REKLAMA

New Glenn spłonął, Artemis nie poczeka. NASA ma kosmiczny ból głowy

Eksplozja New Glenna nie jest tylko problemem Blue Origin. NASA rozważa odpięcie lądownika Blue Moon od rakiety Bezosa, by ratować harmonogram Artemis.

NASA szuka planu B. New Glenn rozwalił harmonogram programu Artemis
REKLAMA

Eksplozja New Glenna nie jest tylko problemem firmy Blue Origin i Amazona. Pożar na stanowisku LC-36 mocno uderzył tak naprawdę w jeden z najczulszych punktów programu Artemis: lądowniki Blue Moon, które mają pomóc NASA wrócić na Księżyc i budować tam stałą infrastrukturę. Agencja nie chce czekać, aż rakieta Jeffa Bezosa wróci do lotów. Tyle że znalezienie dla Blue Moon nowego przewoźnika może być znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

REKLAMA

To już nie chodzi o samą eksplozję

Już sama w sobie eksplozja New Glenna była wydarzeniem, które przyciągnęło uwagę całej branży kosmicznej. Rakieta eksplodowała podczas testu statycznego, czyli próby, w której silniki uruchamia się na ziemi, a pojazd pozostaje unieruchomiony na stanowisku startowym. Do awarii doszło 28 maja na Launch Complex 36 w Cape Canaveral. Nikt nie zginął, satelity Amazona nie były jeszcze zintegrowane z rakietą, ale sam pojazd został zniszczony, a infrastruktura startowa mocno ucierpiała.

To jednak tylko część głębszego problemu. Znacznie ważniejsze są konsekwencje awarii dla programów, które miały korzystać z New Glenna. Blue Origin podkreśla, że część infrastruktury przetrwała i deklaruje chęć szybkiego powrotu do lotów, jednak dla NASA najważniejsze znaczenie ma nie tempo odbudowy deklarowane przez producenta, lecz rzeczywisty wpływ zdarzenia na harmonogram i poziom ryzyka w programie Artemis.

A ryzyko jest naprawdę duże. New Glenn nie jest jedną z wielu rakiet w stabilnej flocie, którą da się po prostu zamienić miejscami z inną maszyną. To wciąż młody system, startujący z jednego głównego stanowiska, z bardzo ograniczoną historią lotów. Gdy taki program traci rakietę i platformę w jednym zdarzeniu, problemem przestaje być pojedyncze opóźnienie. Problemem staje się cała zależność. NASA właśnie próbuje ograniczyć tę zależność.

REKLAMA

Lądownik NASA został bez swojej rakiety

Blue Moon Mark 1 to bezzałogowy lądownik księżycowy Blue Origin, który ma być jednym z ważnych etapów przygotowań do przyszłych misji na Srebrny Glob. Nie jest to jeszcze wersja przeznaczona dla astronautów. Mark 1 ma transportować na Księżyc ładunki i przetestować technologie, które później trafią do większego Blue Moon Mark 2.

REKLAMA

Pierwsza misja Mark 1, nazywana Endurance i wpisana w program Moon Base I, miała wystartować nie wcześniej niż jesienią 2026 r. Lądownik ma dostarczyć na okolice południowego bieguna Księżyca ładunki NASA, w tym instrument do badania oddziaływania gazów silnikowych z regolitem oraz reflektor laserowy pomagający precyzyjnie określać położenie obiektów na powierzchni.

Chodzi przede wszystkim o sprawdzenie precyzyjnego lądowania, napędu kriogenicznego, autonomicznego prowadzenia, nawigacji, kontroli i zachowania lądownika w prawdziwych warunkach księżycowych. Tego nie da się zastąpić symulacją ani testem w komorze próżniowej. W pewnym momencie sprzęt musi polecieć.

REKLAMA

Plan zakładał wykorzystanie rakiety New Glenn do wyniesienia lądownika Blue Moon. Takie rozwiązanie dawało Blue Origin pełną kontrolę nad integracją obu systemów, pozwalało wykorzystać dużą owiewkę i wysoki udźwig rakiety oraz upraszczało kwestie techniczne związane z projektowaniem lądownika pod konkretny nośnik. Po eksplozji New Glenna ta ścisła zależność stała się jednak istotnym źródłem ryzyka.

NASA nie chce już czekać na pad Bezosa

Administrator NASA Jared Isaacman zapowiedział możliwość uniezależnienia programu Blue Moon od rakiety New Glenn i infrastruktury startowej Blue Origin. Oznaczałoby to kontynuowanie prac nad lądownikiem nawet w przypadku dłuższego uziemienia rakiety. Z perspektywy NASA priorytetem pozostaje sam lądownik, ponieważ jego rozwój ma kluczowe znaczenie dla kolejnych etapów programu Artemis.

