Małomiasteczkowa rewolucja. Jak metropolie przestają być wymarzonym miejscem do życia

Małomiasteczkowa rewolucja. Jak metropolie przestają być wymarzonym miejscem do życia

Przez lata żyliśmy wizją przyszłości megamiast. To tam miała przenieść się praca, innowacje, możliwości. Wszystko kosztem umierających powolutku mniejszych miast i miasteczek. – Niespodziewanie pandemia otworzyła dla nich furtkę. Mogą zacząć konkurować na jakość życia z metropoliami – mówi Joanna Erbel, socjolożka, działaczka miejska, ekspertka do spraw mieszkaniowych i autorka książki „Poza własnością”.

Im większe miasta, tym większy ich odsetek wskazał, że przez pandemię przeszedł ciężko, z pogorszoną sytuacją finansową, z problemami jak odbudować lokalną przedsiębiorczość i kulturę. Tak w wielkim skrócie można podsumować wyniki badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego zawarte w raporcie „Polskie miasta w czasach pandemii”. Na zdecydowane pogorszenie sytuacji finansowej poskarżyło 37 proc. dużych miast (>100 tys. mieszkańców), 28 proc. tych średnich (20 tys.-100 tys.) i tylko 13 proc. małych (<20 tys.).

Podobnie odczuli to też sami mieszkańcy miast i miasteczek. Najwięcej odpowiedzi wskazujących na pogorszenie sytuacji bytowej (blisko 70 proc.) wystąpiło wśród przedstawicieli dużych miast. Jedynie 22 proc. mieszkańców metropolii twierdzi, że nic w ich życiach się nie zmieniło. Dla porównania w średnich i małych miastach na gorsze warunki życia wskazuje 40 proc. mieszkańców. I co ważne na tę jakość życia wpływa nie tylko sfera czysto materialna, ale także poczucie bezpieczeństwa i ... komfortu.


Więcej o sytuacji miast i miasteczek w świecie postpandemii można przeczytać w tekstach Marka Szymaniaka, autora książki „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”, która właśnie ukazuje się nakładem Wydawnictwa Czarne.
O Jaśle i probemach mieszkaniowych w małych miastach pisze w tekście „Wynajmowanie mieszkań w małych miasteczkach to droga przez mękę. Oto prawdziwy polski ład mieszkaniowy".
O tym jak cyfryzacja zmienia krajobraz miejski pisze w artykule "Technologie zmieniają polskie miasta. Paczkomatoza to dopiero początek".
O problemenie nieprzemyślanej „rewitalizacji" rozmawia z Janem Mencwlem w tekście "Betonoza trawi polskie miasta. Bez drzew, wyłożone kostką Bauma, w upały stają się rozgrzaną patelnią".
Co doprowadziło do tego, że Kraśnik stał się cymbolem zacofania i dlaczego nie powinniśmy sie z niego śmiać "Rechot ucichł. Problemy zostały. Opowieść o polskim miasteczku, co nie chciało sieci 5G".


Po latach przekonania, że to metropolie właśnie ten komfort oferują najskuteczniej COVID-19 przestawił nasze myślenie o 180 stopni. W sytuacji, gdy w dużych miastach zaczęły pojawiać się problemy finansowe - pandemia przyniosła zastój w sferze biznesowej i wiele branż przestało generować dochody, więc większe miasta, zwłaszcza w pierwszym okresie pandemii, umarzały opłaty z dzierżaw i wynajmów, niektóre zawieszały opłaty parkingowe - to mniejsze ośrodki zaczęły pokazywać swoje przyjaźniejsze oblicze. Ale czy faktycznie ta zmiana będzie trwała? Pytamy o to Joannę Erbel, socjolożkę, działaczkę miejską i ekspertkę do spraw mieszkaniowych.

