Aplikacja do orgazmu i konsultanki intymności na planie. „Sexify” to więcej niż opowieść o technologiach i seksie

Aplikacja do orgazmu i konsultanki intymności na planie. „Sexify” to więcej niż opowieść o technologiach i seksie
277 interakcji
dołącz do dyskusji

– Nasza serialowa apka początkowo miała tylko pomagać osiągnąć orgazm, ale im więcej uczyliśmy się o kobietach, tym bardziej docierało do nas, że to nie musi być celem – ani kobiety, ani aplikacji – Kalina Alabrudzińska, reżyserka polskiego serialu Sexify” stworzonego dla Netflixa, opowiada o tym, jak się kręci opowieść o technologii i erotyce.

Trzy młode studentki angażują się w tworzenie aplikacji, która nie tylko zmierzy poziom kobiecej satysfakcji seksualnej, ale pomoże ją osiągnąć. Tylko jak zrobić projekt naukowy o seksie, skoro już samo mówienie o nim bywa dla bohaterek kłopotem? Natalię, Monikę i Paulinę na drodze do sukcesu – i na uczelni, i w alkowie – czeka kilka bolesnych zderzeń z rzeczywistością. Rozprawią się z damsko-męskimi stereotypami i oceniającymi spojrzeniami.

Ale „Sexify” to więcej niż tylko serial o tym, jak technologie wchodzą nawet w nasze życie erotyczne i że nie ma magicznych algorytmów rozwiązujących wszystkie problemy. Także od strony praktycznej, producenckiej pokazuje on, że można – i co więcej, wreszcie trzeba – zmieniać to, jak podchodzimy do seksualnośći i naszych jej granic. Dlatego właśnie na planie tego serialu zatrudniono specjalne konsultantki ds. intymności, pomagające pracować ekipie przy scenach erotycznych. To jest ogromna zmiana. Kiedyś – jak ironizuje Piotr Domalewski, jeden z reżyserów tego serialu – na planach jedynym psychologiem była kadrowa: – Mówiła, że terapia polega na tym, że jeszcze dziesięć dni do przelewu.

O kręceniu fabuły krążącej wokół nowych technologii, algorytmów, aplikacji, ale także dekonstruowania stereotypów, rozprawiania się z historią polskich wstydów i budowania etyki zawodowej na miarę XXI wieku rozmawiamy z reżyserami serialu: Kaliną Alabrudzińską i Piotrem Domalewskim.

Anna Tatarska*: Skąd wziął się pomysł, by w centrum akcji filmu umieścić aplikację na smartfon, tytułowe „Sexify”?

Kalina Alabrudzińska: Na taki pomysł wpadł producent Jan Kwieciński. Początkowo wiedzieliśmy tylko, że główne bohaterki mają „tworzyć apkę, która pomoże osiągnąć orgazm”. Potem wkroczyliśmy w to ja i Domal (Piotr Domalewski – przyp. red) i... pozmieniało się wszystko – oprócz tego zdania. Oczywiście nie mieliśmy zbytniego pojęcia, na czym polega budowanie aplikacji, dlatego sięgnęliśmy po pomoc. Konsultowaliśmy się z ekspertem, któremu zadawaliśmy wiele, zapewne też głupich, pytań. Cierpliwie odpowiadał. Pomógł nam zrozumieć cały proces: zbieranie danych, algorytmy. Wspierała nas też Iza Jąderek, seksuolożka, dzięki której udało się sformułować pytania, jakie ma zadawać użytkowniczkom apka. One były kluczowe, bo to na podstawie odpowiedzi tworzony jest indywidualny algorytm. Potem najtrudniej było połączyć w wiarygodny i sensowny sposób te technikalia z dramaturgią, z osobnymi narracjami każdej z bohaterek. Żeby to, z czym mierzy się Natalia – mózg całego procesu podczas budowania apki, łączyło się z tym, z czym mierzy się w codziennym życiu.

Czy przyglądaliście się istniejącym już aplikacjom jako inspiracji dla „Sexify”?

