Nowa młócka w epoce AI: jedni zbierają plony, inni są mieleni

– Istnieje ogromna rozbieżność między narracją twórców technologii a doświadczeniem ludzi pracy. Dlatego rozmowa o technologii i jej wpływie na ludzką pracę jest w istocie rozmową o władzy i nierównościach, a nie tylko o nowych narzędziach – mówi Marek Szymaniak, redaktor i dziennikarz magazynu Spider’s Web+, autor książki "Młócka. Reportaże o przyszłej pracy".

Nowa młócka w epoce AI: jedni zbierają plony, inni są mieleni

Oto dzień pracy w Polsce XXI wieku. Kurier wsiada na rower o szóstej rano, dostarcza paczki, a każdy jego ruch rejestruje aplikacja. Biurko w open space, przy nim skupiony pracownik a nad nim bicz algorytmu, który liczy przerwy, mierzy tempo pracy, ocenia wyniki i podaje raporty kierownictwu. W magazynie roboty współpracują z ludźmi, ale decydują, kto może odpocząć, a kto nie. A w nocy, w ciemnych kapsułach, śpią migranci, których ręce właśnie przygotowały towary do kolejnego dnia pracy.

Tak wygląda codzienność coraz większej liczby Polaków, choć większość z nas nawet tego nie zauważa. Technologie, które miały ułatwiać życie, zamiast nas wspierać, w wielu przypadkach dzielą nas na lepszych i gorszych, szybszych i wolniejszych, widocznych i niewidzialnych. Z jednej strony są ci, którzy dzięki sztucznej inteligencji i automatyzacji stają się efektywniejsi i lepiej wyceniani na rynku pracy. Z drugiej – ci, których umiejętności zostaną zautomatyzowane, rozbite i częściowo przejęte przez maszyny lub algorytmy, i którzy w efekcie będą zarabiać mniej, pracować w gorszych warunkach i coraz trudniej znaleźć stabilną pracę. To nie futurystyczna wizja rodem z "Black Mirror". To dzieje się już dziś. I choć nowe technologie fascynują, kryją za sobą niewidzialną, często wyczerpującą pracę, wyzysk i nierówności, które wcześniej znaliśmy głównie z lat transformacji gospodarczej.

Tak wygląda rzeczywistość opisana w książce "Młócka. Reportaże o przyszłej pracy". Publikacja naszego autora, dziennikarza specjalizującego się w rynku pracy, to unikatowa próba uchwycenia zmian, jakie dla pracowników przynosi technologia z bliska. W rozmowie z Rafałem Hetmanem Marek Szymaniak opowiada o tym, jak praca się stała się młócką. Z tym, że gdy jedni zbieraja plony, drudzy są tylko narzędziem.

Marek Szymaniak. redaktor i dziennikarz magazynu Spider’s Web+, autor książki "Młócka. Reportaże o przyszłej pracy". Fot. Rafał Hetman.

Miałeś okazję zobaczyć, jak wygląda młócka podczas żniw?

Oczywiście – nawet sam brałem udział w żniwach. Pochodzę z Lubelszczyzny, z rodziny o wiejskich korzeniach. Moi dziadkowie byli rolnikami. W dzieciństwie spędzałem u nich mnóstwo czasu, także w wakacje. W czasie żniw zajmowałem się workowaniem zboża.

Czyli?

Ładowałem je do worków. Chodziło o to, żeby je zmagazynować i nie sprzedawać od razu, w szczycie sezonu, kiedy było najtańsze, lecz później – jesienią. Oczywiście była to praca dostosowana do moich nastoletnich możliwości, choć pamiętam, że się przeciw niej buntowałem. Byłem przekonany, że jako dorosły nie chcę wykonywać takiej pracy.

W podobny sposób pomagałem dziadkom w czasie żniw. Pamiętam, że kiedy przyjeżdżał kombajn i wysypywał ziarno, do pomocy przy workowaniu przychodziła cała rodzina, a nawet sąsiedzi. W stodole wisiały stare cepy do młócenia zboża.

Nie pamiętam, by dziadkowie jeszcze z nich korzystali, ale w stodole stała wtedy także młóckarnia, taka drewniana maszyna do oddzielania ziarna od kłosów. Ona również nie była już używana. Całą pracę wykonywał wynajmowany kombajn.

