"Pisałem o maszynach, ale nie tylko o maszynach mających mosiężne mózgi i żelazne trzewia. Gdy ludzkie atomy współtworzą organizację, która je wykorzystuje, ale nie w pełni ich praw jako odpowiedzialne istoty ludzkie, lecz jako trybiki, zębatki i przekładnie, nie ma większego znaczenia, że są zbudowane z krwi i kości.
To, co zostało wykorzystane jako element w maszynie, jest de facto elementem maszyny.
Czy powierzymy swoje decyzje maszynom z metalu, czy tym z krwi i kości, czyli biurom, olbrzymim laboratoriom, armiom i korporacjom, nigdy nie uzyskamy właściwych odpowiedzi na nasze pytania, dopóki nie zadamy właściwych pytań (...).
Czas nagli i lada moment staniemy przed wyborem między dobrem a złem."
Norbert Wiener "The Human Use of Human Beings"
Trybuny
Zacznijmy od tego, czego nie ma.
Nie istnieje fotografia z inauguracji Adolfa Hitlera, na której Thomas J. Watson siedziałby w pierwszym rzędzie. W 1933 roku kapitał, nawet ten o globalnych ambicjach, cenił sobie cień. Watson, prezes International Business Machines, nam znanego już jako IBM, rozumiał zasady gry: biznes robi się w gabinetach, a nie na trybunach. Owszem, cztery lata później przyjmie w Berlinie Order Zasługi Orła Niemieckiego, najwyższe odznaczenie dla cudzoziemca. Uśmiechnie się do obiektywu, uściśnie dłonie dygnitarzy. Ale zrobi to jako gość, zagraniczny ekspert, prezes firmy, która „tylko" sprzedaje maszyny liczące.
Za jego plecami – dosłownie i w przenośni – stała dyskrecja. Deniable plausibility, luksus wiarygodnego wyparcia, który pozwala dżentelmenom w dobrze skrojonych garniturach wracać do Nowego Jorku i patrzeć w lustro bez mrużenia oczu. Wiedzieli już, że ich maszyny sortują dane o "wrogach rzeszy", ale ta wiedza była techniczna, aseptyczna, ukryta w perforowanych kartach. Zasady działania systemu są proste - kapitał idzie tam, gdzie zysk, a pytania moralne zostawia się na ”potem”.
Osiemdziesiąt dwa lata później dyskrecja przestała być konieczna.
Kapitulacja czy triumf
Styczeń 2025 roku. Inauguracja prezydentury Donalda Trumpa. Mróz jest tak tęgi, że ceremonię trzeba było przenieść do środka Kapitolu, co wymusiło na protokole dyplomatycznym brutalną szczerość. W tym ścisku, w tej architektonicznej duchocie, nie było miejsca na kurtuazję. Trzeba było wybrać, kto jest ważny, a kto ważniejszy. Na zdjęciach widać wyraźnie hierarchię, która zazwyczaj ukrywa się w tabelach Excela, a teraz wyszła na jaw. W pierwszym rzędzie – tam, gdzie przez dekady siadali sędziowie Sądu Najwyższego, generałowie z medalami za zasługi, weterani politycznych wojen – siedzi inny krąg ludzi. Elon Musk. Jeff Bezos. Mark Zuckerberg. Tim Cook. Sundar Pichai. Niektórzy w garniturach, inni z nonszalancją ludzi, którzy nie muszą nikomu imponować. Garnitur deniable plausibility już oficjalnie nie jest obowiązkowy.
Przyszli sekretarze stanu? Rząd? Ludzie, którzy w świetle konstytucji mają sprawować władzę? Siedzą za nimi, w drugim rzędzie, jak obsługa techniczna wielkiego widowiska, którego gwiazdami są ci z przodu.
Steve Bannon, były strateg Trumpa, nazwał to „oficjalną kapitulacją" gigantów technologicznych. Ale gdy przyjrzeć się ich twarzom, można zobaczyć coś innego. Wbrew słowom Bannona, biznes wcale nie skapitulował. Po prostu przestał udawać, że potrzebuje pośredników.
Może to jednak senator Elizabeth Warren wyraźniej uchwyciła symbolikę tego momentu? "Miliarderzy Big Tech mają lepsze miejsca niż nominaci do gabinetu Trumpa. To mówi wszystko" – napisała na X zaraz po wydarzeniu.
Czy jednak na pewno to wszystko?
