Przyzwyczailiśmy się już do mObywatela, jego kolejnych funkcjonalności, kolejnych ulepszeń. Ministerstwo Cyfryzacji co rusz stara się cyfryzować życie obywateli, przekonując, że to uczyni ich życie wygodniejszym i bezpieczniejszym. Czy jednak i pracownikom ministerstwa pewne cyfrowe zmiany wyjdą na lepsze?
Rzeczywistość tysięcy pracowników instytucji podległych Ministerstwu Cyfryzacji może zupełnie się zmienić. Resort wprowadza system pozwalający szczegółowo monitorować każdą sekundę ich pracy. Śledzić to, co tak naprawdę robią na swoich komputerach: jakie pliki i programy otwierają, w co klikają, na jakie strony internetowe wchodzą. A każdy ruch pracownika katalogować według tego, czy dane zajęcie jest produktywne czy wręcz przeciwnie.
Nic więc dziwnego, że pracownicy ministerstwa, ale także Centralnego Ośrodka Informatyki oraz Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej, czyli NASK-u, zaczęli bić na alarm. Po medialnej burzy krytycznie oceniającej chęć inwigilacji pracowników tuż przed Wielkanocą resort cyfryzacji i władze COI uspokajały, że jeszcze "nie podjęto decyzji o wdrożeniu nowego systemu". Oczywiście nie oznacza to, że z wdrożenia zrezygnowano. Uspokajający komunikat wysłany e-mailem do pracowników miał raczej ostudzić emocje i sprawić, aby przez święta wszyscy zapomnieli o sprawie.
Wpis Janusza Cieszyńskiego, byłego ministra cyfryzacji w serwisie Linkedin, w którym opublikował e-mail do pracowników Centralnego Ośrodka Informatyki fot. Screen za linkedin.com/in/jciesz/
– Temat wdrożenia systemu jest odsunięty, ale nie odwołany – mówi Sofiane Boukoffa, przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa w Centralnym Ośrodku Informatyki, gdzie system do kontroli pracowników zaczął być już nawet testowany. – Stawiamy opór, bo pracownicy nie chcą być nieustannie kontrolowani przez system, który działa jak Oko Saurona. Widzi wszystko, zawsze i zbiera mnóstwo danych o pracownikach, co daje ogromną władzę. Nie odpuszczamy i pilnie przyglądamy się tej sprawie – zapowiada związkowiec.
Kradzież czasu
Początki tej sprawy sięgają jesieni zeszłego roku. To wtedy do pracowników zaczęły docierać pierwsze głosy, że Ministerstwo Cyfryzacji odgórnie chce wdrożyć system monitorujący pracę zdalną w podległych resortowi jednostkach. Po Nowym Roku było już wiadomo, że przełożeni będą mogli precyzyjnie sprawdzić, co dokładnie robią pracownicy podczas pracy. To, o czym plotkowano, po kilku tygodniach nabrało namacalnej formy. Najpierw spotkania z dyrekcją, a potem w lutym e-mail od działu HR, który skonkretyzował, że systemem będzie narzędzie TimeCamp.
To nie byle jaki program, dlatego poświęcimy mu chwilkę.
Pracownicy nie chcą być nieustannie kontrolowani przez system, który działa jak Oko Saurona. Ilustracja: Shutterstock / Anton Vierietin
TimeCamp to firma z polskim rodowodem. Powstała kilkanaście lat temu we Wrocławiu, ale dziś z jej produktów do monitorowania czasu pracy i produktywności pracowników korzystają firmy na całym świecie.
Oferowany system znany jest z tego, że oferuje możliwość ścisłej i głębokiej kontroli. Tego rodzaju programy nadzorowania pracowników zaliczane są do systemów "bossware". Pod pretekstem zwiększenia produktywności instaluje się je na komputerach i innych urządzeniach w celu śledzenia aktywności w czasie rzeczywistym. Narzędzia te monitorują kliknięcia, naciśnięcia klawiszy, robią zrzuty ekranu, kontrolują obecność i uruchamiane programy czy otwierane zakładki w przeglądarce. Dzięki temu pracodawca wie, czym w danej chwili zajmowała się dana osoba, czy pisała wiadomość i do kogo, czy pracowała nad projektem, a może szukała na Allegro nowych butów.