W swojej książce pokazujesz, że mimo rozwoju technologii wciąż "młócimy" – ciężko pracujemy, choć technologia miała ułatwiać życie. Ba, niektórzy obiecywali, że będzie pracować za nas. Tymczasem nic nie wskazuje na to, że zmierzamy w tym kierunku. Twoją najnowszą książkę "Młócka. Reportaże o pracy przyszłości" (Czarne 2026) można wręcz nazwać "Urobionymi 2.0" – nawiązując do tytułu twojego debiutu, również poświęconego pracy (Czarne 2018).

Dla mnie praca jest jednym z fundamentów jakości życia. W "Urobionych" zastanawiałem się nad tym, jak w czasie transformacji ustrojowej wielu pracownikom odbierano różne prawa – jak uzasadniano to wysokim bezrobociem czy kryzysem gospodarczym po 2008 roku – oraz jak rozwój, którego doświadczył nasz kraj, odbywał się kosztem pracowników.

"Młócka" jest więc rodzajem kontynuacji?

Zanim przejdziemy do "Młócki", chciałbym zwrócić uwagę, że w mojej drugiej książce "Zapaść" praca również była ważnym tematem. To reportaż, w którym próbowałem pokazać, jak to się dzieje, że tak wielu ludzi z małych miast wyjeżdża i nigdy do nich nie wraca. Sam jestem przecież tego doskonałym przykładem. Pisząc "Zapaść", zastanawiałem się, co sprawia, że ci ludzie nie wracają – i jedną z odpowiedzi był rynek pracy. W mniejszych miejscowościach przez lata bardzo trudno było o pracę dobrej jakości i często nadal tak jest, mimo że dziś bezrobocie jest bardzo niskie.

Naturalną konsekwencją tych dwóch reportaży była chęć sprawdzenia, jak praca będzie wyglądała w przyszłości.

Rzadko spotykana konsekwencja. Reporterzy dziś często skaczą z tematu na temat. Ty trzymasz się pracy, która nie wydaje się najciekawszym tematem na książkę.

Wiesz, trochę mnie to dziwi. Niemal wszyscy chodzimy do pracy.

W Polsce pracuje około 17 milionów ludzi – a do tego trzeba doliczyć przedsiębiorców. Ten temat dotyczy więc prawie każdego dorosłego człowieka. A mimo to nie interesujemy się nim szczególnie.

Większe zainteresowanie pojawia się dopiero wtedy, gdy mówimy na przykład o płacy minimalnej albo o tym, ile wynosi w danym roku średnia pensja. Tymczasem ciekawe procesy, które realnie wpływają na nasze życie, zachodzą cały czas – tyle że nie wywołują wielkich emocji.

Te procesy opisałeś w swojej najnowszej książce. Odkryłeś coś, co cię zaskoczyło?

Wpływem technologii na pracę zajmuję się od lat – nie tylko przy okazji pracy nad książką, ale także zawodowo. Pracując w magazynie Spider’s Web Plus, piszę o nowych technologiach i ich wpływie na świat. Mimo to miałem co najmniej kilka zaskoczeń.

Na przykład?

Przede wszystkim zaskoczyła mnie skala niewidzialnej pracy kryjącej się za technologią – czyli to, jak wielu ludzi stoi za rozwiązaniami, które postrzegamy jako automatyczne.

Słyszymy na przykład narrację o sztucznej inteligencji jako o skomplikowanych, niemal magicznych narzędziach, które uczą się same, rozumieją język i "widzą" obrazy tak jak ludzie. Tymczasem szybko okazuje się, że pod spodem są ludzie wykonujący drobne, powtarzalne zadania na potrzeby rozwoju tej technologii.

Praca przez aplikacja to dziś często forma wyzysku. Ilustracja: shutterstock / Roman Samborskyi

Co robią?

Na przykład oznaczają zdjęcia, poprawiają odpowiedzi generowane przez system – o czym piszę w jednym z rozdziałów. Często oddają swoją wiedzę, a czasem nawet zawodową tożsamość, aby ta "żarłoczna" maszyna mogła ich "przeżuć", "wyssać to", co mają w sobie najcenniejszego, a na końcu ich "wypluć". Kiedy to odkryłem, miałem poczucie, jakby pękła mi głowa – uświadomiłem sobie, jak wiele pracy pozostaje niewidzialne.

Z jakiego powodu jej nie widzimy?

Przykrywa ją narracja narzucona przez wielkie firmy. W PR-owych prezentacjach technologicznych słyszymy o innowacji i efektywności, a prezesi roztaczają przed nami wizję świetlanej przyszłości. Tymczasem, kiedy rozmawia się z ludźmi wykonującymi pracę przy wsparciu nowych technologii, znacznie częściej pojawiają się takie słowa jak: niepewność, presja czasu czy brak wpływu.

