Kapitalizm bez etyki to nowa forma kolonializmu – pisał profesor Witold Kieżun, wybitny ekonomista, którego krytyczny głos dotyczący polskiej drogi do kapitalizmu wciąż rezonuje w polskiej debacie publicznej. Ostatnio wybrzmiał ponownie za sprawą ponownego wydania jego słynnej książki "Patologia transformacji". To pozycja, w której Kieżun bezkompromisowo obnażył błędy politycznych elit oraz mechanizmy rządzące zmianą modelu gospodarczego w naszym kraju, które doprowadziły do grabieży majątku narodowego i dominacji międzynarodowego kapitału.
Jego książka, po raz pierwszy wydana w 2012 roku i nazywana "manifestem sumienia", nabiera współcześnie jeszcze większej mocy. Jest bowiem ostrzeżeniem przed tym, że wielkie zmiany mogą oznaczać nie tylko niesamowity postęp, ale i ogromne koszty społeczne oraz ofiary w ludziach. Bo nie ma wątpliwości, że nasz kraj od lat 90. zeszłego wieku dokonał wielkiego gospodarczego i cywilizacyjnego skoku. Najlepiej oddają to wskaźniki ekonomiczne, takie jak PKB, siła nabywcza czy po prostu widoczna gołym okiem skala modernizacji kraju. Nie dziwi więc, że ekonomiści tacy jak prof. Marcin Piątkowski przekonują, że ten sukces można określić "złotym wiekiem" naszego kraju. Polska faktycznie dokonała imponującego wzrostu gospodarczego, niwelując dystans do krajów zachodnich.
Okładka książki "Patologia transformacji" autorstwa profesora Witolda Kieżuna
Jednak transformacja lat 90. XX wieku okazała się także brutalną, nieokiełznaną, mroczną siłą, która wykoleiła życiorysy milionów Polaków. Wielu Polaków popadło w biedę, wielu straciło pracę, kwitła emigracja zarobkowa, która z kolei doprowadziła do wielu rodzinnych dramatów. Nieprzypadkowo na przełomie wieków pojawiło się pojecie eurosierot, czyli osób, które zostały same, bo ich rodzice wyjechali za chlebem do Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Holandii.
To koszty, których przez dekady nie chcieliśmy nawet dostrzec, zrzucając odpowiedzialność na tych, których rozjechał walec postępu. Ba, nie brakowało przecież głosów, że ofiary same były sobie winne. Nie potrafiły odnaleźć się w nowej, wolnorynkowej rzeczywistości, bo posiadały tischnerowską osobowość homo sovieticus, którą ukształtował system komunistyczny. Owe "osoby sowieckie" miały cechować się brakiem inicjatywy, uległością, brakiem szacunku dla własności prywatnej czy słynną roszczeniowością. Piękna narracja, prawda? Tyle że nieprawdziwa. Dziś, zarażeni liberalną, a może wręcz libertariańską szkołą myślenia, nie zauważamy, że nie każdy, zawsze i wszędzie, jest kowalem swojego losu. Nie wystarczy tylko wcześniej wstawać i ciężej pracować.
U progu zmian
Dziś mamy niejako powtórkę z lat 90. Znów stoimy u progu wielkiej transformacji.
Ta nowa Wielka Zmiana, w ramach której technologie na czele ze sztuczną inteligencją tu i teraz przekształcają nasze życia, może przynieść jeszcze więcej ofiar niż ówczesne reformy. Ta zmiana ma charakter nie tylko lokalny, to globalna rewolucja. Jej konsekwencje będą ogromne. I tak jak transformacja z lat 90., będziemy mieli do czynienia nie tylko ze zmianą modelu gospodarczego.
Rok 1989 i obecna era AI wydają się odległymi światami. Jednak obie transformacje łączy wspólny mianownik, czyli zmiana paradygmatu funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Podobieństwem z pewnością jest także to, że obie transformacje są nam w pewien sposób narzucone.
O tym, jaką formę przybrała i jaką miała skalę ta pierwsza, nie zdecydowaliśmy sami. Wspomniany prof. Kieżun pokazywał, że radykalność planu Balcerowicza, który nie bez przyczyny nazywany był "skokiem na główkę do basenu bez wody" czy terapią szokową bez terapii, wynikała z presji międzynarodowego kapitału oraz oczekiwań liberalizacji gospodarki mocarstwa, czyli Stanów Zjednoczonych.
