Tak wygląda ładowarka iPhone'a za 20 tys. zł. Paskudztwo dla elity
Hermès postanowił pokazać, jak wygląda ładowarka do iPhone'a i Apple Watcha w wersji dla bardzo bogatych. Wyszło dokładnie tak, jak można było się spodziewać: absurdalnie drogo i zaskakująco mało elegancko.

Hermès oferuje zestaw składający się z ładowarki Paddock Duo i skórzanego etui Grand Paddock wykonanego z cielęcej skóry Swift w kolorze Gold. Sama ładowarka ma dwie strefy MagSafe i według opisu producenta pozwala jednocześnie ładować dwa urządzenia: iPhone’a oraz AirPodsy albo Apple Watcha. Produkt jest wykonany we Francji i pozycjonowany jako akcesorium podróżne premium. Brzmi pięknie, prawda?
Funkcjonalnie nie ma tu mowy o żadnej rewolucji. To nie jest nowa technologia ładowania, przełomowy system chłodzenia ani ultrawydajna stacja dokująca. To po prostu elegancko opakowana, składana ładowarka 2w1 z dodatkiem luksusowego etui. Hermès nie sprzedaje tu nowej kategorii sprzętu, tylko dobrze znany typ akcesorium ubrany w język luksusu. Fakt, że produkt przypomina dawną ideę składanej ładowarki MagSafe Duo, tylko ten odbiór wzmacnia. I jeszcze na dodatek ta cena…


Za ile, dokładnie, i dlaczego robi się jeszcze śmieszniej?
… no właśnie, cena. Na stronie Hermèsa to 5150 dol. Przy średnim kursie dolara NBP z 19 marca, wynoszącym 3,7270 zł, daje to około 19 193 zł. To już samo w sobie brzmi jak mocna rynkowa aberracja, ale na tym absurd się nie kończy. Hermès wprost zaznacza, że ładowarka wymaga zasilania o mocy co najmniej 20 W, zapewnianego przez port USB-C albo zasilacz sieciowy, którego w zestawie… nie ma. Apple sprzedaje swój oficjalny zasilacz USB-C 20 W w Polsce za 109 zł. Czyli po wydaniu prawie 19,2 tys. zł na luksusową ładowareczkę dla obrzydliwie bogatych użytkownik nadal musi dokupić podstawowy element potrzebny do jej używania.
To niby detal, bo skoro stać cię za ładowarkę za 20 kafli, to i stać się na zasilacz za stówę, ale bardzo dużo mówi o całym produkcie. W normalnej elektronice użytkowej taka decyzja byłaby krytykowana jako skąpstwo producenta albo niepotrzebne cięcie kosztów. Chociaż niestety w wielu przypadkach to standard tłumaczony ekologią. Ale gdy w wersji luksusowej nagle ktoś próbuje to opakować w aurę ekskluzywności, to jest to po prostu śmieszne. To już nie jest nawet luksus w klasycznym rozumieniu, tylko pokaz, że cena przestała mieć jakikolwiek związek z logiką produktu.

Największy problem polega na tym, że to wszystko wygląda po prostu źle
I tu dochodzimy do części mniej technicznej, ale w gruncie rzeczy najważniejszej. Bo luksus da się czasem obronić wtedy, gdy produkt jest przesadnie drogi, lecz jednocześnie piękny, świetnie zaprojektowany albo naprawdę wyjątkowy materiałowo. W przypadku ładowarki Hermès ten mechanizm się jednak nie spina.
Przeczytaj także:
Owszem, jest skóra, jest marka, jest Made in France, ale wizualnie całość nie zachwyca. A na pewno nie widać, że jest to produkt warty aż tyle pieniędzy. Znajdą się oczywiście zwolennicy tego rodzaju designu, ale bardzo podobne akcesoria kupimy za ułamek tej ceny. I to ułamek tysięczny. No ale o gustach się nie dyskutuje. Chociaż może?
PS. Hermès ma w tej samej linii też inne warianty: Solo za 4650 dol. oraz Yoyo za 5150 dol. Skusisz się?



