Kalina Alabrudzińska mat. prasowe

KA: Dla mnie ciekawym punktem odniesienia była aplikacja Dipsea. Tam są różne erotyczne historie, można odnaleźć w niej wszystko, co człowieka podnieca. Pomaga się skupić na własnym ciele, proponuje coś w rodzaju medytacji z nim, przeprowadza też kobietę przez masturbację. Nasza serialowa apka początkowo miała tylko pomagać osiągnąć orgazm, ale im więcej uczyliśmy się o kobietach, tym bardziej docierało do nas, że to nie musi być celem – ani kobiety, ani aplikacji. Ta zmiana w myśleniu ukształtowała dramaturgię tego sezonu. Pierwsze pomysły dziewczyn też są czysto zadaniowe, a potem ewoluują, rozszerzają się.

To przecięcie seksualności, intymności i technologii było dla was ciekawe?

KA: Nie interesowały nas łatwe wnioski typu: „technologia to nie wszystko, potrzebne są uczucia”. Nie chcieliśmy kończyć sezonu takim banałem. Zamiast tego chcieliśmy raczej pokazać, jak ta technologia we współpracy z człowiekiem może czynić cuda. Oczywiście, musimy poznać siebie, ale technologia może nam w tym pomóc. Ja, kiedy myślę o technologii, myślę o potrzebie cierpliwości. Poznajemy kogoś na Tinderze, najpierw jest świetnie, potem przestaje się kleić. Pierwsze spotkanie – słabo. Odpuszczamy, kasujemy wątek, idziemy dalej. Nie inwestujemy w relację. A przecież nie zawsze z pierwszych pięciu minut możesz się dowiedzieć wszystkiego. Technologia szybko dostarcza nam tego, czego chcemy. Czy będziemy chcieli inwestować w to, co wymaga czasu i cierpliwości? Czasami fajnie jest poczekać.

Udało się wam wpleść w serial jakieś własne przygody z technologią?

KA: Chyba każdy z nas ma na koncie jakieś mniej lub bardziej udane próby w tej sferze. Byłam na Tinderze i wiem, jakie ma fajne, a jakie niefajne strony. Nasza czwórka – ja, Piotrek i producenci Janek Kwieciński i Agata Gerc – tyle w procesie przygotowań się sobie nazwierzała, że teraz znamy chyba wszystkie swoje tajemnice! Co ciekawe, potwierdziło się podczas prac moje przypuszczenie, że kobiety chętniej się swoimi przeżyciami dzielą. Mam wrażenie, że rozmawiając minutę z przypadkową kobietą w kolejce do kibla, dowiesz się więcej niż podczas trzech godzin na piwie z mężczyzną. I czasami – nawet jeśli sama czegoś nie przeżyłaś – to wiesz o tym od kumpelki. Do mnie te historie płyną od zawsze i czerpię z nich.

„Sexify” rozgrywa się w Polsce i odnoszę wrażenie, że ta przestrzeń akcji nie jest przezroczysta, pozbawiona znaczenia. To słuszna intuicja?

Piotr Domalewski: W „Sexify” tematem, który niesie serial, jest seks, ale kluczowa jest konstrukcja trójki bohaterek. Każda z nich nawiązuje do jakiegoś, funkcjonującego w naszej kulturze, stereotypu. Polska kultura – czy raczej kultura życia codziennego – porusza się między tym, co musimy i tym, czego nie możemy. Dlatego identyfikowanie stereotypów, walczenie z nimi i przekraczanie jest istotne dla młodego człowieka.

Piotr Domalewski, mat. prasowe

Tym bardziej w tematyce okołoseksualnej, którą poruszamy w serialu. Jako samozwańczy analityk kultury popularnej stwierdzam, że w serialach – już tak mniej więcej od serialu „Most nad Sundem” – sam plot, fabuła jest sprawą drugorzędną. Czynnikiem wiodącym jest bohater. Jego konstrukcja, poziom skonfliktowania czy też osadzenia w rzeczywistości to są kluczowe elementy dramaturgiczne.