Joanna Erbel – fot. Grzegorz Krzyżewski

Ciągle słyszymy, że ceny mieszkań biją rekordy, tyle że dzieje się to oczywiście w wielkich miastach. Można by pomyśleć, że w tych mniejszych jest więc Eldorado. Gdyby się jednak trochę zainteresować, to okazuje się, że tam znowuż są tak niskie zarobki, że nie pozwalają na zakup mieszkania, które z perspektywy metropolii wydają się śmiesznie tanie. Niewiele się tam też buduje. W takim Jaśle, które opisuję w książce „Zapaść”, na 1000 mieszkańców w 2019 roku przybyło 0,7 mieszkania. Dla porównania w Rzeszowie prawe 17. Na komunalne też nie ma co liczyć, bo czeka się 10 lat…

To prawda. Ale wszystko, o czym mówisz, czyli że nie jest dobrze, to już właściwie wiemy. Wiemy, że buduje się mało i za mało, mieszkań brakuje i są za drogie. Pytanie więc jakie z tego wyciągnąć wnioski? 

Właśnie, jakie?

Trzeba patrzeć na to, jak przez pandemię zmieniły się trendy. Zmieniło się przekonanie, że gdy chcę pracować dla dużej firmy, to muszę przeprowadzić się do Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy Gdańska. W pandemii nauczyliśmy się pracować zdalnie, a po niej będziemy pracować hybrydowo. Bardziej będzie liczyć się to, co potrafimy, jakie mamy umiejętności, a nie to, w jakim miejscu żyjemy. To mniejszym miastom zaczęło otwierać zupełnie nowe możliwości. 

To znaczy?

Do tej pory w puli miast konkurujących jakością życia były duże metropolie. Teraz do tego wyścigu mogą dołączyć mniejsze miasta. Znika bowiem bariera związana z bliskością pracy. Mogą więc powalczyć o ściągnięcie do siebie swoich dawnych mieszkańców, którzy wyjechali za pracą, perspektywami, rozwojem. Ale mogą też zacząć przyciągnąć nowych ludzi. Zaś nowi mieszkańcy to pieniądze z podatków, nowe firmy rejestrowane tam, gdzie oni żyją. Koło zamachowe rozwoju. Pandemia naruszyła nam poczucie stabilności, ale jednocześnie otworzyła furtkę dla małych i średnich miast, która wcześniej była zamknięta. 

Problemy mieszkaniowe dotykają wielu polskich miast. Na zdjęciu Braniewo – fot. Marek Szymaniak

Wierzysz w to, że nagle nastąpi odwrót i masowe powroty do rodzinnych miasteczek?

Teraz jest dobra okazja, aby tak się zadziało. Najłatwiej oczywiście ściągnąć tych, którzy wyjechali do tej Warszawy czy Krakowa za pracą. Nacieszyli się już totalną anonimowością wielkiego miasta, tym, że nikt ich nie kontroluje; nie spotykają na ulicy wścibskich sąsiadek i nie muszą się wujkowi z wąsem tłumaczyć, z kim się umawiają i dlaczego jeszcze nie mają dzieci. I choć ucieczka od tego świata może być uwalniająca, to potem wiele osób narzeka na brak więzi, poczucie alienacji, odosobnienia. Tęskni za relacjami, które mieli w rodzinnej miejscowości, a tutaj nie mogli ich zbudować, bo dużo pracują, mieszkają na obrzeżach, dużo czasu zajmują im dojazdy. Żyją więc w modelu: praca, dom, praca, dom. W końcu dostrzegają, że nie korzystają z bogatej oferty miasta, tych benefitów, dla których tu przyjechali. 

W mniejszym mieście tym bardziej nie będą ich mieć. 

Niekoniecznie. To luka, którą mogą zapewnić mniejsze miasta. Niektóre już zapełniają. Kilka lat temu za sprawą Roberta Biedronia takim miastem, które postawiło na jakość życia, stał się Słupsk. Zaczęto tam dbać o zrównoważony rozwój, zieleń, publiczną przestrzeń, gdzie chce się spędzać czas. 