Warto się jednak zastanowić: skoro Watson w 1937 roku musiał się ukrywać, to dlaczego Musk w 2025 robi wszystko, by go zauważono? Co się stało ze wstydem? Czy czasem nie powinniśmy tęsknić za starą, mieszczańską hipokryzją, która kazała oddzielać zysk od polityki?
Faszyzm w Ameryce nie przyjdzie w mundurze i nie będzie maszerował z pochodniami. Przyjdzie z uśmiechem, w garniturze, z teczką pełną wykresów i obietnicą "efektywności". Będzie miał ludzką twarz i dobre maniery. Nie będzie potrzebował obozów koncentracyjnych, bo będzie dysponował czymś subtelniejszym – kontrolą informacji, strukturalną dominacją korporacji nad państwem i stopniowym wygaszaniem przestrzeni, w której obywatel może powiedzieć "nie". Wszystko to przewidział już w 1980 roku Bertram Gross, politolog i były doradca prezydenta Trumana, który opublikował książkę o tytule tak celnym, że warto go powtórzyć w całości: "Friendly Fascism: The New Face of Power in America" (Faszyzm z ludzką twarzą: Nowe oblicze władzy w Ameryce).
Gross pisał to w epoce telewizji kablowej i pierwszych komputerów osobistych. Nie mógł przewidzieć algorytmów, mediów społecznościowych ani sztucznej inteligencji i subtelnego ewoluowania faszyzmu w technofaszyzm. Ale przewidział fundament tego mechanizmu w postaci fuzji władzy korporacyjnej z władzą polityczną tak głęboką, że granica między nimi staje się niewidoczna. Kiedy popatrzymy na zdjęcie z inauguracji 2025 i na te uśmiechnięte twarze w pierwszym rzędzie, to zobaczymy, że Gross nie był prorokiem, ale diagnostą, który zbyt wcześnie postawił trafną diagnozę.
"My tylko dostarczamy narzędzia"
Zestawmy ze sobą te dwa obrazy.
Pierwszy. Berlin, lato 1937. Sześćdziesięciotrzyletni Watson na bankiecie Międzynarodowej Izby Handlowej. W tle swastyki, ale na pierwszym planie – porcelana, kryształy, rozmowy o taryfach celnych. Watson prowadzi właśnie Międzynarodowy Kongres Izb Handlowych, którego ceremonia otwarcia odbyła się w obecności Rudolfa Hessa, z "Sieg Heil" i postawą na baczność.
Adolf Hitler (tyłem) i Thomas Watson (po lewej kanclerza), Berlin, 1937. Zdjęcie z archiwum agencji The Associated Press.
Sam Watson nie jest nazistą. Jest pragmatykiem. Jego niemiecka spółka-córka, Dehomag, dostarcza technologię, która pozwoli zidentyfikować wrogów III Rzeszy z przerażającą precyzją. Technologię, która już wtedy pracuje pełną parą, przetwarzając dane ze spisów powszechnych, identyfikując obywateli według kategorii rasowych, budując bazy danych, które za kilka lat posłużą do usprawnienia holokaustu – czyli do czegoś, czego Watson "podobno" nie był w stanie sobie wyobrazić. Podobno, bo z jakichś względów Watson bardzo dba o to, by dokumenty szły przez Szwajcarię, a jego nazwisko nie pojawiało się w telegramach. Wszystko, co tylko może, robi w białych rękawiczkach.
I drugi obraz. Waszyngton, 20 stycznia 2025. Rotunda Kapitolu. Elon Musk i jego koledzy siedzą pół metra od czterdziestego siódmego prezydenta-elekta. Nie ma tu Szwajcarii, nie ma pośredników. W zamian za bezprecedensowe środki i dedykowane urzędy – miejsca w pierwszym rzędzie. Dopiero za nimi – kandydaci na ministrów. Ci, którzy oficjalnie będą rządzić.
Co łączy te dwa obrazy?
Na pierwszy rzut oka – nic.
Hitler, demokratycznie wybrany kanclerze Rzeszy, już zdążył odebrać milionom obywateli prawa, godność i obywatelstwo, choć to, co najgorsze, wciąż było przed nim. Trump, także jest demokratycznie wybranym prezydentem, a jego machina wojenna dopiero się rozpędza (od początku 2025 USA zbomardowały 10 krajów). Watson był jedynie prezesem firmy produkującej tylko maszyny liczące. Musk jest wizjonerem budującym tylko samochody elektryczne, rakiety i "sprzyjające wolności słowa" media.