To bardzo ciekawa zmiana podejścia. NASA coraz wyraźniej pokazuje, że priorytetem pozostaje przede wszystkim rozwój lądownika Blue Moon i utrzymanie harmonogramu programu Artemis, niezależnie od problemów New Glenna. Jeżeli opóźnienia rakiety zaczęłyby zagrażać terminom kluczowych testów, agencja będzie rozważać alternatywne rozwiązania transportowe zamiast biernie czekać na powrót systemu Blue Origin do lotów.

REKLAMA

NASA ma swoje powody, żeby się spieszyć. W obecnej architekturze Artemis III ma być misją testową na orbicie okołoziemskiej, w której Orion spotka się z testowymi wersjami komercyjnych lądowników SpaceX i Blue Origin. To ma zmniejszyć ryzyko przed późniejszym lądowaniem ludzi na Księżycu. Dopiero kolejne misje mają prowadzić do właściwego powrotu astronautów na powierzchnię. Pamiętajmy, że Amerykanie chcą zrobić to przed Chinami.

REKLAMA

Problem w tym, że Blue Moon nie pasuje do byle rakiety

Pozornie wszystko wydaje się proste: skoro New Glenn nie może lecieć, wystarczy znaleźć dla Blue Moon inną rakietę. Tyle że właśnie tutaj zaczynają się największe problemy.

REKLAMA

Blue Moon był projektowany i optymalizowany bezpośrednio pod New Glenna. Rakieta Bezosa ma 7-metrową owiewkę, czyli bardzo dużą przestrzeń na ładunek. To pozwalało Blue Origin projektować lądownik z myślą o konkretnych wymiarach, masie, środowisku startowym i integracji z własnym systemem nośnym. Przeniesienie takiego ładunku na inną rakietę nie przypomina przełożenia paczki do innego samochodu dostawczego.

REKLAMA

Falcon Heavy jest sprawdzony, lata regularnie i należy do SpaceX, czyli firmy, której NASA ufa bardziej niż komukolwiek innemu w zakresie transportu kosmicznego. Jednak standardowa owiewka Falcona Heavy ma mniejszą średnicę niż owiewka New Glenna. Do tego dochodzi jeszcze obsługa lądownika z napędem wodorowym, infrastruktura naziemna, procedury tankowania, integracja mechaniczna, elektryczna i bezpieczeństwo.

Innymi słowy, nie wystarczy znaleźć rakiety o odpowiednim udźwigu. Musi ona być przede wszystkim kompatybilna z lądownikiem pod względem wymiarów, integracji technicznej, procedur operacyjnych i infrastruktury naziemnej, mimo że Blue Moon od początku projektowano z myślą o New Glennie.

Blue Origin płaci za lata spóźnienia

Eksplozja boli Blue Origin tym mocniej, że firma od dawna próbuje udowodnić, że jest czymś więcej, niż zwykłą obietnicą Jeffa Bezosa. New Glenn miał wreszcie wprowadzić ją do prawdziwej ligi ciężkich startów orbitalnych. Nie do turystyki suborbitalnej, nie do prezentacji makiet, ale do rynku, na którym liczą się regularne loty, klienci, kadencja i zaufanie.

REKLAMA

Problem polega jednak na tym, że SpaceX zbudował w tym czasie dosłownie maszynę przemysłową. Falcon 9 lata tak często, że pojedyncze starty przestały robić wrażenie. Falcon Heavy ma za sobą najważniejsze misje rządowe i komercyjne. Starship, choć problematyczny, rozwija się w rytmie testów, które przynajmniej dostarczają danych. Blue Origin dopiero buduje własną wiarygodność.

Przeczytaj także:

New Glenn miał wykonać kolejne loty, wynosić satelity Amazona i pokazać, że może być ważnym ogniwem amerykańskiego ekosystemu startowego. Zamiast tego firma straciła pojazd podczas testu naziemnego i uszkodziła własne jedyne stanowisko dla tej rakiety. To nie jest zwykła awaria. To zatrzymanie programu w momencie, w którym najbardziej potrzebował tempa. A kosmos nie czeka, klienci nie czekają, więc NASA też więc nie chce czekać.

REKLAMA

*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Spaceflight Now / X; NASA

REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-06-07T16:10:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-07T09:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-07T09:00:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-07T08:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-07T08:15:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-06T16:50:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-06T16:40:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-06T16:30:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-06T16:10:00+02:00
Aktualizacja: 2026-06-06T16:00:00+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA