SW+

Wilcze oczy Zucka, czyli jak prawica przegrywa internety

Wilcze oczy Zucka
372 interakcji
dołącz do dyskusji

Rok 2021 dla prawej strony sceny politycznej zaczął się sporym szokiem poznawczym. Okazało się, że wśród najmłodszych Polaków PiS ma ledwie 2 proc. poparcia. Prawica zawyła, a przecież wystarczyło obserwować internety, by zauważyć nadchodzącą zmianę.

W kółeczku obok radiowozu tańczą w listopadowym chłodzie dzieciaki. Jest ciemno, ale za dyskotekową kulę robi niebieski kogut na dachu, a wszyscy i tak trzymają w dłoniach telefony z odpaloną latarką w roli glow-sticka. Z głośników leci „Jebać PiS” Cypisa – zabójczo prosty i skuteczny hit, na który składa się wyłącznie tytułowe wezwanie do jebania władzy powtórzone kilkadziesiąt razy na pętli z „Call on me” Erica Prydza. 

Coś takiego, że jak raz wpadnie w ucho, nie wypadnie już nigdy. Na śniegu i brudnych szybach samochodów pojawiają się namazane symbole ośmiu gwiazdek, w witrynach sklepów i oknach czerwone błyskawice. „Julki” i „mirki” wygrażają „dzbanom”, wypełnia się proroctwo Zbigniewa Stonogi. 

Polski internet w końcówce 2020 roku wyszedł na ulice – memy stały się rzeczywistością, archetypy z forów i fejsbukowych grupek ożyły. Na chwilę granice między tym, co dzieje się na Instagramie i Facebooku, a tym co dzieje się na ulicach, zostały zawieszone. W tym samym czasie, gdy w wyszukiwarkach rosła liczba zapytań o piosenkę Cypisa i możliwość kupna maseczki z antyrządowym hasłem, proporcjonalnie w dół leciały notowania partii rządzącej. Karnawał skończył się jak to karnawał, ale niektóre symbole i memy – jak osiem gwiazdek – weszły już do kultury. Zaś platformy społecznościowe okazały się gościnną przestrzenią dla tego buntu. Dla konserwatywnych rządów i polityków – wręcz przeciwnie.

Protest kobiet, listopad 2020, Kraków. fot. praszkiewicz/Shutterstock.com.

Nic dziwnego, że na reakcję też nie trzeba było długo czekać. 

W styczniu polskie Ministerstwo Sprawiedliwości postanowiło zająć się regulacją Facebooka, który w ocenie prawicy jest za „lewacki”. Zresztą jak wszystkie mainstreamowe media społecznościościowe. Jako alternatywa powstała Albicla – polski, nazwijmy to, „odpowiednik” platformy Zuckerberga. A prawicowcy zaczęli zastanawiać się, czy uciekać na Gaba, Parlera czy jeszcze inną egzotyczną platformę wolną od politycznej poprawności.

Owszem, wizja ministra Ziobry do spółki z redaktorem Sakiewiczem rzucających wyzwanie globalnemu gigantowi budzi więcej śmiechu niż prawdziwego zainteresowania. Bo też wydaje się równie poważna, co powrót Cezarego Trybańskiego do NBA i gwiazdka Michelin dla zapiekanek z dworca w Sosnowcu. Ale ci, którzy mieli doskonały ubaw z prawicowych rozterek, przeoczyli sedno sprawy. 

Prawica zauważyła realny problem i postawiła trafną diagnozę. Internet wielkich społecznościowych platform w rodzaju Facebooka, Twittera i YouTube’a może być dla konserwatystów coraz mniej przyjaznym miejscem, a cyfrowi giganci rzeczywiście zdobywają bezprecedensową władzę nad debatą publiczną, która za nic ma tradycyjne granice i narodową suwerenność.

Chaotyczna, gwałtowna, pospieszna reakcja na protesty 2020 roku, zamieszki na Kapitolu i w końcu „cyfrowy impeachment” Donalda Trumpa nie wynikała jednak z niezrozumienia tego, co tu się dzieje i jak to wszystko działa. Przeciwnie – wynikała dokładnie z tego, że na oczach prawicy spełnił się koszmar, którego obawiali się i przed którymi przestrzegali latami. 

Zaczynają przegrywać „internety”, a na szyi zaciska im się pętla politycznej poprawności, którą łatwo nazwać cenzurą. 

To koniec pewnej epoki. 

Internety czasów Ziemkiewiczów, Rachoniów i Benów Shapiro

W poprzedniej dekadzie mieliśmy do czynienia z tak naprawdę dwoma ważnymi globalnymi megatrendami. Platformy społecznościowe dojrzały i urosły do postaci znanych nam dziś gigantów, zmieniając po drodze tuzin dziedzin naszego życia: zakupy, randki, przyjaźnie, a przede wszystkim masową komunikację. A świat tych nowych platform lepiej zaczęły wykorzystywać politycznie siły – mówiąc najogólniej – prawicowe. 

Nie wikłając się w długą i często bezcelową dyskusję na temat tego, co jest „prawdziwą” prawicą, przyjmijmy na potrzeby tego tekstu podział na osi konserwatyzm – liberalizm. Za lewicę uznajmy amerykańskich demokratów, a w polskich realiach klub Lewicy i Koalicji Obywatelskiej, zaś za prawicę amerykańską republikanów, a polską Zjednoczoną Prawicę z PiS.

U progu poprzedniej dekady, gdy prezydentem w USA był Barack Obama, a polskim premierem Donald Tusk, co bystrzejsi konserwatyści spostrzegli dla siebie szansę, jaką dawał internet. Świat przeżywał swój liberalny moment, euforia związana z wyborem pierwszego niebiałego prezydenta USA była powszechna, a media głównego nurtu (przynajmniej tak widziała to prawica) dalej serwowały czytelniczkom i widzom ten sam zamknięty zbiór politpoprawnych komunałów. 

Tymczasem w internecie, gdy w siłę rosły polityczne blogi, stosunkowo nowy YouTube kształtował format dziennikarstwa obywatelskiego i vlogerstwa, a Twitter łączył światy polityków, dziennikarzy, komentatorów-amatorów i przypadkowych trolli – można było powiedzieć wszystko! Grupa odbiorców dla nowych treści szybko rosła, a jeszcze szybciej spadały koszty związane z postawieniem swojego internetowego medium. Wystarczyło założyć stronę na fejsie albo kanał na YouTube. 

Żaba Pepe - mem, który zaczęła wykorzystywać skrajna prawica

Dlaczego upodobała to sobie prawica? Bo częścią tożsamości konserwatystów jest przekonanie, że mainstream czy „salon” jest im wrogi, a debata publiczna zdominowana jest przez liberalno-lewicowy światopogląd, nawet jeśli większość wyborców wcale go nie podziela. Nieważne czy i w jakich okolicznościach to prawdziwa teza – ważne, że prawica rzuciła się do budowania swoich tytułów, tworzenia kanałów i promowania osobowości medialnych. Ten wysiłek przyniósł bardzo wymierne efekty i ułatwił serię sukcesów globalnej prawicy po roku 2015: od Wielkiej Brytanii, przez Polskę po Brazylię i USA. 

Gdy liberałowie i lewica funkcjonowali jeszcze w starym paradygmacie, gdzie liczy się prasa i opinie gadających głów w telewizji, prawica żyła już internetem. Ruchy budzące u dziennikarzy dużych gazet politowanie lub ignorowane przez główny nurt – jak Solidarni 2010 w Polsce czy Tea Party w USA – funkcjonowały już w zupełnie innym obiegu medialnym. Obiegu rozpiętym między Twitterem, YouTubem, półamatorskimi portalami, blogami i kanałami zbudowanymi wokół wyrazistych osobowości. Co więcej obieg ten coraz bardziej rósł w siłę. Pozwolił „niedrukowalnym” osobom zdobyć niesłychaną popularność i wpływ na rzeczywistość. Najlepszym na to dowodem jest Trump, z którego politycznymi opiniami nie liczyłby się nikt, gdyby pozostał wyłącznie telewizyjnym celebrytą udzielającym czasem komentarzy dla tabloidów. 

To rozwój platform dał też sens „mediom tożsamościowym” u ich początku – czy będzie to polski portal wPolityce, czy Breitbart News w USA. Crowdfunding pozwolił zarabiać poza głównym nurtem dzięki wierności czytelników i słuchaczek, przekonanych że od ich zaangażowania i hojności zależy przyszłość bliskich ich sercu politycznych i medialnych inicjatyw. Prawica była przekonana, że musi stworzyć sobie „drugi obieg” i faktycznie to zrobiła. 