Założycielem TimeCamp jest Kamil Rudnicki. O jego biznesie zrobiło się głośno w styczniu 2023 roku, gdy trafił na łamy międzynarodowej prasy ekonomicznej. Stało się to ze względu na wyrok kanadyjskiego sądu, który orzekł, że Karlee Besse, księgowa jednej z tamtejszych firm, dopuściła się "kradzieży czasu". Kradzież – a właściwie nieproduktywną pracę – udokumentowało właśnie oprogramowanie oferowane przez Rudnickiego, zainstalowane na służbowym laptopie Besse. Kobieta została za to zwolniona. Walczyła w sądzie o sprawiedliwość, ten jednak przyznał rację firmie i księgowa musiała zwrócić pieniądze pracodawcy.
"Kradzież czasu jest wtedy, gdy umawiamy się, że pracownik zobowiązuje się poświęcić 140 godzin w miesiącu na pracę, a w rzeczywistości spędził tylko 40 godzin, przy czym wynagrodzenie pobiera za cały zakontraktowany czas" – tłumaczył wówczas w "Financial Times" Rudnicki. Jednocześnie podkreślał, że nie dąży do osiągnięcia stu procent wydajności, bo to "nie jest zdrowe". Jak zatem nie okradać pracodawcy, a zarazem nie szkodzić własnemu zdrowiu? Tego już nie wyjaśnił.
W rozmowie z Magazynem Spider’sWeb Plus przyznawał również, że sam poddaje się kontroli tak jak szeregowi pracownicy. Problem w tym, że to rzadkość. O ile w Centralnym Ośrodku Informatyki systemem, jak się dowiedzieliśmy, mają być objęci "wszyscy pracownicy w równym stopniu – od dyrekcji po pozostałe szczeble organizacji", to w Ministerstwie Cyfryzacji sprawa wygląda inaczej. Resort na czele, którego stoi wicepremier Krzysztof Gawkowski poinformował nas, że jeśli system zostanie wdrożony, to zakres będzie zróżnicowany i wynikający z ról służbowych.
To wcale nierzadka praktyka w przypadku wdrażania systemów kontroli pracy. Potwierdzają to obserwacje profesor Kirstie Ball z brytyjskiego University of St Andrews, której badania pokazują, że elektroniczny nadzór w miejscu pracy może służyć utrwalaniu istniejących nierówności i tworzeniu nowych, a tym samym odzwierciedla on szersze relacje władzy i strukturę społeczną. Bywa bowiem, że stosuje się go nieproporcjonalnie częściej w odniesieniu do osób na najniższych stanowiskach, podczas gdy osoby na najwyższych zwykle wymykają się takiej kontroli.
To nie dziwi Artura Modlińskiego, profesora Uniwersytetu Łódzkiego, który zajmuje się badaniem wpływu monitoringu pracy na pracowników.
– Narzędzia technologicznego nadzoru bywają narzędziami władzy. Dlatego też kontrolom częściej poddawani są pracownicy niższego i średniego szczebla, a tzw. góra już nie – zauważa Artur Modliński.
Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza
Wróćmy jednak do COI, gdzie zaczęto testować TimeCamp. W tej fazie szefowie pionów oraz jedna osoba z każdego zespołu instalowali program na swoich komputerach i sprawdzali, jak działa oraz oceniali, jak można go wykorzystać.
– Rozmawiałem o tym na spotkaniu z jednym z dyrektorów, który ma pod sobą kilka departamentów. Zapytałem, jaką funkcję będzie spełniało to narzędzie, jakie dane będzie zbierało. Odpowiedział, że z jego punktu widzenia program wniesie niewiele, żeby nie powiedzieć, że nic. Dlaczego? Bo już mamy program do rejestracji zadań i czasu pracy – mówi nam anonimowo jeden z pracowników COI.
To program Jira, który pozwala łatwiej komunikować się pracownikom w danych zespołach, ale też między nimi. Pozwala on m.in. wizualizować postępy w pracy nad projektem, zgłaszać uwagi czy błędy, ale też monitorować wydajność i czas pracy.
