Z robotami humanoidalnymi jesteśmy w polu. Dosłownie

Szum wokół humanoidalnych to marketingowa ściema, w którą nie warto wierzyć. Prawdziwa zmiana dokonuje się tam, gdzie zwykle nie zaglądamy. W fabrycznych halach i rolnictwie. I może być naszą jedyną szansą.

Fot. Shutterstock / Igor Link

Roboty humanoidalne skaczą, biegają, robią fikołki, tańczą a nawet biorą udział w bokserskich walkach. To teatralny spektakl mający nas przekonać, że rewolucja jest tuż za rogiem. Oto nadchodzi rzeczywistość z Blade Runnera.

Już niedługo roboty przestaną kojarzyć się wyłącznie z odkurzaczami krążącymi po podłodze i plączącymi się pod nogami. Coraz częściej będą przypominać ludzi – spotkamy je na ulicach, wyręczą nas w zakupach, zadbają o porządek w domu, a w pracy przejmą najbardziej wymagające i najmniej lubiane obowiązki.

Tak przekonują też technologiczny giganci. 

Szef Nvidii Jensen Huang w styczniu tego roku stwierdził, że "moment ChatGPT dla robotyki ogólnej jest już za rogiem". Podkreślał, że przełom "już prawie tutaj jest" i niebawem setki milionów ludzi zacznie używać robotów humanoidalnych tak, jak zaczęło korzystać z ChataGPT. Podobnego zdania jest zresztą Elon Musk, szef Tesli, który twierdzi, że roboty humanoidalne są technologią niemal tak bliską i przełomową jak prywatne loty kosmiczne. 

Miliardy na stole

Oczywiście nie tylko szefowie Tesli i Nvidii marzą o zarabianiu pieniędzy na robotycznej rewolucji. I nic dziwnego, bo każdy chciałby przejąć jak największy – póki co dość wirtualny – kawałek tortu, od którego może w przyszłości zależeć nowy porządek gospodarczy, kiedy już roboty ostatecznie zastąpią pracę ludzi. Stawka jest więc ogromna i liczona w setkach miliardów dolarów. Według prognoz twórców raportu Barclays Research roboty humanoidalne mają do 2035 roku być przemysłem wartym 200 miliardów dolarów. A ich globalna sprzedaż, co próbowali oszacować analitycy Morgan Stanley, już pięć lat wcześniej ma wynieść 900 tysięcy, aby gwałtownie wzrosnąć do ponad miliarda egzemplarzy do 2050 roku.

Fot. Shutterstock / Billion Photos class="wp-image-5704841"
Rynek robotów humanoidalnych ma być wart setki milionów dolarów Fot. Shutterstock / Billion Photos

Nie dziwi więc to, że do gry próbują wrócić nawet ci, którzy wcześniej postawili na tym biznesie krzyżyk. Mowa o firmie Open AI, która kilka lat temu zamknęła swój dział robotyki, a w 2025 roku otworzyła go na nowo rozpoczynając projekt budowy robotów humanoidalnych. W rywalizacji bierze też udział koncern Alphabet, do którego obok Google należy spółka Gemini Robotics, pracujący nad integracją modeli językowych z robotami. Słowem: chce przenieść Gemini do świata fizycznego, co ma umożliwić maszynom takim jak Atlas od Boston Dynamics, z którą Alphabet współpracuje, "myślenie podczas działania", czyli rozumienie otoczenia, samodzielne planowanie i wykonywanie wieloetapowych zadań. W stawce jest wreszcie wspomniana już Tesla. Koncern Elona Muska kojarzony głównie z motoryzacją od lat pracuje m.in. nad robotem Optimus, próbując przekształcić firmę z produkującej wyłącznie samochody elektryczne w biznes zajmujący się zajmującą się robotyką właśnie. Zresztą Musk od dawna przekonuje, że Tesla to nie jest zwykły producent samochodów, ale lider w dziedzinie fizycznej sztucznej inteligencji.

A to oczywiście tylko garstka największych firm, które toczą bój o to, by prześcignąć firmy chińskie takie jak Unitree, Ubtech Robotics, czy Agibot i przewodzić globalnej rewolucji robotów. Ta ma opierać się właśnie na wspomnianej fizyczności w AI. Tej samej, którą szef Nvidia uważa za kolejną falę rozwoju sztucznej inteligencji.

Co to takiego?