Jeden Słupsk wiosny nie czyni… 

Ale przykładów jest więcej. Choćby położony między Krakowem a Katowicami Chrzanów, który chce rozwijać się w oparciu o kolej. Tworzy nowe miejsca pracy, ale też mieszkania na wynajem przy dworcu, aby mieszkańcy mogli dojeżdżać do pracy do tych większych miast, a jednocześnie żyć na miejscu w mieście średniej wielkości, które jest bardziej przyjazne. Inny przykład to Dąbrowa Górnicza, która swój rozwój zawdzięcza przemysłowi, ale teraz chce zmienić ten postindustrialny charakter i rewitalizuje swoje centrum, zmieniając zlikwidowaną fabrykę „Defum”, miejsce wcześniej niedostępne dla mieszkańców, w przestrzeń publiczną. Powstaje tam wielofunkcyjna przestrzeń o obiecującej nazwie: Fabryka Pełna Życia. Tych jaskółek zmian widzę coraz więcej, więc jestem optymistką. 

Pozwól, że będę pesymistą. To, o czym mówisz, brzmi pięknie, ale rzeczywistość większości miast i miasteczek nadal tak nie wygląda. I to się nie zmieni z dnia na dzień. Jak w mniejszych miastach nie będzie dobrej pracy, mieszkań pozwalających rozpocząć samodzielne życie, to młodzi będą z nich wyjeżdżać. 

Owszem, przez lata mieliśmy model, który zakładał, że życie przeniesie się do dużych miast, bo one stawały się centrami biznesu i dynamicznie się rozwijały. Tam była praca, możliwości, perspektywy. A skoro w małych miastach tego nie było, to deweloperzy nie chcieli w nich inwestować. Ale jak wspominałam wcześniej: pandemia stworzyła nam nową sytuację, nowe otwarcie. Oczywiście nie wszystkie mniejsze miasta wygrają, ale niektóre tak. Tylko ich włodarze muszą zrozumieć, że potrzebują planu, pewnej wizji, żeby zrobić coś konkretnego, a nie trwać dla trwania. 

To co muszą zrobić?

Mogą na przykład powiedzieć jak we wspomnianej Dąbrowie Górniczej: brakuje nam publicznej przestrzeni, która będzie estetyczna, a przy tym ułatwi spotkania ludziom. Może to być dom kultury, może lokalny rynek, szczególnie że pandemia nauczyła nas doceniać to bliskie – sąsiedzkie otoczenie, w którym żyjemy. 

Dotychczas było tak, że kiedy włodarze mniejszych miast chcieli odnowić rynek i stworzyć miejsce spotkań, rozstawić scenę i zrobić festyn, to wycinali drzewa i za unijne pieniądze betonowali plac. 

Dlatego to musi być kompleksowa wizja. Poza miejscem do spotkań musi być np. szybkie połączenie do dużego miasta, dobrze zaplanowane mieszkania i dobra szkoła kilka ulic dalej. Aby życie było wygodniejsze, bo przecież kiedy okolica jest bezpieczna, a szkoła blisko, to wcale nie musimy tego dziecka podwozić autem. Może pójść pieszo, a rodzice zaoszczędzą czas i zamiast tkwić w korkach, będą mogli zrobić coś dla siebie. Na takich zmianach mniejsze miasta mogą wygrać po prostu jakością życia. 

Problemy mieszkaniowe dotykają wielu polskich miast. Na zdjęciu bloki w Giżycku – fot. Marek Szymaniak

Tyle że realizacja takiej kompleksowej wizji trwa lata. A kadencja tylko pięć. 