KA: Wspaniałe jest to, że te stereotypy stawia się przed oczami widza, a potem, krok po kroku, na różne sposoby rozbija. Mnie jako autorkę od zawsze kręcą takie rzeczy. Kiedyś zrobiłam taki short „Niestrudzeni Wędrowcy”, który miał być na pierwszy rzut oka komedią romantyczną. Największą frajdę sprawiało mi to, że najpierw pokazywałam bohaterkę stereotypowo, a potem wszystkie będące jej udziałem sytuacje szły totalnie wbrew przewidywaniom. W „Sexify” wykorzystujemy wiele stereotypów, także na płaszczyźnie przedstawienia naszych trzech głównych bohaterek. Paulina, grana przez Marysię Sobocińską, to ograniczona wychowaniem dziewczyna z katolickiego domu, Monika (Sandra Drzymalska) jest rozpieszczona wychowaniem w bogactwie i uprawia dużo seksu, a Natalia (Aleksandra Skraba) to nerdówa-dziewica. Sam świat studentów uczelni technologicznej też może wydawać się na pierwszy rzut oka sztampowy. Ale dzięki temu, że „Sexify” to serial, możemy o tych bohaterach opowiadać przez wiele odcinków. Mamy szansę stereotyp rozbić i wejść głębiej, pokazać bohaterów szerzej. Zaskakiwać.

A wam jakie żywe w branży filmowej stereotypy najbardziej przeszkadzają w codziennym funkcjonowaniu?

KA: Na planie zawsze czułam, że muszę być mocna. Przecież jestem osobą, do której ludzie mają mnóstwo pytań, która prowadzi dużą ekipę. Poza tym wciąż pokutuje mit, że prawdziwy reżyser to powinien być ktoś, kto przychodzi na plan, krzyczy, kurwi i rzuca przedmiotami. Ja nigdy tego nie robiłam. Miałam z tego powodu nawet kompleksy, myślałam, że może skoro nie mam w sobie tej piekielnej części, to nie jestem zdolnym reżyserem. Ale w którymś momencie powiedziałam sobie: „Nie umiem inaczej. Muszę to robić tak, jak czuję jako człowiek”. Zawsze więc byłam mocna i konkretna, ale jednocześnie starałam się, by w tym wszystkim było dużo miłości, współpracy i rozmowy. Już przy pierwszych moich zawodowych próbach udało mi się połączyć te dwie rzeczy i tak zostało. A ty, Piotrek, masz jakieś stereotypy co do siebie jako mężczyzny na planie?

PD: Teraz nie ograniczają mnie w pracy na planie żadne stereotypy. Ale oczywiście się z nimi zetknąłem i co ciekawe, z tymi samymi, co Kalina. Że, ponieważ jestem mężczyzną, to moje granice są daleko bardziej rozciągliwe i można mnie traktować w sposób o wiele bardziej surowy. I nie mogę mieć emocji, bo przecież jestem facetem. Można na mnie wywrzeć każdy rodzaj presji, bo przecież kurde, no chyba normalka, tak? Stykałem się z tym i wciąż stykam. To jest bardzo krzywdzące.

Dla mnie wy jesteście nowym pokoleniem, które mówi tym archaicznym przekonaniom „nie”. Które inaczej pracuje, ma inną wrażliwość i to widać w tym, co robicie. Nawet, kiedy jest to serial o dwudziestoletnich studentkach.

KA: Tak, „Sexify” nie jest o nas, bo nie mamy dwudziestu kilku lat i nie odkrywamy swojej seksualności. Ale wiele procesów, które tam obserwujemy, wydarzyły się na przykład w moim życiu, tylko po trzydziestce. W każdej z tych postaci są jakieś pytania, które sama noszę w środku – czy mam prawo być taka, jaka jestem? Czy jeśli wybiorę swoje własne szczęście, to nie spotka mnie żadna kara od świata? Czy bycie kobietą oznacza życie dla innych czy dla siebie? I główne – czy mam prawo do przyjemności w życiu? Zadajemy je na wizji, przed widzami, bo potrzebujemy tej dyskusji, żeby żyć i funkcjonować. Nasze bohaterki są w tym sensie blisko nas, wszystkie. Postaci drugoplanowe też. Może nie w proporcji 1:1, ale momenty, pytania, obserwacje – jak najbardziej tak.