Fizyczniak

Fizyczna sztuczna inteligencja (z angielskiego Physical AI) ma pozwalać łączyć zaawansowane algorytmy AI takie jak uczenie maszynowe i modele językowe (LLM) z robotyką wyposażoną w systemy sensorów, kamer i czujników. Te ostatnie mają dostarczyć danych, aby fizyczne maszyny rozumiały nasz świat. Nie tylko obserwowały przestrzeń, ale i wchodziły z jej elementami w interakcję. Wyposażone w nią roboty mają wiedzieć co dzieje się wokół nich, reagować na zmiany i na tej podstawie wnioskować np. jak wykonać złożone zadanie. A to wszystko w czasie rzeczywistym.

Przykłady zastosowań? To choćby robot pracujący dzień i noc w fabryce przy montażu precyzyjnych komponentów. To prowadzący się samochód potrafiący płynnie oraz bezpiecznie odnaleźć się w ciągle zmieniających się niezwykle złożonych sytuacjach drogowych. To wreszcie robotyczne systemy chirurgiczne wspierające lekarzy np. analizą obrazów medycznych wykonywanych na żywo w czasie operacji, co zwiększyłoby jej precyzję.

I choć brzmi to wszystko dość futurystycznie, to fizyczna sztuczna inteligencja faktycznie może pozwolić wykonać kolejny ważny krok w długiej ewolucji robotyki. Jak wielka może być to zmiana zobaczymy, kiedy zrozumiemy na czym stoimy obecnie.

Dziś roboty przemysłowe programowane są do szybkiego i precyzyjnego wykonywania powtarzalnych zadań – często są wyspecjalizowane tylko w jednej czynności np. do przenoszenia czy spawania. Brakuje im elastyczności, co ma zmienić fizyczna sztuczna inteligencja. Stworzone z jej pomocą roboty, a przy tym zaawansowane hardware’owo, będą mogły wykonywać różne zadania, bo błyskawicznie będą adaptować się do zmian. Wyposażone w kamery i czujniki dotykowe będą mogły „widzieć” i interpretować otoczenie. Ale tym, co je wyróżnia to nie jest sposób postrzegania, lecz możliwość przetwarzania tego, co „zobaczą” i natychmiastowego reagowania.

To rozpoznanie kontekstu, w którym działają i "myślenie" oraz samodzielne podejmowanie decyzji a nawet planowanie ma być kluczowe w tworzeniu robotów  humanoidalnych o uniwersalnym przeznaczeniu, o których marzą Elon Musk czy Jensen Huang. Takich, którzy będą potrafiły opiekować się pacjentami w szpitalach, sprzątać nasze domy a nawet walczyć na wojnach. 

Obserwując krążące po sieci viralowe filmiki można pomyśleć, że faktycznie za chwilę zagoszczą w naszych domach i miejscach pracy. Jednak, jak celnie zauważa James O'Donnella na łamach MIT Technology Review, ostatnie postępy dotyczą bardziej stylu niż treści. Owszem sztuczna inteligencja niewątpliwie ułatwiła szkolenie robotów. Jednak nie ma mowy o tym, aby w pełni odczuwały otoczenie, "myślały" o tym co robić dalej i podejmowały decyzje w sposób taki, jak sugerują głośne demonstracje.

Mowa choćby o tym, co jesienią 2024 roku zaprezentowała wspomniana już Tesla. Humanoidalne roboty Optimus firmy Elona Muska zachwyciły, bo robiły gościom drinki, wycierały blat i odpowiadały na pytania jakby były ludzkimi barmanami. Były tak dobre, że aż budziły podejrzenia. Szybko okazało się, że słuszne, bo robotami jak kukłami zdalnie sterowali ludzie.

Nie było to zresztą pierwsze takie "przedstawienie". W 2023 roku kilka niezwykle realistycznych robotów humanoidalnych pojawiło się na meczu futbolu amerykańskiego w Kalifornii. Po tym, jak filmik z ich udziałem stał się viralem, na jaw wyszło, że tak naprawdę byli to ludzie w garniturach. Ot chwyt reklamowy Disney’owskiego filmu "The Creator".

Po co cały ten teatr? 

Aby przekonać nas, że przekonać nas, że roboty humanoidalne już teraz potrafią więcej niż rzeczywiście potrafią.

Cała ich koncepcja opiera się zresztą na założeniu, że maszyna przybiera ludzki wygląd, bo tak będzie robotowi będzie łatwiej dopasować się do przestrzeni: domów, fabryk, miast urządzonych przez i dla człowieka.  

