SW+

Dziś już wiadomo, że niekoniecznie najsilniejsi przetrwają - mówią nam autorzy książki „Społeczeństwo współpracy”

Być może książka dwojga polskich naukowców, którzy udanie budują swoje kariery w Stanach Zjednoczonych, pozostałaby w sferze zainteresowań tylko ich kolegów po fachu. Ale „Społeczeństwo współpracy” zostało wydane w środku pandemii. Nagle ta opowieść o tym, jak dzięki nowym technologiom inaczej współdziałamy, zyskała zupełnie nowy wymiar.

Futurolog Aleksandra Przegalińska i profesor ekonomii oraz socjolog Dariusz Jemielniak od lat zajmują się kwestiami wpływu nowych technologii na społeczeństwo. Tak właśnie jako naukową rozprawkę można by czytać ich wspólną książkę „Społeczeństwo współpracy”. Tyle że ukazała się ona w środku pandemii, lockdownu i zachęt do społecznej izolacji, czyli momencie wręcz idealnym do sprawdzenia zawartych w niej tez. 

Nowy typ społeczeństwa, o którym piszą Przegalińska i Jemielniak, mogliśmy zacząć obserwować w przyspieszonym tempie na nas samych. Autorzy piszą choćby o ruchu DIY (Do It Yourself – zrób to sam) w nauce, czyli oddolnym majsterkowaniu przy biologii, biohakowaniu, eksperymentowaniu z naukami technicznymi ignorującemu obowiązujące akademickie praktyki. Brzmi to mocno teoretycznie, jednak wraz z pandemią tysiące domorosłych naukowców zaczęło eksperymentować choćby z budową tańszych respiratorów.

Opisują crowdfunding, czyli finansowanie przedsięwzięć nie przez inwestorów, a zwykłe osoby. W czasie pandemii okazało się to jedną z ważniejszych strategii finansowego przetrwania dla wielu artystów i biznesów. Analizują zjawisko antynauki i zaniku zaufania do naukowych autorytetów. I nagle widzimy, jak do ruchu antyszczepionkowców dochodzą ludzie rozprzestrzeniający przeróżne teorie wokół wirusa i sieci 5G. Autorzy zastanawiają się, czy armia internetowych botów przyczynia się do lepszej społecznej współpracy. Równolegle obserwujemy, jak firmy zaczynają masowo inwestować w chatboty, by zastąpić nimi kontakty pracowników z klientami. 

Weryfikując tezy Jemielniaka i Przegalińskiej na żywo, odczytuje się tę książkę mniej jako naukową pozycję, a bardziej świadectwo zmian, w których sami uczestniczymy. Według naukowców prowadzą one może i krętą drogą, ale jednak w konkretnym kierunku. Technologie mają nam tak ułatwiać komunikację, kooperację, wymianę wiedzy i usług, a nawet współkonsumpcję, by wyłonił się nowy typ społeczeństwa: tytułowe „społeczeństwo współpracy”. 

Po kilku tygodniach drastycznego lockdownu, po dosyć bałaganiarskim odmrażaniu gospodarki funkcjonujemy dziś nie tyle w „nowej normalności”, co raczej dziwnym stanie zawieszenia między światem sprzed pandemii a ciągłym oczekiwaniem na powrót zachorowań i restrykcji. Czy czujemy, że nowe technologie nas przez tę sytuację przeprowadzają i są faktycznym wsparciem? Czy jednak doprowadzają do większej alienacji jednostek, zapewniając tylko ułudę kontaktów z innymi? 

„Społeczeństwo współpracy”, Dariusz Jemielniak, Aleksandra Przegalińska, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2020.
Książka dostępna w wydaniu papierowym.

Twoja i Aleksandry Przegalińskiej książka była pisana przed wybuchem epidemii. Ale nie da się jej czytać, nie przepuszczając przez filtr tego, co pokazały nam ostatnie miesiące. Gdybyś miał ją pisać dzisiaj, co byś w niej zmienił? Jakie tezy zweryfikowała rzeczywistość?

