęły do firmy, a nowojorska centrala wciąż zaopatrywała spółkę – w samym tylko 1941 roku wyeksportowała do okupowanej Holandii 132 miliony kart perforowanych.

W ciągu pierwszych ośmiu miesięcy działalności firma wykazała aktywa w postaci maszyn i sprzętu o wartości blisko miliona dolarów oraz zysk brutto przekraczający sto szesnaście tysięcy dolarów. Maszyny IBM trafiły na biurka holenderskiej administracji spisowej, nad którą czuwał fanatyczny urzędnik Jacobus Lambertus Lentz – inspektor rejestrów ludności. Lentz nie był nazistą. Był perfekcjonistą. Stworzył system osobistych kart identyfikacyjnych tak precyzyjny, że Niemcy musieli jedynie go wykorzystać.

Dziesiątego stycznia 1941 roku sekretarz stanu Friedrich Wimmer wydał dekret VO6/41, nakazujący wszystkim Żydom – holenderskim i zagranicznym – rejestrację w lokalnych biurach spisowych. Holenderskie biura spisowe były w pełni zautomatyzowane systemami Holleritha. Wystarczyło porównać nowe zgłoszenia z istniejącą kartoteką ludności, by namierzyć każdego, kto nie dopełnił obowiązku. Ponad 157 tysięcy kwestionariuszy wpłynęło w ciągu kilku pierwszych miesięcy – więcej niż liczyła cała społeczność żydowska, bo niektórzy Holendrzy w geście solidarności sami się zarejestrowali obok swoich żydowskich sąsiadów. Ekipy Lentza zamieniały te formularze na karty perforowane tak szybko, jak pozwalały na to maszyny.

W 1941 roku IBM wysłało do Holandii 132 miliony kart perforowanych z Ameryki. Filia operowała już blisko swojej maksymalnej przepustowości – 150 milionów kart rocznie.

Do września Lentz mógł zameldować rezultaty. Jego biuro zarejestrowało i posortowało 118 455 holenderskich Żydów, 14 495 Żydów niemieckich, 7 295 innych oraz 19 561 Mischlinge – osób mieszanego pochodzenia. Łącznie 159 806 nazwisk. W tym 700 Żydów rasowych praktykujących katolicyzm, 1 245 należących do kościołów protestanckich i 12 643 bez przynależności religijnej. System nie pytał o wiarę. Pytał o "krew".

Dziesięć dni po ukończeniu sortowania i tabulacji spisu zarządzonego dekretem VO6/41 władze nakazały wszystkim Żydom nosić gwiazdę Dawida. Wielu Holendrów zareagowało z oburzeniem - w jednym miasteczku, gdy burmistrz ogłosił nakaz, wielu nie-Żydów przypięło gwiazdę w geście protestu. Ale to nie sześcioramienna gwiazda widoczna na ulicy, lecz osiemdziesiąt kolumn posortowanych w biurze Holleritha wyznaczyła holenderskich Żydów do deportacji.

Drugiego października 1941 roku H. Böhmcker, kluczowy nazistowski urzędnik w Amsterdamie, napisał triumfalnie do Arthura Seyss-Inquarta, komisarza Rzeszy na Holandię: "Dzięki dekretowi 6/41 wszyscy holenderscy Żydzi są teraz w torbie." Jak łowna zwierzyna po polowaniu.

Sam Lentz notował w swoim prywatnym dzienniku, zatytułowanym Memoires I, Registration of Jews (Source and Development), z widoczną satysfakcją: "Wynająłem infrastrukturę Holleritha, za pomocą której sporządzono statystyczne zestawienie zawodów, co bardzo zadowoliło Niemców i utwierdziło ich w przekonaniu, że moje opinie były słuszne." Swoje motto – w korespondencji z nazistowskimi przełożonymi – sformułował tak: "Rejestrować to służyć".

We Francji René Carmille sabotował system i zginął za to w obozie koncentracyjnym. Zginęło 25 procent francuskich Żydów. W Holandii Jacobus Lentz doprowadził system do perfekcji i po wojnie dożył sędziwego wieku. Zginęło 73 procent holenderskich Żydów – najwyższy odsetek w Europie Zachodniej. W Belgii, gdzie infrastruktura danych była pośrednia, straty wyniosły około 40 procent.

Różnica między 73 a 25 procent to różnica nie w nienawiści, ale w infrastrukturze technologicznej i sprawności jej wykorzystania.

Maszyny sortujące karty były narzędziem - i jak każde narzędzie, mogły służyć różnym celom. To decyzje ludzi – Watsona, Heidingera, Lentza, tysięcy operatorów i inżynierów Dehomagu – sprawiły, że maszyny stały się infrastrukturą śmierci. We Francji jeden człowiek z dostępem do podobnej technologii wybrał opór. W Holandii jeden człowiek z dostępem do podobnej technologii wybrał służalczą perfekcję.

Obie te decyzje zadziałały i dały lekcję, której nie chcemy usłyszeć: technologia wzmacnia wszystko, co jej powierzysz. Zarówno sabotaż, jak i posłuszeństwo. Potęguje o rząd wielkości skutki każdego wyboru – ludzkiego, korporacyjnego, politycznego. Jest ślepym mnożnikiem siły.