To problem, bo często politycy żyją od wyborów do wyborów. Rzadko myślą o dłuższej perspektywie, bo muszą zabłysnąć w najbliższej kampanii wyborczej, a nie za dekadę. Jakbyśmy poszli teraz do burmistrza wspominanego Jasła i powiedzieli mu: postaw na jakość życia mieszkańców, stwórz wizję i plany osiedli, skoro tak brakuje mieszkań, to on wie, że na to trzeba lat. Najpierw rok albo dwa debata. Potem znalezienie działki, a to też niełatwe, bo nie można budować byle gdzie, skoro ma to podnosić jakość życia. Wreszcie sama budowa od trzech do pięciu lat. Więc od wizji do jej realizacji robi nam się dekada. 

Sporo.

Tak, ale tu trzeba odwagi, bo to trochę jak wynalezienie nowego modelu biznesowego, nowej sytuacji stworzonej przez pandemię. Te miasta, które przestawią się pierwsze, szybciej będą pozyskiwać nowych mieszkańców, ściągać starych, wracających do swoich rodzin i wygrają. Ciekawym przykładem jest tutaj Gryfino, gdzie władze miasta przygotowały w grudniu zeszłego roku projekt budowy 120 mieszkań TBS-owych. Miały to być energooszczędne budynki z dużą ilością zieleni. Niestety, ten projekt blokuje rada miasta, więc to przykład, gdzie walki frakcyjne blokują rozwój miasta.

Powiedzmy, że mają wizję stworzenia nowych, wygodnych mieszkań. Co dalej? 

Paradoksalnie narzędzia i pieniądze są. Jeśli chodzi o mieszkaniówkę, to jest przecież cały pakiet dopłat do Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych, czyli SIM-ów. Są też środki europejskie, choćby z Europejskiego Banku Inwestycyjnego, który udziela pożyczek na inwestycje w mieszkania na wynajem do 50 proc. i do 75 proc., jeśli te inwestycje są ekologiczne. 

Są pieniądze, narzędzia, to czego nie ma? Skoro ciągle mamy problem z mieszkaniami. 

Nie ma wizji i konsekwencji. Nie ma też dobrej współpracy między rządem a samorządami. W ten temat za mocno wchodzi duża polityka. Niestety, ciągle jest tak, że problem z brakiem mieszkań dotyka zbyt małej liczby osób, żeby stał się istotnym postulatem, który dawałby wygraną w wyborach. 

Słucham?! Przecież 40 proc. Polaków nie może kupić mieszkania na kredyt, bo ich nie stać, a jednocześnie są zbyt bogaci na komunalne. To miliony osób. 

Tak, ale politycy działają tu pragmatycznie. Te grupy mają różne potrzeby: część ma zdolność kredytową i marzy o lepszym mieszkaniu, a część osób, zwłaszcza z młodszych pokoleń, woli wynajmować, bo nie uważa, że kupno mieszkania jest im potrzebne albo musi wynajmować, bo nie stać ich na kupno mieszkania, w tym na kredyt. Do tego wybudowanie mieszkania jest bardzo drogie i długo trwa. Nawet jak się uda je zbudować, to w dłuższym okresie niż kadencja, więc zamiast sukcesu masz problem i musisz się tłumaczyć „dlaczego ciągle nie ma tych mieszkań” albo „dlaczego jest ich tak mało”. Dlatego łatwiej te duże przecież pieniądze wydać na inne obietnice, które można szybciej i łatwiej zrealizować. Jak przeliczysz wydane złotówki na głosy, to politycznie ten drugi wariant wciąż po prostu bardziej się opłaca. Jednak z wchodzeniem w dorosłość kolejnych grup społecznych będzie presja na dostępne mieszkania na wynajem – to kwestia zmiany podejścia do mieszkania jako dobra, ale również tego, że kredyty są niedostępne, bo ludzie są wypychani na samozatrudnienie.

Rozumiem, że politycy chcą przede wszystkim wygrywać wybory, dopiero potem rozwiązywać społeczne problemy. Ale ten mieszkaniowy problem zdiagnozował przecież sam PiS – rozwiązaniem miał być program Mieszkanie Plus. Musieli więc dostrzec w tym potencjalne głosy, a jednak skończyło się porażką.