PD: Myślę sobie, że o tym, czy postać jest blisko ciebie, czy nie, decyduje to, czy tę postać oceniasz. Jeżeli to robisz, to ona jest daleko, ponieważ z nią nie empatyzujesz, nie traktujesz jako równego sobie człowieka. Wierzę, że nam się udało żadnej z tych postaci, nawet tych negatywnych, nie oceniać. Mają swoje motywacje i gdybym sobie założył, że jestem w takich okolicznościach i stanie umysłu jak oni, to być może zachowałbym się tak samo. Przez bliskość postaci rozumiem pewnego rodzaju prawdopodobny mechanizm mierzenia się z rzeczywistością, podejmowania decyzji w takich, a nie innych założeniach. Moi bohaterowie są mi bliscy, niezależnie od tego, co robię. Ci z „Sexify” też.

Mnie ocenianie kojarzy się też z zawstydzaniem. Kategoria wstydu często wiązana jest z seksem, seksualnością, z ciałem. Wstyd to coś, co nasza kultura nam wciera pod skórę przez całe życie. W waszym serialu nie ma zawstydzania, a to, jaką relację mają bohaterki z seksem i seksualnością, nie definiuje tego, kim są.

KA: My nigdy nie oceniamy bohaterek. Ocenianie jest kompletnie nieciekawe, zarówno dla nas jako twórców i dla widzów. Ono do niczego nie prowadzi, nie jest twórcze. Chcieliśmy stworzyć na ekranie świat, w którym seks traktowany jest jako normalna i oczywista część życia, to nam przyświecało. Nie pokazujemy go jako wchodzenie w niedostępny, zakazany, daleki nam świat, a tak często bywa. On jest traktowany podobnie przez różnych bohaterów: jako część życia. I nic nikomu do tego.

PD: Myślę, że historia polskich wstydów jest długa jak litania i one dominują zarówno w debacie publicznej, jak i kulturze. Nie bez przyczyny mamy teraz nawrót literatury w stronę nurtu „ludowego”. Wstyd mamy zakorzeniony, ale ja osobiście jestem nim już zmęczony. Zbyt łatwo oceniamy, zbyt mało staramy się zrozumieć.

Korzystaliście na planie z pomocy konsultantek intymności. Widzę w polskim środowisku podział w podejściu do tego tematu. Niektórzy przyjmują to jako jakąś pomoc, konsekwencje zmian obyczajowych, inni robią z tego fanaberię.

KA: Dla nas to był naturalny ruch. Choć na początku też zaskakujący, bo pierwszy raz z kimś takim pracowaliśmy, dotąd odpowiedzialność za koordynację scen intymnych opierała się na nas. Ja szybko zrozumiałam, że do tego kwalifikacji nie mam. Dopiero przyglądając się pracy naszych koordynatorek na planie, zobaczyłam, ile to jest trudnej, wymagającej pracy. One robiły coś, co było superważne i strasznie krępujące, czyli choreografię aktu seksualnego. Robiły to z pozycji specjalistek od tematu, nie na płaszczyźnie prywatnej. To ważne, bo w tym zawodzie się bardzo zaciera ta granica prywatne – nieprywatne. Jak ja wchodzę na plan i mówię: „Ten seks powinien wyglądać tak i tak”, to od razu jeden aktor daje kontrę: „A może tak?”, zaraz następny: „A może jednak tak?”. W tej dyskusji każdy w pewnym sensie troszkę mówi o tym, co sam przeżył, a nie każdy jest przecież gotowy się tym dzielić. Ani ja, ani oni. Poza wszystkim profesjonalne koordynatorki dają ten komfort, że nikt nie musi się bać, że powie niechcący coś o sobie.

PD: Tak, to jest bardzo duży komfort – dla mnie jako reżysera, ale też dla aktorek czy aktorów. Biorę to ze swojego doświadczenia aktorskiego, kiedy w teatrze nie było nawet psychologa, a co dopiero koordynatora intymności. Psychologiem była kadrowa, mówiła, że terapia polega na tym, że jeszcze dziesięć dni do przelewu. Ot, cała terapia. Ten dyskurs wokół intymności w kinie, teatrze, się na szczęście znacząco poszerzył. Moim zdaniem to bardzo ważne, ponieważ podejście sztuki do technologii realizowania scen intymnych jest doskonałym odzwierciedleniem tego, jak nasz język się z tym tematem obchodzi. A obchodzi się bardzo obcesowo, w sposób ograniczony, dosadny. Zawsze to wynika albo z przemocy, albo ze skrępowania. Dlatego jesteśmy na to tak bardzo wyczuleni. Żeby takie myślenie o intymności w kinie się skończyło.