fot. Borys Kozielski

Dariusz Jemielniak*: Na pewno jest ogromna akceleracja tego, o czym pisaliśmy. Spodziewaliśmy się, że przechodzenie w stronę społeczeństwa współpracy to będzie proces płynny, a nagle okazał się skokowy. Jednej kwestii nie podkreśliliśmy wystarczająco mocno: roli instytucji i otoczenia instytucjonalnego dla rozwoju społeczeństwa współpracy. Widać to było choćby w wybuchu oddolnej produkcji respiratorów. Z dnia na dzień powstało ok. 20 zaawansowanych projektów drukowania respiratorów w technologii 3D z możliwością dołożenia do nich silniczka. Dzięki temu pojawiły się alternatywy tańszych i bardziej dostępnych dla służby zdrowia urządzeń. Z jednej strony to wspaniałe, że ludzie sami się tak skrzyknęli w ekstremalnej sytuacji i dzięki temu pojawiły się opcje wyprodukowania sprzętu ratującego życie ludziom za 300 dolarów. Szczególnie, że ten profesjonalny kosztuje 10 razy więcej. Tyle że pojawia się pytanie: czy te tańsze aby na pewno będą wystarczające? Która opcja w danym momencie jest lepsza: tani, tymczasowy sprzęt czy drogi, ale porządny? I okazuje się, że w naszym społeczeństwie współpracy jest problem, bo nie ma kto zdecydować w tak ważnych kwestiach. Musimy się nadal posługiwać tradycyjnym systemem hierarchicznym. Bo choć w społeczeństwie współpracy rozwinęła nam się kultura tworzenia i nauki obywatelskiej, to brakuje instytucji oceniających, które z tych inicjatyw są faktycznie cenne. To jest ewidentna słabość tego nowego typu społeczeństwa. Zresztą nie jest to jakaś nowa słabość. Dotychczas jednak nie pojawiały się aż tak wymagające problemy do oceny, mające silny potencjał niebezpiecznego wpływu na życie ludzi.


W początkach pandemii z pewnym zachwytem obserwowaliśmy szeroki, społeczny zryw. To były nie tylko inicjatywy budowy respiratorów, ale też organizowały się grupy pomocowe sąsiadów, jak choćby Widzialna Ręka oferująca wsparcie w przetrwaniu lockdownu. Tysiące ludzi zaczęło szyć maseczki, drukować w 3D przyłbice, wspierano lekarzy, robiono zakupy osobom starszym. I oczywiście wiele z tego było możliwe dzięki internetowi.  Tyle że wszystko to nie jest jakąś nowością.

Dokładnie tak. Ta skłonność do współpracy to jeden z wyróżników gatunkowych ludzi, bardziej odróżniający nas od innych zwierząt niż nawet przeciwstawne kciuki. Kilka lat temu głośna była praca amerykańskich antropologów-ewolucjonistów, która wprowadziła wyrażenie „survival of the friendliest”, czyli „przetrwają najprzyjaźniejsi”. Jest tak, że mamy naturalną preselekcję do kooperacji. Możemy o tym zapominać, gdy myślimy o skrajnych momentach wojny czy drapieżnego kapitalizmu. Wtedy widać koncepcję „przetrwania najsilniejszych”. Ale jednak koniec końców większość ludzi nie uczestniczy przez całe życie w konfliktach. Wręcz przeciwnie – jesteśmy raczej zorientowani na współpracę z niespokrewnionymi osobami, pomoc nieznajomym. I na przykładzie pandemii widzimy, że ta naturalna wrodzona skłonność jest o wiele silniejsza niż kapitalistyczne przekonanie, że kierujemy się głównie interesem ekonomicznym. Pytanie, jakie sobie teraz stawiamy, to nie tyle, czy umiemy współpracować, a raczej czy społeczeństwo współpracy dzięki łatwiejszemu komunikowaniu oferowanemu przez nowe technologie jest w stanie zaproponować coś faktycznie nowego? Jakąś dużą ogólnospołeczną dobrą zmianę? Myślę, że jednak niestety nie. Widzimy to choćby w kwestii katastrofy klimatycznej. Rośnie świadomość problemu, rosną oddolne działania, zwiększają się naciski społeczne, ale samo to nie wystarczy, by faktycznie coś się zmieniło. Choć przecież w radach nadzorczych firm, które opierają się przed zmianami na rzecz ochrony klimatu, są ludzie, którzy dla własnego dobra powinni być żywo zainteresowani tym, by wprowadzić te zmiany. Współczesne społeczne mechanizmy tak są skonstruowane, że konieczne są konkretne instytucjonalne działania. I zastąpienie ich społeczeństwem współpracy póki co nie jest realne. Tak samo, jak Uber nie zostanie nagle zastąpiony przez skrzykujące się oddolnie spółdzielnie kierowców. Powód jest banalny: Uber jest po prostu bardziej optymalny kosztowo.