Media społecznościowe rzeczywiście stały się polem sporych sukcesów prawicy. Po pierwsze politycznych, bo jednak w wielu krajach udało się dzięki nowym platformom wypromować kandydatów: od Salviniego we Włoszech przez Kukiza po Trumpa, którzy nie mieli sojuszników w tradycyjnych mediach. Można dyskutować oczywiście, na ile „magia memów” pomogła Trumpowi wygrać wybory. Faktem jednak jest, że kandydaci nie budzący oddolnego zainteresowania i przegrywający walkę o internety – czy była to Hillary Clinton, czy Bronisław Komorowski – przegrali też swoje kampanie.

Po drugie jednak, co może nawet ważniejsze, przez lata to raczej prawica wygrywała na platformach społecznościowych wojny kulturowe. Była bardziej innowacyjna, stworzyła od zera całe zjawiska – od „żołnierzy wyklętych” po QAnon – i doprowadziła do tego, że konserwatywne i reakcyjne idee znów były punkowe. Młodsze pokolenie po raz pierwszy od wielu lat głośniej wyrażało konserwatywne postawy. Na tle nudnego liberalno-demokratycznego głównego nurtu nie było zresztą trudno szokować skandalistom alt-rightu, a globalna publiczność była głodna nowych idei, łamania konwencji i autentyczności. 

Protest w Bukareszcie w Rumunii, lipiec 2020, fot. M.Moira / Shutterstock.com

Kolejne analizy pokazywały, że najbardziej angażujące treści w internecie w pochodziły w większości z konserwatywnych kanałów. Algorytmy grające na polaryzację, promujące skandal i karmiące się oburzeniem hojnie wynagrodziły Ziemkiewiczów, Rachoniów i Benów Shapiro tego świata. 

Nic jednak nie trwa wiecznie. 

Czy Facebook nie lubi prawicy?

Nie ma oczywiście żadnego obiektywnego miernika ani przejrzystej skali, która pozwala to łatwo zmierzyć. Ale wiele wskazuje, że czas wielkich sukcesów prawicy w sieci i jej dominacji na nowych platformach może się kończyć. I to z dwóch odrębnych powodów. 

Po pierwsze: dokręcania śruby przez same społecznościówki, które po zablokowaniu Donalda Trumpa zyskały nowy mandat do cenzurowania kontrowersyjnych treści. Po drugie z powodu pokoleniowej zmiany. „Nowe” platformy sprzed dziesięciu lat najlepszy czas rozwoju mają dawno za sobą. Dziś świeższe apki i usługi przejmuje generacja o dużo bardziej lewicowych czy progresywnych poglądach. 

Konserwatyści od lat narzekają na to, że są traktowani nie fair przez wielkie platformy społecznościowe, i że te mają antyprawicowe skrzywienie. Powie tak i Sebastian Kaleta z Solidarnej Polski (jak w niedawnym wywiadzie dla Spider’s Web+), ale powie tak i senator Ted Cruz czy dowolny inny amerykański republikanin podczas przesłuchania Marka Zuckerberga w Kongresie. Społecznościówki bronią się, pokazując regulaminy i liczby, z których ma wynikać, że bany i cenzura nie mają żadnego politycznego i ideologicznego skrzywienia

Jednak szefom wielkich amerykańskich firm technologicznych coraz trudniej ukryć, że ich wartości i poglądy rzeczywiście pokrywają się z agendą partii demokratycznej. W badaniu pracowni Pew Research Center 90 proc. republikanów powiedziało, że social media są uprzedzone wobec konserwatystów – i to nie zaskakuje. Ale uważa tak (że platformy cyfrowe są nieprzychylne wobec prawicy) także ponad połowa wyborców demokratów! 