Aleksandra Skraba, Maria Sobocińska, Sandra Drzymalska, mat. prasowe.

To, o czym mówicie, jest ilustracją podejścia, że sztuka musi się rodzić w cierpieniu. Że poboli, ale jak dobrze wyjdzie, to przestanie. Cham i chuligan na planie? „No trudny jest, ale za to jaki zdolny”!

KA: Jest miło? No to chyba jest jakaś praca nie została niewykonana, coś tu nie gra. Podejrzane! Tak, niestety rzeczywiście wciąż są takie głosy.

PD: Przecież jest powiedzenie: „Wesoło na planie, smutno na ekranie”. To jest pierwsze powiedzenie, którego się uczysz w szkole filmowej.

KA: Żeby była jasność od razu! Jeżeli to jest pierwsza rzecz, której się uczymy, a potem nikt nie uczy nas, jak działać na planie, być dobrym liderem i prowadzić za sobą kilkadziesiąt osób z ekipy, to trzeba, będąc reżyserką, naprawdę być blisko siebie, być bardzo ogarniętą ze swoimi emocjami, żeby nie wejść w rolę psychotyrana, którą zbyt często nadaje się reżyserom.

Słucham was i pełniej zaczynam widzieć dyskusję, która się teraz toczy wokół placówek edukacyjnych artystycznych...

KA: Nas zbyt często uczy się być reżyserem-bogiem, a aktorów podporządkowania się za wszelką cenę pod tę toksyczną energię. To powoduje przemoc. Najwyższy czas, żeby powiedzieć temu „stop”. Najcenniejsze rzeczy wychodzą według mnie ze współpracy i ja osobiście nie chcę życia marnować na toksyczne relacje. Ani zawodowe, ani prywatne.

Jeszcze jedno mnie u was zaskoczyło. Piersi. Pupy. Brzuchy. U was jest ich cały przekrój, bardzo różnych. Kontra do bliskiej porno estetyki, która mnie zwykle zalewa z ekranu w scenach, gdzie pojawia się nagie ciało.

PD: To było dla nas bardzo istotne. Ja we wszystkim, co robię, staram się pokazywać normalnych ludzi. Modele i modelki u mnie raczej nie grają. Bo ja po prostu nie wierzę w taki świat. Znaczy, wierzyłem kiedyś, to był serial „Dynastia”. Mieszkałem na wsi i ta „Dynastia”, pocztówki z innego kraju, się wydawała prawdziwa. Kochałem ten szajs. Ale to było strasznie dawno temu. Dziś nie kręci mnie to nawet artystycznie, szczerze mówiąc. Nie wiem, jak można w takie coś wierzyć.

KA: I jeszcze było ważne, żeby seksu niehetero normalizować. Seks nie jest u nas prawem osób hetero, każdy może go uprawiać i się nim cieszyć.

Prawie się zakrztusiłam, jak po seksie narzeczony mówi do widocznie chcącej pogadać Pauliny: „to ja zrobię ci leczo”.

PD: Ja wymyśliłem o leczo jeszcze inny slogan, który mam nadzieję, kiedyś wejdzie do popkultury: „Są mężczyźni maczo i są mężczyźni leczo”.

Kalina Alabrudzińska – reżyserka i scenarzystka m.in. „Nic nie ginie”. Absolwentka Kursu Reżyserii Dokumentalnej w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Studentka ostatniego roku Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej PWSFTViT w Łodzi.


Piotr Domalewski – reżyser filmowy, scenarzysta i aktor. Absolwent 
Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie. Laureat gdyńskich Złotych Lwów za film „Cicha noc”.

Anna Tatarska – dziennikarka filmowa i kulturalna. Absolwentka filmoznawstwa, wiedzy o kulturze, nowojorskiej szkoły filmowej NYFA oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Wśród jej rozmówców znaleźli się m.in. Hillary Clinton, Martin Scorsese, Meryl Streep i Ai Weiwei. Wieloletnia współpracowniczka m.in. „Gazety Wyborczej”, Wysokich Obcasów”, magazynu PANI” czy portalu Onet.pl. Współpracuje m.in. z Muzeum Polin, festiwalami HER Docs, Watch Docs czy Off Camera. Publikowała wielokrotnie w USA.