To jest dla mnie zagadka, której nie umiem rozwiązać, mimo że byłam dość blisko realizacji tego programu. Wciąż nie rozumiem, jak to jest, że rząd PiS, który wykazuje się tak dużą determinacją w innych obszarach, nie był w stanie dogadać się ze swoimi spółkami, a konkretnie PKP. Na jej terenach mogło powstać po kilka tysięcy mieszkań w każdym dużym mieście.

Problemy mieszkaniowe dotykają wielu polskich miast. Na zdjęciu kamienice w Prudniku – fot. Marek Szymaniak

W Polskim Ładzie PiS przyznał się do porażki, mówił o tym sam premier Morawiecki, i zapowiedział zmianę taktyki. Teraz chce dopłacać do wkładu własnego. To rozwiąże problem? 

Rozwiązaniem byłoby wybudowanie dostępnych mieszkań na wynajem, bo tego właśnie potrzebują młodzi ludzie. Te najnowsze propozycje wydają mi się jakimś kompromisem między frakcjami w obozie władzy. Cieszy mnie, że nie jest to jedyny element wizji mieszkaniowej tego rządu, bowiem większe wsparcie mają wspomniane wcześniej SIM-y oraz gminy chcące budować mieszkania komunalne.

Przejdźmy do dużych miast. Tu ceny z roku na rok rosną. Zwykłemu Kowalskiemu trudno za tym nadążyć, a jednocześnie 2/3 mieszkań kupowanych jest za gotówkę. Kto je kupuje?

Wygrani transformacji. 

Czyli kto?

Klasa średnia osiągająca właśnie wiek emerytalny. To osoby, które zdobyły kapitał i teraz inwestują go, chcąc zabezpieczyć swoją starość. Pieniędzy nie opłaca trzymać się teraz w banku, więc kupują mieszkania na wynajem, które wydają się bardzo bezpieczną inwestycją. Mieszkanie na wynajem ma być gwarancją stabilnych wpływów na emeryturze.

Prowadzi to jednak do sytuacji, że kolejne pokolenia wchodzące na rynek pracy nie mogą powtórzyć losu swoich rodziców czy już dziadków, zarówno w zarobkach, jak i w stabilności zatrudnienia i w końcu mieszkaniowo. 

Mieszkania pod wynajem masowo kupują też ogromne spółki. Ostatnio jedna w Warszawie kupiła hurtem 2,5 tys. mieszkań. 

Mam nadzieję, że ten trend nie będzie się umasawiał. Liczę, że raczej będzie rozwijać się społeczne kupowanie mieszkań, wspólnotowe inwestowanie oszczędności w budynek wielofunkcyjny, w tym mieszkaniowy. Taka współdzielona inwestycja finansowana z wielu kieszeni prywatnych osób, a nie spółek, może być dobrem wspólnym. Przyniesie zysk, ale będzie miała też pozytywny wpływ na otoczenie. 

U nas to chyba wizja dalekiej przyszłości…

Żyjemy w momencie, kiedy te futurologiczne wizje bardzo przyśpieszają. Kto jeszcze kilka lat temu spodziewałby się, że praca zdalna będzie tak powszechna, a duże firmy same będą chciały przechodzić na model hybrydowy, bo zauważyły, że nie muszą płacić tyle za przestrzenie biurowe. Lekcją z pandemii jest to, że te procesy, które wydawały się odległe, nagle stały się na wyciągnięcie ręki. A niektóre już tu są.

Już tu jest na przykład prefabrykacja, która Polakom kojarzy się z „wielką płytą”. Jak może nam pomóc w rozwiązaniu problemu braku mieszkań?