Bohaterowie "Młócki" są zmęczeni, sfrustrowani, czasem przestraszeni lub zrezygnowani – choć pracują z wykorzystaniem aplikacji i algorytmów, które teoretycznie mają ułatwiać im pracę.

Istnieje ogromna rozbieżność między narracją twórców technologii a doświadczeniem ludzi pracy. Dlatego rozmowa o technologii i jej wpływie na ludzką pracę jest w istocie rozmową o władzy i nierównościach, a nie tylko o nowych narzędziach.

Weźmy więc władzę. Kto ją posiada?

Na przykład pracodawca, który każe pracownikom nosić opaski monitorujące tętno i inne parametry życiowe.

Przekonując, że to wynika z troski o zdrowie i bezpieczeństwo pracowników fizycznych?

Tak. Tego rodzaju rozwiązania są już stosowane na Zachodzie. Najnowsze urządzenia potrafią nawet wykonać EKG. I z jednej strony to może być korzystne – taka aplikacja może zaalarmować, że coś jest nie tak i że trzeba iść do lekarza. Z drugiej strony dane, które zbiera, mogą zostać wykorzystane przez pracodawcę. Może on odpowiednio wcześnie zauważyć pogarszający się stan zdrowia pracownika i na tej podstawie nie przedłużyć z nim umowy.

Taki mechanizm jest szczególnie niebezpieczny dla osób starszych, które zbliżają się do okresu ochronnego przed emeryturą i które już teraz bywają zwalniane właśnie z powodu tej ochrony. Jeśli pracodawcy będą mieli dodatkowo twarde dane potwierdzające pogarszający się stan zdrowia pracowników, taka praktyka może jeszcze bardziej wykluczać osoby starsze z rynku pracy. W tym sensie technologie mogą być wykorzystywane w bardzo niepokojący sposób.

Zdrowie staje się więc dla pracodawcy wygodnym pretekstem do poprawy własnej konkurencyjności. Opaskę monitorującą organizm można przedstawić jako benefit: pracujesz fizycznie, na przykład w magazynie, więc my – jako odpowiedzialny pracodawca – sprawdzamy, czy się nie przemęczasz. A jeśli się przemęczysz, powiemy ci: odpocznij. Robimy to dla twojego dobra.

Wiele niekorzystnych rozwiązań można sprzedać jako korzystne, jeśli odpowiednio się je opakuje.

Zresztą pracownicy powinni za każdym razem zastanawiać się, czy to, co otrzymują od pracodawcy, rzeczywiście im służy. Nie chodzi o przesadną podejrzliwość, ale o świadomość. Wiele form "dbania o pracowników", związanych z employer brandingiem – w którym sam kiedyś pokładałem duże nadzieje na poprawę sytuacji pracowników – przynosi przede wszystkim korzyści pracodawcom. To są wydatki, które nie wynikają z ich dobrej woli. Dbanie o pracownika musi się opłacać. Jeśli przestaje się opłacać, budżet na takie działania jest po prostu ograniczany.

A nierówności wynikające z rozwoju technologii, o których wspomniałeś?

Po pierwsze – nierówne traktowanie pracowników. W firmach obok osób zatrudnionych na stałe pojawiają się pracownicy tymczasowi, rekrutowani przez aplikacje takie jak Tikrow, czyli platformy służące do wyszukiwania krótkoterminowych zleceń. Ci pierwsi mają zazwyczaj lepsze warunki pracy, ale są też drożsi dla pracodawcy. Ci drudzy są tańsi – i to tworzy potencjalne pole konfliktu.

W takiej sytuacji pracownikowi etatowemu może "nie opłacać się" pomagać osobie z aplikacji – żeby nie okazało się, że ta jest szybsza, bardziej wydajna i w efekcie go zastąpi.

Po drugie – w procesach związanych z rozwojem technologii widzę pewne podobieństwa do przemian z lat 90. i początku XXI wieku. Transformacja ustrojowa i gospodarcza podzieliła społeczeństwo na wygranych i przegranych. Dziś transformacja cyfrowa, związana przede wszystkim z rozwojem sztucznej inteligencji, może przynieść bardzo podobne skutki. Może pogłębić istniejące podziały i doprowadzić do jeszcze większego rozwarstwienia społecznego.

Jak nas może podzielić?