Fot. Shutterstock / fran_kie
Władze USA chciały zdecydowanych działań i ostrej prywatyzacji, aby zachodni kapitał mógł rozgościć się w Polsce. Słowem: mógł zarobić oraz pozbyć się konkurencji (np. likwidując nawet dobrze prosperujące państwowe przedsiębiorstwa) kosztem majątku narodowego Polski i samych Polaków. Oczywiście niełatwe były też warunki geopolityczne. Nasza gospodarka ze względu na zadłużenie przypominała bankruta. A za rogiem czyhał – owszem osłabiony, ale ciągle groźny – Związek Radziecki.
Nie mieliśmy wielkiego wyboru. Ucieczka ze rosyjskiej strefy wpływu wiodła wprost w paszczę żarłocznego Zachodu.
Obecnie sytuacja wygląda podobnie. Za naszą granicą toczy się krwawa wojna wywołana przez zbrodniarza Władimira Putina. Nasze bezpieczeństwo jest uzależnione od woli mocarstwa, czyli znów USA. Wszystko zależy od kapryśnego przywódcy, dla którego biznes z pewnością znaczy więcej niż jakiekolwiek niematerialne wartości. W takich warunkach transformację technologiczną przynoszą nam Big Techy, czyli największe korporacje ze Stanów Zjednoczonych.
Żerują one na naszych danych, traktują polskich obywateli jak biomasę, monetyzują naszą uwagę, a przede wszystkim uzależniają od swoich produktów. Jak doskonale zobrazował to raport "Cyfrowy bilans Polski", z którego wynika, że już 45 proc. firm w Polsce jest uzależnionych od systemów firm amerykańskich. I choć nasz deficyt w handlu cyfrowymi produktami sięga aż 45 mld zł, to brak suwerenności cyfrowej to nie tylko pieniądze. To także ryzyko gwałtownego wzrostu cen, bo monopolista może dowolnie dyktować ich wysokość. To też brak kontroli nad infrastrukturą, co wiąże się z możliwością utraty kontroli nad krytycznymi procesami, ale też szantażu, który może skończyć się zwyczajnym wyłączeniem usług w przypadku nieposłuszeństwa.
W końcu to też drenaż umysłów i hamowanie lokalnych innowacji, które sprawia, że trudno nam będzie uniezależnić się od rozdających karty gigantów.
Co gorsza, do tego uzależnienia rękę, a właściwie wszystkie kończyny, przykłada polska administracja publiczna, zamawiając w przetargach oprogramowanie biurowe. W 99 procentach przypadków wybiera rozwiązania oferowane przez Big Techy.
To sytuacja, owszem trudna, ale nie bez wyjścia. Czy jest alternatywa?
Czy w Polsce już stworzyliśmy nowego, "zachodniego" człowieka? Fot. Shutterstock / fran_kie
Pokazują to ostatnie działania rządu Francji, który ogłosił plan zastąpienia rodzimymi alternatywami amerykańskich platform, takich jak Microsoft Teams, Zoom czy Google Meet, do 2027 roku. Da się? Jak widać, da, choć trzeba pamiętać, że Francja jest liderem cyfrowego rozwoju w Europie, jednym z krajów z zaawansowanymi rozwiązaniami AI i potężną bazą elektrowni atomowych.
Wiem, że możemy spróbować przeprowadzić nową, wielką transformację, chociaż troszeczkę na swoich zasadach. Nie jesteśmy w końcu bankrutem, lecz 20. gospodarką świata. Kiedy więc obecnie tworzy się pewien nowy porządek, to nie powinniśmy machnąć ręką na obowiązujące w naszym kraju zasady powszechnie zaakceptowane przez społeczeństwo. A to choćby reguły wpisane w Konstytucję RP. Jedna z nich mówi o tym, że mamy w Polsce społeczną gospodarkę rynkową. Oznacza to, że państwo będzie interweniować, aby chronić słabszych czy realizować cele publiczne. To też zasada mówiąca, że należy przestrzegać polskiego prawa, w tym prawa pracy. Tych reguł nierzadko zdają się nie zauważać zachodnie korporacje implementujące u nas innowacyjność, co często polega na pozbawieniu obywateli i pracowników fundamentalnych praw.