– Wygląda to tak, że jak robię jakieś zadanie, to je oznaczam, a szef widzi, że robię je godzinę czy pół dnia. Wspomniany dyrektor powiedział, że jemu to w zupełności wystarcza, ale wdrożenie TimeCamp to odgórna decyzja resortu cyfryzacji – mówi ten sam pracownik.
Choć dział HR we wspomnianym e-mailu do pracowników podkreślał, że narzędzie nie będzie naruszało np. tajemnicy korespondencji, gromadziło rozmów czy wykonywało zrzutów ekranu, to pracownicy COI, widząc, że decyzje podejmowane są ponad ich głowami, zaczęli stawiać opór. Nie chcieli zgodzić się na wdrożenie inwigilującego ich systemu. Zaczęli więc organizować się w związku zawodowym Związkowa Alternatywa. A pierwszym pismem wysłanym pod koniec marca do władz firmy było to z prośbą o blokadę wdrożenia i programu pilotażowego.
– Stawiamy opór w imieniu pracowników, bo widzimy dużą dysproporcję środków do celów. Nie zgadzamy się na dodatkową kontrolę, głęboką ingerencję w prywatność pracowników i zbieranie nadmiarowych danych, co stoi w sprzeczności z zasadami RODO, a tym bardziej na wdrażanie tego rodzaju rozwiązań bez szerokich konsultacji z pracownikami oraz zbadania wpływu na ich dobrostan – mówi Sofiane Boukoffa.
A ten już teraz uległ pogorszeniu. Jedna z pracownic COI, z którą udało nam się porozmawiać, przyznaje, że zaufanie do władz firmy legło w gruzach. Wprawdzie władze państwowej firmy na swojej stronie internetowej zapewniają, że "to ludzie tworzą wartość i są kluczem do sukcesu", a "zaufanie" jest jedną z jej kluczowych wartości, ale jak to często bywa, deklaracje to jedno, a życie drugie. W końcu, jak podobno miał mawiać Włodzimierz Lenin: „zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza”.
Przesadny nadzór drastycznie obniża jakość pracy, co szczególnie widoczne w pracach złożonych i kreatywnych. Ilustracja: Shutterstock / Anton Vierietin
– Jesteśmy dorosłymi ludźmi, a traktują nas jak dzieci. To bardzo smutne i budzi niepokój. Nastroje są fatalne. Niektórzy myślą o tym, aby odejść, bo program służący do patrzenia na ręce i inwigilacji to policzek. Mówienie wprost: nie ufamy wam – mówi chcąca zachować anonimowość pracowniczka COI. I dodaje, że w firmie po tym, jak sprawę w mediach społecznościowych nagłośnili politycy Janusz Cieszyński i Paulina Matysiak, panuje atmosfera podejrzliwości.
– Słyszałam, że dyrekcja sprawdzała, którzy pracownicy lajkują nieprzychylne im lub firmie posty na LinkedInie oraz Facebooku. To jest totalne nieporozumienie. Ten strach budzi rezygnację i przygnębienie. Trudno pracować w takich warunkach, szczególnie że ludzie nie wiedzą, co ich czeka ani jak ta kontrola pracy de facto będzie wyglądać. Boją się, że program przyłapie ich na nieaktywności albo że nie będą mogli na dłuższą chwilę wyjść do toalety, a jak pójdą zrobić siku, to program będzie wskazywał na ich nieproduktywność. W końcu nie jesteśmy robotami, tylko ludźmi. Mamy swoje potrzeby i mierzenie każdej sekundy naszej pracy nie służy wydajności, a wręcz przeciwnie – dodaje anonimowo pracowniczka COI.
To, o czym mówi, ma potwierdzenie w badaniach naukowych. Mówią one jasno, że przesadny nadzór drastycznie obniża jakość pracy, co jest szczególnie widoczne w pracach złożonych i kreatywnych. Dzieje się tak, bo monitoring wywołuje stres, który blokuje myślenie pozwalające generować pomysły i rozwiązania problemów.