W ostatniej kampanii wyborczej Dolina Krzemowa wsparła mocniej Joe Bidena przeciwko Donaldowi Trumpowi niż jakiegokolwiek innego kandydata przed nim. Wielkie firmy liczą na łaskawość ze strony kolejnej administracji w postępowaniach antymonopolowych, zaś ta dla odmiany żąda od nich mocniejszej regulacji treści w imię walki z dezinformacją. I jasne jest, że nikt w obsadzonym przez demokratów Białym Domu nie będzie płakać, jeśli w cenzorskie młyny przy okazji wpadnie (i zostanie zmielonych) trochę kont trumpistów i prawaków

Joe Biden podczas kampanii wyborczej, fot. Matt Smith Photographer/Shutterstock.com

– Po raz trzeci w ostatnich miesiącach amerykański Kongres wezwał na przesłuchanie szefów platform społecznościowych. Oczywistym celem tych przesłuchań jest przymuszenie ich do ściślejszej cenzury – pisał niedawno dziennikarz Glenn Greenwald. Jego zdaniem demokraci w Kongresie nie ukrywają, że ich ostatecznym zamiarem jest uzyskanie kontroli nad tymi platformami w sieci. Politycy bowiem powołują się na walkę z dezinformacją, ale widzą ją wyłącznie po stronie swoich przeciwników.

Greenwald przekonuje, że Partia Demokratyczna dąży do swego rodzaju zjednoczenia władzy medialnej i kulturowej w jednym froncie, w skład którego wchodzą wielkie korporacje technologiczne, prasa, aparat bezpieczeństwa narodowego i politycy lewicy. 

Podobne tezy wygłaszał także niedawno Thomas Frank, publicysta i autor legendarnej książki „Co z tym Kansas?”. I co ważne, obu tych krytyków sojuszu demokratów z Doliną Krzemową trudno posądzić o to, że zabierają głos z powodu swojej sympatii do Trumpa czy ze względu na konserwatywne poglądy. 

Takiej krytyki nie trzeba wcale szukać daleko. I w Polsce po banach na Trumpa okładki tygodników prawicy straszyły wszechwładzą wielkich platform cyfrowych. „Czy polityczne interesy wielkich korporacji wymuszą cenzurę w internecie?” – pytała „Gazeta Polska”. „Do Rzeczy” umieścił zaś na okładce wizerunek Trumpa z ustami zaklejonymi taśmą izolacyjną, na której widnieją logotypy Twittera, Facebooka czy YouTube’a. Temat numeru: „Medialni oligarchowie cenzurują konserwatystów” (Tygodnikowi „Do Rzeczy” w ogóle w tej kategorii należy się osobne wyróżnienie, bo już w 2018 roku dawał znać na okładce, że „Facebook nie lubi prawicy”). 

Na prawicy emocjonalnie obserwowano proces usunięcia aplikacji sieci społecznościowej Parler ze sklepu Apple i serwerów należących do Amazona po zamieszkach na amerykańskim Kapitolu. Parler został odesłany w niebyt (choć wygląda na to, że z niego wróci), choć prędko później wyszło na jaw, że to inne kanały w większym stopniu pomogły organizować się demonstrantom i bojówkarzom w Waszyngtonie. W odpowiedzi na te wszystkie wydarzenia także i polscy konserwatywni komentatorzy zaczęli na głos pytać, czy prawica odejdzie ze świata Big Tech i czy ma dokąd? Oczywiście założenie przez Tomasza Sakiewicza serwisu Albicla jako odpowiedź na Facebooka jest póki co budzącym politowanie lokalnym kuriozum. 

Ale może to zwyczajnie zła odpowiedź na całkiem dobrze postawione pytanie? 

Mit o cenzurze i prześladowaniu prawicy przez platformy społecznościowe jest – jak każdy mit polityczny – trochę przesadzony. Jak się niedawno okazało, Facebook wcale nie spieszył się ze zbanowaniem Alexa Jonesa, człowieka przy całym swoim kolorycie zwyczajnie opętanego paranormalnymi wizjami i wciskającego swoim fanom „cudowne” suplementy diety na wypadek nadchodzącej apokalipsy. Przez lata to konserwatyści cieszyli się większym zasięgami w społecznościówkach. 

 class="wp-image-17155"/><figcaption>Alex Jones, podczas antyrządowych protestów w Teksasie, w kwietniu 2020 roku, fot. Vic Hinterlang /<a rel="noreferrer noopener" target="_blank"
Alex Jones, podczas antyrządowych protestów w Teksasie, w kwietniu 2020 roku, fot. Vic Hinterlang /Shutterstock.com

Ale nie jest też tak, że teza o liberalno-lewicowym skrzywieniu Doliny Krzemowej nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Platformy nie są ślepe na ideologie i poglądy, podobnie jak ich szefowie. A ci też uważnie śledzą, skąd wieje wiatr i interesują się, czym mogą zapunktować w politycznym i medialnym głównym nurcie. 