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego wielki biznes chce, aby roboty wyglądały jak ludzie. 

„Poprzez humanoidalne konstrukcje sprzedajemy historię o tym, że robot jest w pewnym sensie odpowiednikiem nas lub tego, co potrafimy – mówił w MIT Technology Review prof. Guy Hoffman z Uniwersytetu Cornell, który zajmuje się robotyką i interakcjami między ludźmi a robotami.

Innymi słowy, jeśli zbudujemy robota, który wygląda jak człowiek, a ludzie będą zakładać, że jest on równie zdolny jak on. A to doskonała narracja dla tych, którzy chcą na takich maszynach zarabiać. Tyle tylko, że ta narracja i składane zarówno przez gigantów, jak i robotyczne startupy, obietnice często odbiegają od rzeczywistości. 

"Maszyny, które chodzą, mówią i integrują się z siłą roboczą, zawładnęły wyobraźnią opinii publicznej i zainteresowaniem inwestorów. Tempo postępu jest imponujące, ale mimo, że technologia rozwija się szybciej niż oczekiwano, fundamentalne wyzwania pozostają. Dlatego powiedzmy sobie jasno: roboty humanoidalne nie są gotowe – przynajmniej jeszcze nie. Na razie pozostają bardziej koncepcją niż rzeczywistością, dziedziną pełną obietnic, ale wciąż ograniczoną przez przeszkody techniczne i ekonomiczne" – pisały na Substacku Rui Ma i Ying-Ying Lu, czyli autorki popularnego podkastu o chińskiej technologii Tech Buzz China.

Na rzeczywisty przełom w robotach humanoidalnych przyjdzie nam więc jeszcze trochę poczekać. Jak długo? Tego nikt nie wie. Wiadomo zaś, że efektowne błyskotki przysłaniają nam realną zmianę, która już się rozgrywa, ale nieco obok – w przemyśle oraz rolnictwie.

Wyjdź na pole

Postępu w robotyzacji należy szukać nie w marketingowych prezentacjach, ale w polu.  Technologie, w tym sztuczna inteligencja już teraz zmienia sposób funkcjonowania rolnictwa i to na każdym etapie, gdzie dawniej potrzebne były ludzkie ręce do pracy. A tych ze względu na niskie płace i migracje ze wsi do miast, w tej branży mocno brakuje. Roboty mają więc spore pole do popisu.

Fot. Shutterstock / Igor Link
Roboty mogą rozwinąć zarówno przemysł jak i rolnictwo Fot. Shutterstock / Igor Link

Kiedy pytam o to Michała Zawadę, głównego specjalisty ds. mechatroniki i automatyki w Łukasiewicz – Poznańskim Instytucie Technologicznym , odpowiada, że dzięki technologiom i autonomicznym maszynom rolnicy mogą osiągać wyższe efekty przy niższych nakładach.

Dzięki maszynom i robotom można w rolnictwie np. poprawić precyzję od sadzenia i siania przez nawożenie i pielęgnację aż po zbiory, co na każdym etapie obniża koszty. Precyzyjny siew i nawożenie to optymalne rozmieszczenie nasion i dokładne dawkowanie nawozów a w konsekwencji mniejsze ich zużycie, umieszczając je na odpowiedniej głębokości w glebie. Precyzja w pielęgnacji to mniej oprysków, tylko tam gdzie rzeczywiście jest to potrzebne lub alternatywne pielenie bez stosowania herbicydów np. pielnikami mechanicznymi lub laserowo wykorzystując do tego systemy wizyjne. W konsekwencji możliwe jest uzyskanie większych plonów przy mniejszych nakładach. Dodatkowo w przypadku zbiorów nowoczesne technologie zwiększają wydajność i pozwalają uniknąć sytuacji, w której np. owoce czy warzywa nie są zbierane z pola, bo brakuje pracowników – mówi Michał Zawada.

Maszyny mają też te zalety, że wykonują zadania znacznie szybciej niż ludzie, nie chorują i nie potrzebują odpoczynku, choć praca w polu jest fizycznie wymagająca. A w rolnictwie to szczególnie ważne, bo często okienko pogodowe do zebrania plonów jest bardzo krótkie. Wykorzystanie robotów zwiększa więc produktywność i pozwala osiągać wyższe zyski.