Jakiekolwiek porównanie wydaje się niestosowne. Może nawet obsceniczne.
A jednak coś jest wspólnego. Coś w hierarchii, którą odsłaniają. W pytaniu, które zadają: kto tu tak naprawdę jest gospodarzem? Kto kim rządzi?
Kapitał zawsze szukał sojuszy z władzą, która chroni jego interesy. I jedno, i drugie od dekad napędza technologia: przyśpieszenie, siła, przewaga. Technologia jest ponoć neutralna. "My tylko dostarczamy narzędzia" – mówią niezmiennie ci, którzy siedzieli w pierwszym rzędzie podczas inauguracji.
Dla Watsona władza była czymś, co się kupuje po cichu. Dla Muska i jego kolegów władza to tylko kolejne narzędzie do skalowania marek osobistych, autorskich algorytmów i własnej wizji świata. Zmieniła się więc granica wstydu i sojusz wielkiego kapitału z polityką przestał być skandalem ukrywanym w gabinetach, a stał się w pełni jawnym porządkiem rzeczy.
Jak rodził się sojusz geeków z faszystami
Jeszcze prawie dekadę temu nikt nie uwierzyłby w taki scenariusz. Pierwsza kadencja Trumpa, lata 2017–2020, była poligonem doświadczalnym, na którym ścierały się interesy prezydenta i Doliny Krzemowej. Wzajemna niechęć była wtedy czymś realnym – nie pozą, nie grą, lecz materią codziennych potyczek.
Trump oskarżał platformy o cenzurę konserwatywnych głosów. Google, Amazon i Facebook traktowali go jak kłopotliwego gościa, z którym trzeba się liczyć, ale którego woli się nie zapraszać na obiad. Musk, mimo współpracy przy programie kosmicznym Artemis, otwarcie krytykował Trumpa w kwestiach klimatycznych i migracyjnych. Dolina Krzemowa finansowała swoich lobbystów, Trump finansował swoje resentymenty. Była to wielka próba sił, test granic, gra nerwów.
Potem nadszedł styczeń 2021 roku i wydarzyło się coś, co powinno było ustanowić nowe reguły na stałe.
Donald Trump został zbanowany na Twitterze, Facebooku, YouTube i Snapchacie. Szturm na Kapitol był świeży, krew na marmurowych posadzkach jeszcze nie zaschła. Platformy, które przez lata odmierzały precyzyjnie „wolność słowa", wreszcie postanowiły działać. Dezinformacja wyborcza spadła o 73 procent w pierwszym tygodniu po banach.
Oto wyraźna linia: technologia trzyma się zasad, a za ich złamanie grożą konsekwencje.
Co się zatem wydarzyło w ciągu zaledwie czterech lat?
Donald Trump przeszedł transformację, której nie doceniły gazety, ale doskonale rozumiały arkusze kalkulacyjne. Z krytyka Big Techów stał się orędownikiem technologicznego przyspieszenia. Zrozumiał coś, co bankierzy rozumieją od stuleci: skoro nie możesz pokonać przeciwnika, zaoferuj mu lepsze warunki niż ktokolwiek inny. A Dolina Krzemowa zrozumiała coś odwrotnego: populista w Białym Domu, odpowiednio nakarmiony, może być bardziej użyteczny niż cała armia lobbystów w Kongresie.
Podczas kampanii 2024 roku pieniądze płynęły w jednym kierunku szerokim strumieniem, jakiego amerykańska polityka jeszcze nie widziała. W zamian Trump ogłosił plany, które musiały zabrzmieć w uszach technologicznych miliarderów jak muzyka sfer: "Manhattan Project dla sztucznej inteligencji", radykalna deregulacja, zniesienie ograniczeń, które administracja Bidena próbowała nałożyć na rozwój AI. Koniec obowiązkowej certyfikacji algorytmów, wymogu przejrzystości i "zbędnych komplikacji" w rodzaju etyki czy uprzedzeń algorytmicznych. Gdzie Biden widział ryzyka i stawiał barierki, Trump widział hamulce i obiecywał autostradę.
I obsadził tę autostradę swoimi ludźmi.