Polityka zamiast sweetfoci 

A w tym nurcie widać zmianę oddolną. Nowa generacja wchodząca w dorosłość jest bardziej progresywna. Dobrze można zaobserwować tę zmianę na przykładzie chociażby Instagrama. Ten bowiem od jakiegoś czasu ewoluuje w stronę platformy informacyjnej, gdzie infografiki, doraźne treści społeczne czy porady utrzymane w nurcie self-help coraz mocniej rozpychają się na targowisku próżności, pośród zdjęć jachtów i ekstrawaganckich śniadań, które do niedawna były wyznacznikiem instagramowego życia. 

O ile na Facebooku karierę zrobił taki Sławomir Mentzen i jego „filozofia xD”, tak na Instagramie klucz do sukcesu skradły feministyczne infuencerki i konta w skrótowej, wizualnie atrakcyjnej formie prezentujące zredukowaną do łatwych do przełknięcia pigułek wiedzę o psychologii, ruchach społecznych, prawach mniejszości i tak dalej. Na przykład konto Ewy Bujacz, czyli @lewogram.

Bujacz sama o sobie na IG pisze tak: „Zajmuję się leczeniem zaburzeń psychicznych dzieci, walką z patriarchatem, klnięciem na kapitalis i chwaleniem się, że jestem weganką 🌱🏳️‍🌈”. Lewogram ma niemal 80 tys. obserwujących – więcej niż oficjalne konto koalicyjnego klubu lewicy na Instagramie (59 tys.) i blisko czterokrotnie więcej niż jedna z najbardziej medialnych posłanek, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk (18 tys.). Dziś to już nie prawica wie najlepiej, jak odnaleźć się wśród algorytmów polaryzacji i oburzenia.

A takich instagramerów jak Bujacz jest coraz więcej. Na tyle dużo, że memy przeciwko Konfederacji i za kolektywem Stop Bzdurom z łatwością osiągają większy zasięg niż nawet bardzo popularna polityczka czy działacz partyjny. W tej konkurencji nawet zaś biegli w social-media politycy prawicy złapali już zadyszkę.

Można dyskutować, dlaczego tak jest i co ma to wspólnego z genderowym podziałem w polityce (mężczyźni głosują na prawicę, kobiety na lewicę) i rozkładem kompetencji komunikacyjnych w społeczeństwie. Ale fakt jest taki, że o ile w poprzedniej dekadzie ruchy prawicowe radziły sobie lepiej w platformach społecznościowych, tak dziś wystarczy spojrzeć, jaką popularność w tych samych kanałach zdobył Strajk Kobiet w Polsce czy Black Lives Matter w USA.

Wiele mówiące są też losy marki tygodnika „NIE” w Polsce i jego naczelnego Jerzego Urbana, który przez całe dziesięciolecia funkcjonował na kompletnym marginesie. Dziś NIE po latach niesławy jest prawdziwą memiczną mekką dla pokolenia Z. Zaś Jerzy Urban cieszy się niemałych rozmiarów internetowym kultem. To arcyciekawy drugi biegun teorii o tym, że internet radykalizuje młodych ludzi na prawo, a polska sieć jest zdominowana przez kanapowych żołnierzy wyklętych i absolwentów szkoły „zaorania lewaka”. 

Badania społeczne potwierdzają tę zmianę. W niedawnym sondażu postaw politycznych Polaków, które CBOS przeprowadza cyklicznie od lat, po raz pierwszy od 2003 roku (!) większość najmłodszych głosujących zadeklarowała poglądy lewicowe. Wskaźnik poparcia dla wartości lewicowych w grupie wiekowej 18-24 lata wyniósł 30 procent „i jest najwyższy od początku lat 90.” – poinformowała pracownia. 