O jakich maszynach mowa? W przypadku prac polowych to chociażby roboty, które zbierają dane dotyczące stanu gleby, czy kondycji upraw. Dzięki otrzymanym informacjom rolnik dokładnie wie, w której części pola np. zasiana pszenica daje większy plon, a gdzie należy użyć nawozu. To też maszyny do pielenia, które wykorzystują zaawansowane techniki obrazowania i uczenia maszynowego do odnalezienia a następnie usuwania chwastów. W końcu autonomiczne kombajny czy traktory.

– Co ważne na taki sprzęt można przerobić nawet nieco starsze maszyny poprzez specjalne oprogramowanie i nakładki na kierownicy – mówi Michał Zawada. Wówczas połączony z precyzyjnym narzędziem ciągnik, upraszczając, staje się swego rodzaju robotem, który samodzielnie porusza się po polu, a rolnik jedynie kontroluje wykonywaną przez niego pracę. Podobnie jest w przypadku robotów samojezdnych. – Rolnik obsługuje taką maszynę zdalnie planując jego trasę – tłumaczy ekspert.

Przykładów tego rodzaju urządzeń nie trzeba już szukać poza granicami kraju. Choć ich zastosowanie w polskim rolnictwie jest wciąż niewielkie, to maszyny są tworzone nad Wisłą. Mowa choćby o Polskim Robocie, stworzonym przez konsorcjum, w którego skład weszły dwa instytuty Sieci Badawczej Łukasiewicz – Poznański Instytut Technologiczny i Instytut Lotnictwa oraz firma Unia.

To urządzenie służące do uprawy kukurydzy. Nie tylko automatycznie sieje i odchwaszcza, ale i wykonuje opryski dozując środki ochrony roślin i nawozy. Wszystko to przy wykorzystaniu najnowszych technologii, w tym sztucznej inteligencji i sieci czujników) zbierających z otoczenia dane dotyczące m.in. wilgotności gleby czy kondycji roślin.

– Co ważne robot daje możliwość zmiany szerokości rozstawów kół, dzięki czemu można dostosować go do różnych technologii siewu czy zmiennych warunków pogodowych np. roztopów. Daje też możliwość regulacji wysokości, co ważne w przypadku kukurydzy, która szybko rośnie, a dzięki temu zabiegi pielęgnacyjne roślin można prowadzić dłużej i zwiększyć ilość plonów – tłumaczy Michał Zawada.

Przy taśmie

Technologie, w tym fizyczna sztuczna inteligencja zmienia też przemysł. Oczywiście automatyzacja od dawna jest częścią krajobrazu produkcyjnych hal. Jednak tej pory automatyka przemysłowa opierała się na powtarzalnych czynnościach wykonywanych przez maszyny i roboty. Zaś ostatnie postępy związane z AI, czy systemami wizyjnymi dają maszynom elastyczność.

– Klasyczny robot na linii produkcyjnej przekłada element z punktu A do B – i robi to świetnie, ale wyłącznie w ramach z góry określonego scenariusza. Fizyczna sztuczna inteligencja pozwala wyjść poza ten schemat – tłumaczy Michał Smoleński, który specjalizuje się we wdrożeniach i optymalizacji procesów AI w firmie Omnipolis.pl i wyjaśnia, że w efekcie nawet ten sam, ale udoskonalony sprzęt może pełnić różne funkcje – w zależności od oprogramowania. 

– Oczywiście, cudów nie ma. Robot stacjonarny z jedną „ręką” nie zacznie nagle chodzić, ale zakres jego zastosowań można znacząco rozszerzyć. Na przykład robot, który wcześniej tylko przekładał paczki z jednego taśmociągu na drugi, może zostać „nauczony” skanowania kodów QR, przekazywania danych do systemu czy podejmowania prostych decyzji na podstawie algorytmu. Wachlarz zastosowań rośnie – tłumaczy ekspert.

Problem w tym, że ich wdrożenie wcale nie jest łatwe. Pokazuje to przykład amerykańskiej sieci supermarketów Kroger, która już w listopadzie zeszłego roku ogłosiła zamknięcie trzech z ośmiu zrobotyzowanych magazynów, gdzie kompletowane były zamówienia wysyłanie późnej do klientów. Dlaczego? Zdecydowała brutalna arytmetyka. Od automatyzacji i robotów tańsi okazali się kurierzy dowożący zakupy w ramach aplikacji.