David Sacks, członek legendarnej "PayPal Mafii" – tej samej sieci, z której wyszli Musk, Thiel i połowa obecnej technologicznej arystokracji – został mianowany „carem AI i kryptowalut". JD Vance, wiceprezydent, protegowany Petera Thiela, stał się pomostem między Waszyngtonem a Doliną Krzemową, ucieleśnieniem fuzji, która jeszcze niedawno wydawała się niemożliwa.
PBS – amerykańska telewizja publiczna, jedna z najbardziej szanowanych instytucji medialnych w kraju – opisała inaugurację jako "przejęcie Waszyngtonu przez Dolinę Krzemową". Ale nawet ta formuła nie oddaje pełnej skali tego, co się wydarzyło. Bo nie chodziło tylko o przejęcie. Chodziło o to, że obie strony wreszcie przestały udawać, że są oddzielnymi światami.
Ameryką rządzą miliarderzy. Niby żadna nowość, ale skala i poziom władzy dziś zaskakuje.
Ilustracja: ChatGPT.
Make Billionaires Millionaires Again
Jest też w tym obrazie z Kapitolu pewna zgrzytliwa ironia, która zasługuje na osobny kadr.
Trump wygrał wybory pod hasłem "Make America Great Again", obiecując zemstę "zapomnianym ludziom". Mówił do kasjerek z Wallmartu i bezrobotnych z Pasa Rdzy, że ich głos został zagłuszony przez ekspertów, biurokratów, establishmentowe media. Obiecywał godność odebraną przez globalizację. Oskarżał elity z wybrzeży, które się bogaciły, gdy fabryki zamykano. Mówił do ludzi w czerwonych czapeczkach, czujących, że system ich oszukał.
Dość powiedzieć, że ciemny lud zaczyna widzieć Trumponomikę.
Wśród wyborców Trumpa zarabiających mniej niż 15 tys. dolarów rocznie na Republikanów nie zamierza głosować 31,3 proc., a w grupie zarabiającej od 15 tys. do 50 tys. dolarów już 27,4 proc. Dla porównania: wśród tych, którzy zarabiają ponad 200 tys. dolarów rocznie, ten odsetek wynosi zaledwie 12,7 proc. Podobny wzór widać w kwestii wykształcenia. Wśród wyborców Trumpa bez ukończonej szkoły średniej aż 31,8 proc. deklaruje dziś, że nie planuje głosować na Republikanów w 2028 roku. Wśród osób z czteroletnim dyplomem college’u ten odsetek wynosi tylko 17,6 proc. To trochę przeczy narracji, według której tak zwana klasa ludowa gotowa jest wybaczyć wszystko, byle tylko dowalić obcym czy mniejszościom. Wygląda na to, że ma również konkretne oczekiwania ekonomiczne i jako pierwsza wyłamuje się spod uroku Trumpa.
Miała być rewolucja dla ludu, są frukty dla miliarderów.
W loży honorowej siedzi Jeff Bezos – człowiek, w którego magazynach normy wydajności są tak wyśrubowane, że pracownicy boją się wyjść do toalety. Obok Elon Musk, który zwalnia ludzi tweetami i właśnie objął stanowisko szefa nowo powołanego Department of Government Efficiency – DOGE – którego celem jest drastyczne cięcie administracji federalnej. Tej samej administracji, która zatrudnia miliony tych "zapomnianych ludzi", o których Trump tak wzruszająco mówił podczas kampanii. I jeszcze Mark Zuckerberg, którego algorytmy monetyzują gniew tych właśnie wyborców, a którego firma nigdy wcześniej nie wpłaciła ani centa na inaugurację – ale tym razem uznała, że jest to inwestycja warta uwagi.
Łączny majątek ludzi w pierwszym rzędzie przekracza PKB większości państw, z których pochodzą przodkowie dzisiejszych Amerykanów. A ich łączne zobowiązania inwestycyjne ogłoszone w pierwszych tygodniach po inauguracji – setki miliardów dolarów na infrastrukturę AI, centra danych, moce obliczeniowe – przekraczają budżety obronne połowy państw NATO.
To precyzyjny mechanizm, a nie paradoks. Populizm XXI wieku okazuje się ruchem, w którym gniew "dołów" jest precyzyjnie zarządzany przez "górę". Populizm bez ludu. Rewolucja, którą sponsorują ci, którzy mają najwięcej do stracenia na każdej prawdziwej rewolucji.
Bo jeśli Watsona i Muska wraz z kolegami coś łączy, to nie sympatie polityczne, ale inżynierskie podejście do społeczeństwa. Kiedy się patrzy na ludzi i przede wszystkim widzi się dane. Wierzy się, że światem można zarządzać wydajniej, jeśli tylko usunie się z niego ten nieobliczalny czynnik ludzki. Watson nazywał to "optymalizacją". Musk nazywa to "efektywnością". Ludzkie życie zostaje zawłaszczone i przetworzone na surowiec dla kapitalizmu. Różnica między perforowaną kartą IBM a profilem użytkownika Facebooka jest techniczna. Logika pozostaje ta sama: zamienić człowieka w rekord, rekord w wartość, wartość w zysk.
Więcej niż technologia
Tyle że stawka też się zmieniła. I to nie tylko w zakresie skali.
Watson dostarczał maszyny, które liczyły szybciej niż ludzie. Były imponujące, ale ograniczone – potrafiły sortować karty, nie potrafiły się uczyć. Technologia, którą oferują dzisiejsi baronowie Doliny Krzemowej, jest jakościowo inna. Sztuczna inteligencja nie tylko przetwarza dane, ona podejmuje decyzje, generuje treści, modeluje zachowania, przewiduje wybory – i w rosnącym tempie zastępuje ludzki osąd we wszystkich sferach, od diagnostyki medycznej po wyroki sądowe.
Ale jest jeszcze coś, co odróżnia współczesny układ od tego z lat trzydziestych, i co czyni go pod pewnymi względami bardziej niepokojącym. Watson dostarczał technologię państwu i to państwo decydowało, jak ją użyć. Dziś ta relacja jest odwrócona. Byron Tau, dziennikarz śledczy "Wall Street Journal", w książce "Means of Control" opisał bardzo celnie ukryty sojusz sektora technologicznego i rządu, w którym to prywatne korporacje gromadzą dane na skalę niemożliwą do wyobrażenia wcześniej, a następnie udostępniają je państwu, omijając ograniczenia konstytucyjne, które zabraniałyby rządowi samodzielnego zbierania takich informacji.
Dziś globalne platformy technologiczne kontrolują warunki uczestnictwa w życiu społecznym, ekonomicznym i politycznym, prawa człowieka.
Ilustracja: ChatGPT.
Każdy klik, wyszukiwanie czy krok zarejestrowany przez GPS smartfona. Wszystko to omija zgrabnie Czwartą Poprawkę do Konstytucji, która w teorii chroni obywatela przed państwem. Nie chroni go jednak przed Facebookiem, Google'em ani brokerem danych, który sprzedaje profil lokalizacyjny za grosze. A państwo, które tych danych potrzebuje, po prostu je kupuje.
W tym modelu pytanie "kto kogo kontroluje" staje się jeszcze bardziej niepokojące niż na zdjęciu z inauguracji. Bo Watson, przy całej swojej nikczemności, dostarczał narzędzia klientowi i wiedział, kto jest zleceniodawcą. W dzisiejszym ekosystemie dane płyną w obie strony, władza jest rozproszona, a linia odpowiedzialność - ta sama, od której Watson uciekał dzięki szwajcarskiej dyskrecji – rozpływa się w architekturze platform, kontraktów chmurowych i warunków korzystania z usług, które nikt nie czyta.
Rikke Frank Jørgensen, redaktorka antologii "Human Rights in the Age of Platforms", postawiła tę kwestię wprost: w epoce, w której globalne platformy technologiczne kontrolują warunki uczestnictwa w życiu społecznym, ekonomicznym i politycznym, prawa człowieka przestają być wyłącznie sprawą między obywatelem a państwem. Stają się sprawą między obywatelem a korporacją, która posiada infrastrukturę jego codzienności. I to właśnie ta infrastruktura – nie armia czy policja – jest dziś głównym narzędziem władzy.
Kiedy Trump ogłasza "Manhattan Project dla AI", nie chodzi o lepsze kalkulatory, ale o technologię, która może zmienić samą definicję tego, czym jest praca, wiedza, prawda i władza. I mówi to w kontekście wyścigu z Chinami. Wyścigu, w którym oba mocarstwa traktują sztuczną inteligencję jako broń strategiczną nowej generacji, decydującą o globalnej hegemonii. Chiński Narodowy Plan Rozwoju AI z 2017 roku wyznaczył cel: światowe przywództwo do 2030 roku. Amerykańska odpowiedź pod rządami Trumpa brzmi: deregulować, przyspieszyć, zdominować. Za wszelką cenę.