Tu działają trzy zmienne. Czas, cena i jakość. Prefabrykacja wymaga standaryzacji, ale dzięki temu jest przewidywalna, więc rośnie jakość, a kiedy stawiasz gotowe komponenty, to oszczędzasz czas, bo potrzeba mniej pracowników. A kiedy budowa trwa krócej, to oszczędzasz pieniądze i, co ważne, jest też mniej wypadków. Dlatego firmy skandynawskie tak lubią prefabrykację, bo dbają o warunki pracy. 

Technologii, które mogą pomóc nam zaspokoić głód mieszkaniowy, jest więcej. Chociażby technologia BIM, czyli Building Information Modeling, która opiera się na elektronicznym zapisie danych o obiekcie budowlanym w wirtualnym modelu 3D. Dane tworzone na etapie projektowania wykorzystuje się w trakcie budowy i użytkowania budynku, co pozwala np. przewidzieć koszty eksploatacji – to staje się ważne również dla osób inwestujących w mieszkania. Są też ciekawe rozwiązania dotyczące logistyki budów pozwalające tak nimi zarządzać, aby były mniej uciążliwe dla okolicznych mieszkańców, ale też tańsze i szybsze, bo automatyzacja procesu sprawia, że wszystko trwa krócej. 

Są też rozwiązania, które pomagają nam budować społeczność, czyli np. idea hybrydowego sąsiedztwa. 

Pandemia uświadomiła nam, jak ważne jest spotykanie ludzi twarzą w twarz, ale część życia nieodwracalnie przenieśliśmy już do świata online i tak będzie wyglądała nasza przyszłość. Hybrydowe sąsiedztwo będzie – tak jak i praca zdalna – łączyło życie online z życiem w realu. Będzie to napędzało tworzenie sąsiedzkich relacji, bo w internecie angażujemy się np. w lokalne grupy osiedlowe, a to może potem przenieść się do wspólnych działań już w rzeczywistym świecie. 

Jak to wygląda w praktyce?

Wyobraź sobie, że idziesz na zakupy do lokalnego warzywniaka. Okazuje się, że zapomniałeś pieniędzy, ale spotkana tam sąsiadka proponuje zapłacenie twojego rachunku. Gdy wrócisz do domu, oddasz jej pieniądze. Ufacie sobie, bo mieszkacie blisko siebie. Znacie się choćby „z widzenia”, bo regularnie spotykacie się w swojej okolicy.

Ale idźmy dalej. Wracając do domu, zaglądasz też do lokalnej księgarni, odbierasz wcześniej zamówioną książkę i zaglądasz na chwilę do pobliskiego parku, aby ją poczytać. Wokół jest mnóstwo ludzi, w tym wielu znajomych. Od początku pandemii widujemy się rzadziej, ale wiem, co u nich słychać, bo jesteśmy aktywni na lokalnej grupie online. Dzięki rozmowom w sieci mamy wciąż ze sobą kontakt. To doświadczenie bycia blisko – zarazem online, jak i offline – nazywam hybrydowym sąsiedztwem. Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby taka cała społeczność mogła zbierać punkty lojalnościowe za wolontariat czy zakupy, które potem przekładałyby się na zniżki. To samo, co znamy ze sklepów, ale w skali osiedla. 

Fabryka Pełna Życia w Dąbrowie Górniczej – fot. Radosław Kaźmierczak

Lokalny warzywniak, księgarnia, pobliski park. Do tego potrzeba dobrej przestrzeni miejskiej. Musimy mieć gdzie spotkać się z tymi sąsiadami.

Tak, do tworzenia takich więzi potrzebujemy odpowiedniej przestrzeni. Urbanistyka ma tutaj kluczowe znaczenie. Aby znać z widzenia naszych sąsiadów i sąsiadki, musimy mieszkać w dobrze zaprojektowanej okolicy, gdzie wszystko, czego potrzebujemy, znajduje się w odległości krótkiego spaceru. Kiedyś właśnie tak projektowano miasta, ale obecnie – po dekadach samochodocentryzmu – dobra urbanistyka potrzebuje nowych pojęć.