Ale pieniądze to nie jedyna przyczyna. Wdrożenie systemów robotycznych w biznesie, choćby takim jak wspomniane jak magazyny Kroger, wymaga sporo kosztownych inwestycji w sprzęt, czasu i dokładnego planowania. Do system nie zadziała bez precyzyjnej konfiguracji, a ta jest niemożliwa bez dobrej jakości danych. Tymczasem wiele firm, w tym polskie, mają właśnie z tym spory problem.

Fot. Shutterstock / legdrubma
Jedną z głównych barier wdrożenia są koszty oraz słaba jakość danych Fot. Shutterstock / legdrubma

– Jakość danych to jedna z głównych barier.  Dane są, ale często w silosach – rozproszone, nieaktualne, niespójne. Handlowcy nie aktualizują CRM-ów, raporty są niepełne. Na takich danych trudno budować sensowną analizę – zwraca uwagę Michał Smoleński i przyznaje, że często słyszy od klientów, że chcą wdrożyć AI w swoich firmach.

– A gdy prosimy o uporządkowanie danych, odpowiadają: "Gdybyśmy mieli dane uporządkowane, to nie potrzebowalibyśmy AI". Tymczasem wdrożenie systemu w chaosie tylko ten chaos pogłębi. Nie da się też obiecać konkretnego efektu bez wiedzy, jakimi danymi firma dysponuje. Im więcej wartościowych danych włożymy do systemu, tym więcej z niego wyciągniemy – dodaje.

Smoleński zwraca też uwagę, że kolejną barierą są koszty. Dlatego AI wdraża się przede wszystkim w dużych organizacjach i sektorze publicznym – tam, gdzie jest świadomość technologiczna i zabezpieczony budżet.

– Z tego powodu tempo wdrożeń jest wolniejsze, niż się spodziewałem. Wiele firm z sektora MŚP chciałoby najpierw "za darmo pomacać" rozwiązanie, ale tak się nie da. Niestety brakuje nam determinacji i kapitału, bo systemy te wymagają inwestycji, a polskie firmy często operują na niskich marżach. Póki co biznes im się spina, ale co będzie za kilka lat czy dekadę, kiedy przyjdzie nam się zmierzyć z luką demograficzną, nikt nie wie. A robotyzacja mogłaby choć częściowo rozwiązać ten problem – mówi Smoleński.

Roboty na wczoraj 

Podobnie w rolnictwie. Wiele rozbija się o koszty. 

Dlatego skala wykorzystania robotów czy autonomicznych maszyn w Polsce jest wciąż niewielka. Na taki wydatek obecnie stać zwykle tylko najbogatsze i największe gospodarstwa. Prawdopodobnie jednak inwestycje w technologie będą nie opcją, lecz koniecznością.

Wszelkie prognozy demograficzne sugerują, że liczba pracujących Polaków w kolejnych dekadach znacznie się skurczy. A szybszy spadek populacji oznacza jeszcze większe ryzyka niedoborów siły roboczej, z którą gospodarstwa rolnicze już dziś się zmagają. Jednocześnie postępował będzie trend migracji ze wsi do miast, a zagraniczni pracownicy np. z Ukrainy nie będą w stanie zalepić wyrwy. Szczególnie, że już teraz wielu z nich może bez trudu dostać mniej wymagającą i lepiej płatną pracę w większych ośrodkach. Ludzkiej pracy na wsi będzie więc coraz mniej. Jedynym rozwiązaniem wydają się więc technologie.  

– Dla bezpieczeństwa żywnościowego naszego kraju w rolnictwie zajmującym się uprawą powinno wydarzyć się to, co lata temu stało się w hodowli zwierząt. W tym sektorze brakowało ludzi do pracy, a jednocześnie maszyny stały się bardziej dostępne cenowo, więc dziś np. roboty dojące krowy czy podgarniające pasze zwierzętom są w hodowli czymś powszechnym – mówi Michał Zawada i dodaje, że w upowszechnieniu nowoczesnych maszyn wśród rolników mogą pomóc np. państwowe dotacje.

– Wszelkie próby wspierania rolników, także jeśli chodzi o dotacje są korzystne, bo pomagają transformować gospodarstwa a jednocześnie zmniejszają ryzyko prowadzenia tego niełatwego biznesu – dodaje Zawada.

Możliwe więc, że technologiczna rewolucja w Polsce rozegra się nie tam, gdzie się tego spodziewamy. Bo nie będziemy mieli innego wyboru.