Na tych, którzy staną się bardziej efektywni – będą pracować szybciej, lepiej, a może nawet krócej dzięki umiejętności korzystania z narzędzi sztucznej inteligencji – i w związku z tym będą lepiej wyceniani na rynku pracy. Z drugiej strony pozostanie cała reszta: osoby, które nie będą korzystać z AI, a ich umiejętności zostaną zautomatyzowane albo rozbite na mniejsze części i przejęte – przynajmniej częściowo – przez maszyny lub algorytmy. W efekcie praca tych osób będzie wyceniana niżej.

To oznacza, że na tej transformacji po prostu stracą. Będą musieli godzić się nie tylko na niższe wynagrodzenia, lecz także na gorsze warunki pracy – podobnie jak dziś kurierzy czy osoby pracujące za pośrednictwem aplikacji w ramach tzw. pracy platformowej. To są zmiany, których już doświadczamy. Poświęcam im dużo miejsca w "Młócce".

No właśnie – rozmawiamy tak, jakby chodziło o przyszłość rynku pracy. Twoja książka ma podtytuł "reportaże o przyszłej pracy", a w rzeczywistości piszesz o tym, co już się dzieje i co dotyka polskich pracowników.

Tak. Osoby, które już czytały książkę, mówiły mi, że to reportaż jak z przyszłości – tyle że jest to przyszłość, która już nadeszła.

Mnie twoja książka kojarzy się trochę z serialem "Black Mirror".

Cieszę się, że ktoś uważa, iż udało mi się spojrzeć w przyszłość – choć tak naprawdę pisałem o codzienności tysięcy pracowników w Polsce.

Twoimi bohaterami są między innymi pracownicy biurowi, których każdy ruch śledzą aplikacje monitorujące; ludzie oceniani niczym restauracje w Google Maps; kurier, który pracuje ponad siły, a mimo to codziennie chodzi głodny; czy mężczyzna, którego rytm pracy dyktował algorytm i który musiał nauczyć się "sikać i srać na komendę", bo nie miał możliwości zrobienia przerwy. To są wszyscy ci, których zmiana technologiczna już dotknęła. To nie jest dobra zmiana. Czy można ją jakoś zatrzymać albo przynajmniej sprawić, żeby nie była tak destrukcyjna?

W dużej mierze to zadanie dla władzy. Nie widzę jednak, by działo się coś konkretnego w tym kierunku. Mam wrażenie, że zarówno obecny, jak i poprzedni rząd w pewnym sensie lekceważą nadchodzące problemy – a może po prostu ich nie dostrzegają.

Jednocześnie model rozwoju naszego kraju, oparty na taniej, wykształconej sile roboczej, się wyczerpuje. Mamy kryzys demograficzny, który tylko pogłębi fakt, że już teraz w wielu miejscach brakuje rąk do pracy.

Nasz potencjalny wzrost gospodarczy może zostać zdławiony przez to, że nie będziemy w stanie rozwijać się tak, jak moglibyśmy, mając odpowiednią liczbę pracowników. W tym kontekście pojawia się kwestia migracji.

Osoba pracująca dziś w biurze może zostać zmuszona do tego, by wsiąść na rower i konkurować z migrantami o zlecenia na dostawy jedzenia. Ilustracja: shutterstock / Roman Samborskyi

Niedawno udostępniłeś na Facebooku zdjęcia przedstawiające ciemne, bezokienne kapsuły, w których mieszkają migranci pracujący w Polsce. Piszesz też o podobnym przypadku w książce. To przerażająca hybryda nowoczesności i dobrze znanego od lat wyzysku.

Niestety, takich sytuacji będzie coraz więcej. A na te wyzwania – mam wrażenie – w ogóle się nie przygotowujemy.

Zdaje mi się, że przeszkodą w zmianach jest entuzjazm wobec technologii, który przesłania krytyczne myślenie. Nadal jesteśmy zachłyśnięci nowymi technologiami – tak jak w latach 90. byliśmy zachłyśnięci Zachodem. Wszystko, co stamtąd przychodziło, wydawało się dobre i korzystne.

Oczywiście, w pewnym sensie jesteśmy zachłyśnięci technologią. Ale jednocześnie faktycznie jej potrzebujemy. Potrzebujemy inwestycji, żeby konkurować gospodarczo na świecie. Nie możemy jednak zapominać o standardach, które mamy zapisane w prawie czy w Konstytucji.

Dziś, kiedy szukasz pracy za pośrednictwem platformy internetowej – jak bohaterowie moich książek – w praktyce często nie wiesz, kto jest twoim pracodawcą ani kto ponosi za ciebie odpowiedzialność jako pracownika. A kiedy próbujesz się zbuntować, platforma może jednym przyciskiem ten bunt wygasić.

Pisałeś o tym.

Tak. Kilka lat temu opisywałem, jak Glovo "zgasiło" jednym przyciskiem strajk swoich kurierów – po prostu wyłączono ich z aplikacji, odbierając im w praktyce konstytucyjne prawo do strajku.

Jeśli nic się diametralnie nie zmieni, takich sytuacji może być więcej – bo na razie nie spotykają się one ze szczególnym oporem. Państwo również nie nadąża za tymi zmianami: nie kontroluje ich wystarczająco i nie ściga tego typu nadużyć.

Może dlatego, że te problemy wydają się odległe — jakby należały do przyszłości?

Urobiono nas.

Co to znaczy?

Nawiązuję do tytułu mojej pierwszej książki. Urobiono nas w latach 90., kiedy wtłoczono nam do głów skrajny indywidualizm – przekonanie, że każdy musi radzić sobie sam. I co z tego, że gdzieś migranci-kurierzy żyją w warunkach przypominających podziemia, skoro ja pracuję względnie wygodnie? Niech będą bardziej zaradni, niech zdobędą nowe kwalifikacje – jak można przeczytać w wielu internetowych komentarzach.

Wybito nam z głowy empatię. Nie potrafimy spojrzeć na problemy z perspektywy drugiego człowieka — innego pracownika. A przecież zmiany, które dziś dotykają innych, prędzej czy później dotkną również nas.

Powinniśmy się solidaryzować, bo dziś sztuczna inteligencja "przychodzi" po jednych, a jutro robot może odebrać pracę komuś innemu. Osoba pracująca dziś w biurze może zostać zmuszona do tego, by wsiąść na rower i konkurować z migrantami o zlecenia na dostawy jedzenia.

Mimo wielu lat zajmowania się tematem pracy wciąż trudno mi zrozumieć, dlaczego brakuje nam solidarności – dlaczego tak bardzo koncentrujemy się wyłącznie na sobie, ewentualnie na najbliższych. To, co dzieje się za naszym płotem, często przestaje nas interesować.

Czy pisałeś tę książkę z lękiem o siebie i swój zawód?

Nie. Nie obawiam się szczególnie wpływu sztucznej inteligencji na dziennikarstwo. Wierzę, że dziennikarstwo jakościowe – takie, jakie staram się uprawiać – zawsze przetrwa, nawet jeśli stanie się niszą.

Sztuczna inteligencja nie przeprowadzi dziennikarskiego śledztwa, nie odwiedzi kilkudziesięciu miasteczek zagrożonych zapaścią, rozmawiając z ich mieszkańcami, nie stanie w obronie wykluczonych. Myślę wręcz, że dziennikarze zajmujący się stykiem nowych technologii i społeczeństwa – rozumiejący mechanizmy ich wpływu na nasze życie – będą szczególnie cenni.

Nie oznacza to jednak, że sztuczna inteligencja nie wpłynie na sytuację redakcji – zwłaszcza finansową. Jest wiele przykładów na to, że twórcy modeli językowych naruszają prawa autorskie, żerując na pracy dziennikarzy, nie dzieląc się zyskami z wydawcami. To z pewnością zmusi wiele redakcji do przemyślenia modeli biznesowych – na przykład do wprowadzenia twardych paywalli.

Zresztą media są w kryzysie, odkąd pamiętam. Najpierw upadała prasa papierowa, gdy dziennikarstwo przenosiło się do internetu. Później serwisy informacyjne zostały zdominowane przez platformy społecznościowe i Google, które wymusiły zmiany w tym, co i jak piszą dziennikarze. Za każdym razem skutkowało to obniżeniem jakości.

Tym razem, gdy narzędzia AI streszczają pracę dziennikarzy, a jednocześnie nie płacą wydawcom, sytuacja najpewniej potoczy się podobnie.

Problem polega na tym, że jakościowe dziennikarstwo – które po prostu kosztuje – stanie się jeszcze mniej dostępne dla przeciętnego odbiorcy, który nie płaci za pogłębione treści w internecie. Rozwarstwienie między tymi, którzy płacą i mają dostęp do rzetelnej wiedzy o świecie, a tymi, którzy tego nie robią i są karmieni internetowym "szlamem" (slopem), będzie więc tylko rosło.