Paryż wdraża ideę „miasta 15-minutowego”, która zakłada, że wszystko, co jest na co dzień potrzebne, np. szkoła, praca, przestrzeń do rekreacji, powinno być nie dalej niż kwadrans podróży pieszo lub rowerem.

U nas też już to się dzieje. Nowo powstające osiedla są wielofunkcyjne. Jest w nich wszystko: od lokalnej knajpki, kawiarni, placu zabaw, poczty po sklepik. Wszystko dostępne w odległości kilku minut spaceru. Deweloperzy już widzą tę zmianę, ale te projekty muszą jeszcze stać się bardziej dostępne cenowo. Pierwszym krokiem w tę stronę jest wybudowanie TBS-u na wrocławskich Nowych Żernikach, czyli dostępnych mieszkań na wynajem na dobrze zaplanowanym osiedlu, na którym do tej pory – poza dwoma kooperatywami – wszystkie budynki były budowane przez deweloperów na sprzedaż.

Zmieniać mają się też ulice. W Warszawie wybuchła gorąca dyskusja wokół zwężenia Al. Jerozolimskich. Jedni mówili, że pracując hybrydowo, taka szeroka ulica nie jest już potrzebna, inni że po zwężeniu miasto się kompletnie zakorkuje. 

Mieliśmy już taką symulację, kiedy spłonął Most Łazienkowski. I nagle ruch aut uszczuplił się o tysiące aut. Ludzie po prostu przesiedli się w inne środki transportu, a tych na tej osi nie brakuje. Poza autobusami jest tam tramwaj, metro. Naprawdę nie ma powodu, aby jechać do centrum autem. 

Ci, którzy dojeżdżają spod Warszawy, powiedzą, że chcieliby dojechać do centrum miasta metrem, ale nie mogą zostawić samochodu, bo parkingi park & ride są notorycznie zapchane. 

Skoro dojeżdża spod Warszawy, to samorząd, w którym mieszka, powinien dokładać się do budowy takich parkingów w Warszawie. W końcu – patrząc czysto pragmatycznie – dlaczego mam się dokładać z moich warszawskich podatków do tego, żeby ktoś mi tu zatruwał powietrze, rozjeżdżał miasto, a centrum traktował jak obwodnicę? To mieszkańcy tych podwarszawskich miejscowości powinni dokładać się do inwestycji parkingowych na obrzeżach, bo to im przede wszystkim na nich zależy. Zwłaszcza, że wyprowadzając się pod miasto i przenosząc swoje podatki, uszczuplili dochody miasta.

A jednym ze skutków pandemii może być właśnie to, że więcej osób zamieszka bliżej natury pod miastem. 

Tym bardziej powinniśmy inwestować w kolej. I takie miasta jak wspomniany Chrzanów, ba nawet Włoszczowa, która leży na ważnej trasie, mają już tu pewną przewagę.

Joanna Erbel – socjolożka, działaczka miejska, ekspertka do spraw mieszkaniowych. Założycielka Fundacji Blisko zajmującej się wspieraniem aktywności lokalnych i tworzeniem wiedzy na temat innowacji mieszkaniowych. Koordynowała prace nad przygotowaniem polityki mieszkaniowej i programu Mieszkania2030 dla m. st. Warszawy. W latach 2017-2020 zajmowała się tematem innowacji mieszkaniowych w PFR Nieruchomości. Członkini grupy eksperckiej Laboratorium Rynku Najmu. Liderka klubu samorządowego w CoopTech Hub, pierwszego w Polsce centrum technologii spółdzielczych, które stawia sobie za cel tworzenie wspólnoty opartej o zaufanie przez cyfrowy restart spółdzielczości i budowanie lokalnego ekosystemu współpracy.

Na głównym zdjęciu Hrubieszów - fot. Marek Szymaniak