– Narzędzia technologicznego nadzoru pracowników zdecydowanie obniżają ich dobrostan, poczucie autonomii i wzajemne zaufanie. Jeśli pracujemy w niepewności, w atmosferze braku zaufania, to zwyczajnie nie jesteśmy w stanie wykorzystać pełnych pokładów naszych kompetencji. Ba, czasem nawet nie chcemy ich wykorzystać i podejmujemy działania kontrproduktywne, bo tak chcemy wyrazić nasz opór. Bywa też, że zamiast skupiać się na pracy, próbujemy oszukać system kontroli i na to tracimy energię i czas – mówi Artur Modliński, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, który zajmuje się badaniem wpływu monitoringu pracy na pracowników.
Dodaje też, że mierzenie produktywności godzinami wysiedzianymi w pracy może przynieść więcej szkody niż pożytku. I tu badania naukowe mówią jasno, że wydajność pracownika spada z każdą przepracowaną godziną, a praca bez odpoczynku kończy się wypaleniem zawodowym, frustracją, a nawet poważnymi problemami zdrowotnymi. Część pracodawców rozumie już, że to droga donikąd, a podążanie nią jest szkodliwe zarówno dla firm, jak i zatrudnionych w nich ludzi, ale oczywiście nie wszyscy.
– Niestety wielu menedżerów ma obsesję kontroli. Cały czas mają przekonanie, że jak będą ściśle kontrolować, to będą mieć lepsze efekty, choć perspektywa naukowa i praktyczna pokazuje, że tak nie jest. Jest to więc kwestia dojrzałości menedżerskiej. Jedni szefowie, pewni swoich kompetencji, rozumieją, że kluczowe jest zrealizowane zadanie, a nie czas, i skupiają się na tym pierwszym. Drudzy widzą, że świat jest niepewny, dynamicznie się zmienia i chcą mieć kontrolę nad wszystkim. Nie tylko, aby być pewnymi wykonania pracy i mierzyć efektywność, lecz także aby podkreślić i oddać relację władzy w miejscu pracy – mówi Artur Modliński.
Konsultacje? Po fakcie
Zapytaliśmy zarówno Ministerstwo Cyfryzacji, jak i podległy mu Centralny Ośrodek Informatyki i NASK, dlaczego chcą wdrożyć program pozwalający na tak ścisły monitoring pracowników.
W biurze prasowym NASK usłyszeliśmy, że NASK nie prowadzi prac nad wdrożeniem systemu TimeCamp.
Ministerstwo Cyfryzacji wyjaśniło, że 85 proc. jego pracowników korzysta z pracy zdalnej, więc "zasadne byłoby wprowadzenie narzędzia do zarządzania w systemie pracy rozproszonej".
"Obecnie korzystamy z rejestrowanego czasu pracy (rozpoczęcie i zakończenie pracy). Ewentualny nowy system miał wspierać organizację pracy – planowanie zadań, ewidencję czasu pracy (także zdalnej) oraz lepsze rozłożenie obowiązków w zespołach. Naszym celem nie jest wprowadzanie narzędzia do kontroli jakości pracy ani oceny pracowników" – poinformowało biuro prasowe resortu, podkreślając, że TimeCamp "nie służy nadzorowi pracowników".
"Podczas analizy ewentualnego wykorzystania TimeCamp zwracaliśmy uwagę na to, że system rejestruje wyłącznie dane ilościowe: czas rozpoczęcia i zakończenia pracy, czas aktywności i nieaktywności oraz łączny czas korzystania z aplikacji i stron – bez zapisywania treści ani nagłówków" – dodaje biuro prasowe.
Z kolei Centralny Ośrodek Informatyki decyzję o chęci dokładniejszego niż obecnie monitorowania pracowników tłumaczy potrzebą "rzetelnego rozliczania czasu pracy. transparentnością wydatkowania środków publicznych oraz możliwością optymalnego wykorzystania zasobów".
"TimeCamp traktujemy jako jedno z rozwiązań, które może wspierać analizę, jak faktycznie realizowana jest praca – nie tylko w ujęciu deklaratywnym, ale przede wszystkim operacyjnym, na poziomie procesów i zespołów. TimeCamp ma pomóc lepiej zaplanować pracę zespołu a nie oceniać pracowników czy ich zaangażowanie" – tłumaczy biuro prasowe COI, również podkreślając, że „system nie służy nadzorowi pracowników”.