Jednocześnie spływają inne informacje, które doskonale rymują się z tym trendem. Opinia badanych o Kościele jest najgorsza w historii prowadzenia tych statystyk w III RP. Po raz pierwszy odsetek krytyków roli Kościoła przewyższa zwolenników. Po zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego w listopadzie dziś 73 proc. Polek i Polaków chce jego liberalizacji – przy czym większa część z nich chce swobodniejszego prawa aborcyjnego niż dotychczas, a powrót do tzw. „kompromisu” jest na drugim miejscu. Dużo bardziej postępowe poglądy mają tu nie tylko wyborcy Lewicy i PO-KO, ale i Konfederacji. Jeżeli to jeszcze za mało dowodów, to wisienką na torcie są świeże wyniki sondażu poparcia dla partii (również CBOS), gdzie w najmłodszej grupie wiekowej partia rządząca zdobywa… całe dwa procent

Nie trzeba wiele wysiłku, żeby dodać dwa do dwóch i zrozumieć, dlaczego prawica będzie miała na platformach społecznościowych pod górkę. A przynajmniej dlaczego tak uważa. Coraz większa rola nowych kanałów w komunikacji politycznej, ściślejsza moderacja i pokoleniowy przechył w lewą stronę oznaczają, że konserwatyści i prawica rychło mogą zostać zmuszeni do defensywy. 

I to w grze prowadzonej na cudzych warunkach. 

Poznaj ocenzurowanych lewaków

Trudno się więc dziwić, że dziś prawica widzi większe zagrożenie ze strony Big Tech i bije na alarm. Fantazje o globalnym lewicowym totalitaryzmie i zepchnięciu choćby umiarkowanych konserwatystów do podziemia to przesada. A ci, którzy najgłośniej krzyczą „Orwell!”, sami pomysły rodem z „1984 roku” nie raz chętnie promowali. 

Team Trump w aplikacji Parler, fot. Steve Heap/Shutterstock.com.jpg

Jednak po zbanowaniu Donalda Trumpa, faktycznej wojnie o suwerenność Facebooka z Australią czy usunięciu Parlera pod wpływem politycznej presji nie można udawać, że nie zmieniło się nic. Granice między władzą państwa, mandatem demokratycznie wybranych polityków, wolnością słowa i cenzurą zmieniają się błyskawicznie i płynnie. 

Ciekawym rewersem tej sytuacji jest to, że dziś bezprecedensowe zagarnianie władzy przez wielkie korporacje dokonuje się przy pasywnej akceptacji demokratów i lewicy. Czyli tej samej siły politycznej, która ma (a przynajmniej powinna mieć) w swoim DNA walkę z monopolami, uzurpacją władzy przez prywatny biznes i niekontrolowaną potęgą globalnego kapitału. 

Zgodnie z zasadą „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” ci sami demokraci i lewicowcy, którzy w normalnych okolicznościach byliby niezwykle zaniepokojeni narzędziami cenzury, jakie zgromadziła w swoich rękach grupa GAFA, ignorują to zagrożenie.

Choć przecież i ich ono dotyka. Amerykański dziennikarz i publicysta Matt Taibbi prowadzi od kilku miesięcy cykl „Poznaj ocenzurowanych”, w którym przedstawia sylwetki skrajnych lewicowców, feministek, libertarian czy innych radykałów dotkniętych przez korporacyjną lub algorytmiczną cenzurą. W niełaskę algorytmów i decydentów z kalifornijskich biurowców wpadli ostatnio socjaliści-trockiści z World Socialist Web Site. W Polsce zaś do sądu z Facebookiem poszła zaś ostatecznie wielokrotnie banowana Społeczna Inicjatywa Narkopolityki. 

Morał tych wywiadów i tekstów nie jest taki, że walce z dezinformacją i fake newsami dobre korporacje karzą tylko Trumpa i jego trolli. Zasadniczy problem dotyczy tego, że od decyzji podejmowanych w Dolinie Krzemowej zależy kształt debaty publicznej i kto może w niej uczestniczyć.

Naprzemienne ograniczanie głosu jednych, a następnie drugich przy pomocy coraz bardziej wyrafinowanych narzędzi tylko tę patologię pogłębia. A każde wahadło ostatecznie wybija w drugą stronę. 

Dziś przekonuje się o tym globalna prawica, ale i ona kiedyś wróci do władzy, a dzisiejsi rządzący do opozycji. I role mogą się z łatwością zamienić. 

---

Jakub Dymek – kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym”. Związany z tygodnikiem Przegląd". Wątek sukcesów medialnych i komunikacyjnych prawicy w minionej dekadzie rozwija w książce z 2018 roku „Nowi Barbarzyńcy”. Można go również czytać na portalu Substack.

Ilustracja tytułowa: Marck Zuckerberg, konferencja VIVA Technologies, Paryż 2018, fot. Frederic Legrand-COMEO/Shutterstock.com.