Bez tego faktycznie istnieje ryzyko powtórzenia błędów z przeszłości. Tak jak transformacja lat 90. zostawiła całe grupy społeczne, szczególnie poza największymi miastami, na tak zwaną pastwę losu, tak i w przypadku transformacji technologicznej możemy mieć do czynienia z powstaniem czegoś na kształt cyfrowego proletariatu – rzeszy ludzi, których kompetencje zostaną zdewaluowane i zupełnie stracą na znaczeniu w erze algorytmów, automatyzacji, powszechnego nadzoru czy sztucznej inteligencji.
Zagrożenie wzrostu nierówności jest szczególnie wyraźne w kontekście AI. Już w 2024 roku zwracał na to uwagę Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Jego analitycy ostrzegają przed scenariuszem, w którym wypracowane dzięki większej wydajności i produktywności bogactwo skupi się w rękach nielicznych. W końcu, jeśli założymy, że AI sprawi, że jedna osoba wykona pracę zamiast trzech, to oszczędności w znacznej większości trafią do właścicieli kapitału, a nie do pracowników w formie podwyżek. Co gorsza, choć niektórzy pracownicy potrafiący wykorzystać narzędzia AI mogą odnotować wzrost swojej produktywności, a nawet zarobków, to wielu innych może zostać w tyle. A tym samym powiększa się przepaść między różnymi grupami społecznymi.
Analitycy ostrzegają przed scenariuszem, w którym wypracowane dzięki większej wydajności i produktywności bogactwo skupi się w rękach nielicznych. Fot. Shutterstock / fran_kie
Analogia z latami 90. jest tu oczywista. Wówczas “znajomości”, ale też znajomość języka angielskiego i obsługi komputera, potrafiła wywindować człowieka bez większego wcześniejszego doświadczenia zawodowego do roli managera wysokiego szczebla. A z drugiej strony, skazać na bezrobocie i społeczne wykluczenie tych, którzy tej bariery nie potrafili pokonać. Dziś ten los może spotkać tych, którzy nie będą umieli współpracować z narzędziami AI lub których zadania przejmie sztuczna inteligencja.
Zalążki tego ostatniego już teraz widzimy w sektorach centrów usług wspólnych. Miejsca pracy w obsłudze prostych procesów księgowych czy klientów zagranicznych są likwidowane i przenoszone tam, gdzie pracownicy są tańsi lub zwyczajnie, na skutek automatyzacji, znikają. A to rodzi ryzyko stworzenia nowych form regionalnego wykluczenia czy nawet "cyfrowych PGR-ów". Wiele więc zależy tu – kolejny raz – od formy transformacji, czyli decyzji, w jaki sposób owe technologie wdrożymy i komu będą służyć. Czy będzie uwzględniała społeczne potrzeby, czy też znów okaże się skokiem na główkę? To pytania otwarte, bo przyszłość jeszcze możemy zmienić.
Tyle tylko, że czasu jest mało. Kluczową różnicą między transformacjami jest czas. Ta gospodarcza i ustrojowa lat 90. trwała dekadę. Dzisiejsza jest znacznie szybsza. Państwo może zwyczajnie nie zdążyć z regulacjami, szczególnie że Big Techy i ich akolici robią wiele, aby w ogóle ich nie było, ani z budową zabezpieczeń społecznych, które pozwoliłyby uniknąć społecznych kosztów. Tych, których być może kolejny raz wygrani transformacji nie będą chcieli dostrzec.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-02-06T11:31:51+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T11:06:44+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T10:15:41+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T09:42:48+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T09:14:20+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T08:35:51+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T08:00:04+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T07:06:52+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T06:51:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T06:41:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T06:31:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T06:21:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-06T06:11:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T21:22:43+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T21:05:45+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T20:18:36+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T19:32:51+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T18:43:14+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T18:20:34+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T17:48:39+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T17:14:07+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T16:44:19+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T16:00:37+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T15:21:15+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T14:53:48+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T13:37:01+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T13:00:06+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T12:42:14+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T11:52:32+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T11:33:19+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T10:41:36+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T09:50:43+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T09:06:22+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T08:29:25+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T07:39:04+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T07:22:44+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T06:19:03+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T06:15:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T06:11:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-05T06:07:00+01:00