Granica między analizą wydajności a kontrolą jest cienka. Ilustracja: Shutterstock / Anton Vierietin
Korpomowa w budżetówce
Zapytaliśmy też, czy przeprowadzono analizę wpływu systemu TimeCamp na dobrostan pracowników, który przekłada się na efektywność, oraz ryzyko wystąpienia wypalenia zawodowego wynikającego z ciągłego nadzoru.
Biuro prasowe Centralnego Ośrodka Informatyki nie odpowiedziało na te pytania wprost. Poinformowało jedynie, że "dobrostan jest jednym z kluczowych kryteriów oceny pilotażu i istotnym parametrem mającym wpływ na ostateczną konfigurację systemu". Jego przedstawiciele dodali też, że konsultowali możliwość wdrożenia TimeCamp z drugim istniejącym w COI związkiem zawodowym zanim jeszcze powstał związek Związkowa Alternatywa. Nie wiadomo jednak, jakie były efekty tych konsultacji. Wiadomo jedynie, że rozmowy dotyczyły założeń systemu, a nie decyzji, czy w ogóle go wdrażać.
Z kolei resort cyfryzacji przyznał, że nie konsultował pomysłu wdrożenia TimeCamp z pracownikami ani ich związkowymi przedstawicielami, bo "nie została podjęta ostateczna decyzja o jego wdrożeniu".
"Dialog z pracownikami jest dla nas bardzo ważny. Będziemy z nimi rozmawiać, gdy decyzje zostaną podjęte" – słyszymy w biurze prasowym resortu.
Oznacza to, że etap konsultacji odbyłby się, kiedy… sprawa wdrożenia systemu byłaby już przesądzona. Podobnie zresztą z badaniem wpływu TimeCamp na dobrostan. Resort tłumaczy, że nie podjął decyzji o zakupie programu, więc "nie prowadził analiz dotyczących jego wpływu na dobrostan pracowników".
"Niedogodziny"
Zakup w oczywisty sposób wiązałby się też z kosztami. Nie wiadomo jednak, ile kosztowałby zakup licencji obejmujących urządzenia dla tysięcy pracowników. Trudno też oszacować koszty ewentualnych odejść pracowników. W końcu wielu specjalistów z pogranicza świata IT mogłoby z powodzeniem i nieraz za lepsze stawki odnaleźć się na rynku prywatnym, a nie w sektorze publicznym.
– W Centralnym Ośrodku Informatyki pracują specjaliści, którzy często mogliby dostać lepiej płatną pracę w prywatnych firmach. Godzą się na niższe pensje, bo otrzymują duże poczucie sensu. Doświadczenie, że robią coś dobrego dla społeczeństwa – mówi Sofiane Boukoffa i podkreśla, że właśnie w COI utrzymywane są projekty takie jak mObywatel, Profil Zaufany czy ePUAP, które ułatwiają życie milionom Polaków.
– Wielu pracownikom daje to ogromną satysfakcję, ale chcą być traktowani po partnersku, a nie jak podejrzani. Nie po to rzucili korpo, aby czuć się jak w korporacji – mówi Sofiane Boukoffa.
A że odejścia to realne ryzyko, pokazuje przykład Patrycji, dla której praca pod nadzorem TimeCamp była jednym z głównych powodów do tego, aby zmienić miejsce pracy. Kiedy rozmawiamy na początku kwietnia, opowiada, że system kontrolował jej pracę od samego początku. Otrzymała służbowego laptopa, na którym obowiązkowo musiała zainstalować dodatkową wtyczkę śledzącą to, co robi w czasie pracy.
Od początku przeszkadzało jej to, że musiała ręcznie zmieniać, którym projektem akurat się zajmuje, bo bez tego czas mógłby być przypisany do jednego zadania i klienta.
– To było irytujące, ale trzeba było tego pilnować, bo jeśli godziny się nie zgadzały, to były problemy. Podobnie z przerwami. Przez to, że zamykałam laptopa, kiedy np. szłam na obiad, to w pierwszym miesiącu pracy wyszło, że mam "niedogodziny" i musiałam je odrobić – opowiada Patrycja i dodaje, że to program, który mierzy każde kliknięcie, każde działanie oraz brak aktywności. A na koniec miesiąca zbiera dane i przedstawia przełożonym.