W tym kontekście ludzie w pierwszym rzędzie nie są już tylko miliarderami szukającymi ulg podatkowych. Są dostawcami broni w wojnie, której większość ludzi jeszcze nie rozumie. A Trump przestał być ich klientem – dziś jest wspólnikiem w biznesie, który zmieni zasady gry.
Watson mógł jeszcze udawać, że sprzedaje niewinne maszyny liczące. Nikt, kto buduje systemy sztucznej inteligencji zdolne do autonomicznego podejmowania decyzji o ludzkim losie, nie może pozwolić sobie na ten luksus. A mimo to retoryka pozostaje zadziwiająco znajoma: "My tylko dostarczamy narzędzia".
A sądzony za ludobójstwo Adolf Eichmann też powtarzał, że tylko wykonywał rozkazy.
Ten esej jest próbą zrozumienia, jak do tego doszło. Jest próbą analizy dokumentów i ułożenia faktów w sekwencję, która być może pozwoli lepiej wniknąć w przyczyny i skutki. To opowieść o fundamentach, na których została zbudowana Dolina Krzemowa, a o których wolałaby nie pamiętać. O architekturze wymiany i o tym, co prezydent daje bigtechom i co bigtechy dają prezydentowi. O tym, jak państwo staje się klientem korporacji, a korporacje stają się policją informacyjną oraz o ideologii, która zrodziła się na niszowych blogach, a dziś kształtuje politykę najpotężniejszego mocarstwa świata.
I o pytaniach, do których dojdziemy w trakcie kolejnych odsłon tej historii.
Przyjazny faszyzm
Kilka godzin po inauguracji, już na wiecu, w światłach reflektorów, Elon Musk wykonuje pewien charakterystyczny gest. Prawa ręka do piersi, potem wyrzut w stronę tłumu. Trwa to ułamek sekundy. W internecie wybucha burza: czy to rzymski salut? Czy tylko niefortunne machnięcie? Musk odpisuje na swoim portalu, że to bzdury i "brudne zagrywki".
Ale to nie intencja jest tu najważniejsza, bo prawdy tego gestu nigdy nie poznamy, lecz nasza reakcja. To, że w ogóle zadajemy to pytanie. Że gest najbogatszego człowieka świata, właściciela platformy, która ponoć służy demokratycznej dyskusji, szefa nowej rządowej agencji "efektywności", doradcy prezydenta, do którego kampanii wpompował fortunę większą niż budżet niejednego państwa – że ten gest jest tak nieczytelny i tak niepokojący zarazem.
Bertram Gross napisał czterdzieści pięć lat temu, że przyjazny faszyzm nie potrzebuje salutów. Potrzebuje tylko tego, żebyśmy przestali zadawać pytania.
A to dopiero pierwsze z całej długiej serii pytań.
Historia o tym, jak zamieniono człowieka w rekord w bazie danych – nie jest historią o nazizmie, ale o "wydajności". O logistyce, która dzięki technologii IBM wyprzedziła moralność o całe dekady - opowie kolejny rozdział.
***
Tekst jest pierwszą częścią cyklu "Technofaszyzm – coming out Doliny Krzemowej".
Całość ukaże się w odcinkach na łamach magazynu Spider's Web+.
***
Wszystkich zainteresowanych bieżącą wymianą merytorycznych informacji (inną niż narracje mainstreamowe) oraz swobodną dyskusją związaną z najnowszym pomysłem bigtechów na swoje wzrosty, czyli AI autor zaprasza serdecznie do grupy: AI vista360 (obiektywnie o AI).
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-25T10:25:44+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T09:53:58+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T09:24:35+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T08:50:19+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T08:06:44+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T06:45:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T06:34:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T06:23:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T06:12:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-25T06:01:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T20:40:54+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T20:34:32+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T19:12:24+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T18:59:05+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T17:48:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T17:34:28+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T17:28:25+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T17:06:25+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T16:38:57+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T15:56:17+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T15:49:49+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T15:41:44+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T15:35:25+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T15:30:59+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T13:52:40+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T13:11:32+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T12:37:47+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T12:24:03+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T11:04:22+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T10:42:24+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T10:24:23+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T10:02:21+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T09:21:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T08:09:10+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T07:56:33+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T07:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T06:18:21+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T06:17:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T06:13:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-24T06:11:00+01:00