"Holokaust byłby możliwy bez technologii IBM, ale bez niej nigdy nie osiągnąłby takiej skali, szybkości i precyzji." – napisał Edwin Black. Antysemityzm istniał w Europie od stuleci, pierwszych obozów użyli Brytyjczycy w wojnie burskiej, a ludobójstwa zdarzały się w historii wielokrotnie. IBM nie organizował masowych mordów, dostarczył coś, czego wcześniej żaden reżim nie posiadał: narzędzie czyniące masową eksterminację "przemysłowo wydajną".

Wydajność to kluczowe słowo. Holokaust nie był spontanicznym, chaotycznym wybuchem przemocy, ale wielką, precyzyjną operacją logistyczną – transportem ludzi z punktu A do punktu B, przetwarzaniem ich przez system, rejestrowaniem każdego etapu. I jak każda operacja logistyczna, wymagał infrastruktury danych. Trzeba było wiedzieć, kiedy i kogo transportować, gdzie ich umieścić i ilu zostało.

Karty perforowane odpowiadały na te pytania. Kiedy zamienisz człowieka w dziurkę w karcie, łatwiej go usunąć. Nie zabijasz sąsiada, tylko usuwasz rekord. Kod 6 i Delete. Automatyzacja zapoczątkowała zamianę ludzi w numery i ich depersonalizację.

Ten wzorzec będzie jeszcze nie raz powracał. Technologia jako czynnik skalujący ideologię i korporacja jako dostawca narzędzi, który nie chce wiedzieć albo udaje, że nie wie, do czego te narzędzia służą. Linia obrony, która brzmi rozsądnie także dzisiaj: "Nie odpowiadamy za to, jak naszą technologię wykorzystują klienci".

Dziś tak łatwo znów powiedzieć: "Nie odpowiadamy za to, jak naszą technologię wykorzystują klienci". Zdjęcie: Shutterstock / Tada Images

Tyle że IBM nie sprzedało maszyn Trzeciej Rzeszy i nie zakończyło kontaktu z "klientem" bowiem model dzierżawy wymuszał stały serwis, stałe dostawy kart, stały kontakt. Kontrolowało 90 procent udziałów w Dehomagu, każda istotna decyzja wymagała zgody Nowego Jorku. Blokowało konkurentów i naziści nie mieli alternatywy.

Thomas Watson Senior zmarł w 1956 roku jako jeden z najbardziej poważanych biznesmenów Ameryki. Tygodnik "Time" umieścił go na okładce. Nekrologi wspominały o "wizji" i "przywództwie", a o medalu od Hitlera wspominano rzadko, jeśli w ogóle. Nawet w 2001 roku, gdy Edwin Black opublikował "IBM and the Holocaust", firma wydała oświadczenie wyrażające tylko "głębokie ubolewanie" z powodu cierpień ofiar nazizmu. Ale nie przeprosiny, bo to przecież implikowałoby odpowiedzialność.

IBM nie stworzyło antysemityzmu, ale dostarczyło mu "silnik", który przekształcił uprzedzenia w przemysłowy proces eksterminacji. Tak samo bigtechy nie stworzyły autorytaryzmu, ale dostarczają mu infrastrukturę, która przekształca tendencje autorytarne w systemy totalnej kontroli. "Nie możemy brać odpowiedzialności za działania naszych klientów". Zapamiętaj to zdanie, bo jest ono nową mantrą, która pomaga nam wmawiać neutralność technologii. 

Słyszymy je do dzisiaj, gdy algorytmy mediów społecznościowych napędzają ludobójstwa w Mjanmie czy Etiopii, bo paradoks reakcyjnego modernizmu, technologia jako wyraz irracjonalnej woli, nie zniknął z upadkiem Trzeciej Rzeszy. Zmienił jedynie adres i język. Zamiast Volk i Blut mamy disruption i move fast and break things. Tylko struktura pozostała ta sama: romantyczny kult maszyny, w którym technologia nie służy rozumowi, lecz ucieleśnia wizję i wolę tych, którzy ją kontrolują.

Technologia się zmieniła i krzem zastąpił papier. Ale mechanizm wyparcia pozostał ten sam.

***

IBM nie było ewenementem. W latach trzydziestych i czterdziestych całe konstelacje amerykańskich korporacji odkryły, że faszyzm to doskonała okazja rynkowa i każda z tych firm ma swoją historię, której wolałaby nie opowiadać. I to właśnie ta część ich historii będzie przedmiotem następnego rozdziału.

Tekst jest drugą częścią cyklu "Technofaszyzm – coming out Doliny Krzemowej".
Całość ukazuje się w odcinkach na łamach magazynu Spider's Web+.

***

Wszystkich zainteresowanych bieżącą wymianą merytorycznych informacji (inną niż narracje mainstreamowe) oraz swobodną dyskusją związaną z najnowszym pomysłem bigtechów na swoje wzrosty, czyli AI autor zaprasza serdecznie do grupy: AI vista360 (obiektywnie o AI).