– Pracownik zaś musi się tłumaczyć, dlaczego w coś kliknął albo miał otwartą zakładkę a Youtubie, choć przecież mógł szukać tam rozwiązania swojego problemu albo słuchać muzyki – dodaje.
Wspomina też, że w jego firmie dwie osoby zostały nawet zwolnione właśnie za to, że w czasie pracy zdalnej miały włączonego Youtube’a i Netflixa. – Z programem nie dało się dyskutować. Dla mnie to przerażająca inwigilacja a każda firma która po nią sięga pokazuje brak zaufania – twierdzi Patrycja i dodaje, że nie mogła zaakceptować tak silnej formy nadzoru. – Kiedy tylko mogłam, to odeszłam – dodaje.
Czy wdrożenie nowego systemu nadzoru sprawi, że specjaliści odejdą? Ilustracja: Shutterstock / Anton Vierietin
Jaka piękna katastrofa
Dziś trudno wyrokować, czy przypadku specjalistów z resortu cyfryzacji i COI będzie podobnie. Jednak plany wdrożenia systemu TimeCamp niepokoją Paulinę Matysiak, posłankę niezrzeszoną, która zgłosiła wraz z Januszem Cieszyńskim interpelację w tej sprawie do Ministerstwa Cyfryzacji. W rozmowie z Magazynem SW Plus podkreśla, że tak daleko idące technologie nadzoru nad pracownikami źle wpływają na ich dobrostan psychiczny, zwiększają poziom stresu i niszczą zaufanie w pracy.
– Nie zgadzam się na to, żeby państwo brało z dużych korporacji to, co najgorsze. Instytucje publiczne nie powinny działać w logice ciągłego sprawdzania ludzi, tylko odpowiedzialności, zaufania i jasnych zasad – mówi Paulina Matysiak.
Posłanka dodaje też, że łatwo jest wydać publiczne pieniądze na system do kontroli pracowników, a trudniej naprawić złe procesy, skrócić procedury czy dać ludziom narzędzia do pracy, które ułatwiłyby im wykonywanie obowiązków. Przekonuje też, że państwowy pracodawca powinien być wzorem transparentności i zaufania, a nie budować efektywność poprzez presję ciągłego nadzoru. Szczególnie że mowa o cyberbezpieczeństwie i rozwoju cyfryzacji kraju.
– Odpowiedzialni za tak kluczowe kwestie pracownicy nie powinni być w ten sposób traktowani. Obawiam się, że wdrożenie TimeCamp albo podobnych narzędzi może zmusić specjalistów do odejścia z pracy w sektorze publicznym, ale też niekorzystnie odbić się na wizerunku państwowych pracodawców, a więc zniechęcić tych, którzy mogliby w przyszłości uzupełnić kadry. To zaś ostatecznie może odbić się na jakości usług oferowanych obywatelom – mówi Matysiak.
Przedstawicieli Ministerstwa Cyfryzacji zapytałem również, czy w rachunku kosztów wdrożenia systemu uwzględniono ewentualne odejścia kluczowych specjalistów. W końcu to mogłoby zaburzyć pracę, ale i być zwyczajnie kosztowne, bo rekrutacje trwają miesiącami i nie należą do tanich.
W odpowiedzi usłyszałem jednak, że „nie uwzględniono hipotetycznych kosztów odejść pracowników”.
Dlaczego? Bo "ewentualne wdrożenie systemu nie zmieni warunków zatrudnienia ani zakresu obowiązków".
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-22T10:57:01+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T10:45:13+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T10:18:34+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T09:33:56+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T09:06:45+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T08:30:26+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T07:46:12+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:45:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:34:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:23:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:12:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-22T06:01:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T19:50:46+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T18:38:30+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T18:03:09+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T17:40:35+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T17:34:13+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T17:27:45+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:59:09+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:51:23+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:46:15+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:42:58+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:37:36+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T16:00:30+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T15:45:29+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T15:10:25+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T15:03:59+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T15:01:47+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T14:52:10+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T14:43:59+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T13:24:21+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T13:11:26+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T12:17:24+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T11:54:13+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T11:50:18+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T11:42:50+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T10:58:24+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T10:28:26+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T10:16:40+02:00
Aktualizacja: 2026-04-21T09:40:33+02:00