Dobrze, że wspominasz Ubera. To jeden z przykładów tego, co w książce nazywacie „kapitalizmem platformowym”, czyli modelu, w którym firmy stają się platformami między dostawcami i klientami usług. I choć same usług nie oferują, to ich pośrednictwo daje im najsilniejszą pozycję. Twierdzicie, że szansą na rozbrojenie tego platformowego kapitalizmu jest właśnie nowa siła wspólnoty. I rzeczywiście, gdy wybuchła pandemia, a platformy nagle okazały się być uziemione, pojawiło się sporo głosów, że tak jak poprzedni kryzys dał impuls do powstania „ekonomii współdzielenia”, która szybko zmieniła się raczej w „ekonomię fuch”, tak teraz może nadejść koniec tego modelu, a w jego miejsce pojawi się coś zupełnie nowego. Ale minęło kilka tygodni, zaczęło się odmrażanie i wszystkie te wielkie firmy momentalnie wróciły do życia. Może więc jednak kapitalizm platformowy tak mocno się przyjął, że już z nami zostanie?

Ważne jest by zrozumieć, że Uber, Airbnb i inni co najwyżej przejęli marketingowe hasło „ekonomii współdzielenia”. W ich działaniu nie ma ani współdzielenia, ani nawet nie chodzi o gospodarkę, tylko partykularny zysk konkretnej firmy. A to, że ich działalność pozostaje mniej lub bardziej bez zmian, cóż... Te wszystkie opowieści, że świat już nigdy nie będzie taki sam, możemy sobie między bajki włożyć. Ludzie wykształcili pewne ekwilibrium i Uber, Airbnb i inne firmy z kapitalizmu platform są po prostu przejawem tego stanu. Przykładem jest choćby Amazon, który ma dziś najlepszy na świecie łańcuch dostaw i nie ma co fantazjować, że jakieś oddolne spółdzielnie zrobią to samodzielnie lepiej.

Kilka tygodni temu byliśmy też przekonani, że znacznie silniej przeniesiemy się do cyfrowego świata. Owszem zmiana była spora, ale chyba za wyjątkiem telepracy niewiele z tej wielkiej cyfrowej migracji faktycznie się przyjęło? Co więcej, niektóre z tych udogodnień okazały się być wręcz porażkami, jak e-szkoła.

Bo szkoła tak naprawdę nie służy do nauki, nauka to taki trochę skutek uboczny. To miejsce socjalizacji i budowania kontaktów społecznych. To jak z bibliotekami. Są od tysięcy lat, jest w nich wiedza, ale przyswojenie tej wiedzy nie polega tylko na jej czytaniu. Sam rozwijam platformy naukowe, w Insta.Ling mamy 220 tys. uczniów tygodniowo. To chyba najpopularniejsza dziś platforma wspomagania pracy nauczycieli. I właśnie tym ona jest: wspomaganiem tam, gdzie można tradycyjne procesy wspomóc. Może to poprawić ok. 10 proc. całego procesu, ale na pewno nie zastąpi całej szkolnej instytucji.

Gdy tylko zostały poluzowane obostrzenia, ludzie bez żalu porzucili ogromną część tych cyfrowych wspomagaczy i zaczynają znowu funkcjonować jak dawniej. A może my wcale nie jesteśmy tacy cyfrowi?

Teraz triumfy święci narracja o tym, że jednak społeczeństwo i świat aż tak bardzo się nie zmieniły. I rzeczywiście, lockdown nie wywołał rewolucji, tylko, jak sobie mówiliśmy, mocno przyspieszył procesy, które obserwujemy od lat. Już przed pandemią było widać silną falę przenoszenia wielu tradycyjnych czynności w świat cyfrowy. Zobaczmy, jak wielu młodych ludzi poznaje partnerów w sieci. Dziś to już nie jest jakiś egzotyczny wyjątek, tylko powszechne zachowanie. To jest ogromna zmiana względem tego, co było choćby 20 lat temu. A wtedy przecież też były narzędzia do takich działań. Tyle że społeczeństwo jeszcze nie było gotowe masowo z nich korzystać.

A czy my w ogóle chcemy naprawdę tak mocno przenosić swoje życie do sieci? Wróćmy choćby do wspomnianej grupy Widzialna Ręka. Owszem, ona wciąż ma ok. 100 tys. członków, ale po trzech miesiącach od wprowadzenia społecznego dystansu jest to bardziej grupa ogłoszeniowo-doradcza niż faktyczna platforma dzielenia się zadaniami. Jeżeli coś ona pokazuje, to fakt, że raczej wolimy o rady pytać znajomych, niż szukać profesjonalnej pomocy.

Tu mamy dwa procesy: takiego slacktywizmu, gdzie ludzie poprzez sam udział w pewnych inicjatywach sygnalizują ważne dla siebie wartości, choćby nawet nie wykonali czegoś konkretnego. A drugi to erozja autorytetów, która jest bardzo niebezpiecznym zjawiskiem w społeczeństwie współpracy. Funkcje ekspertów przeniesione zostały na poszerzony krąg znajomych. Kiedyś, gdy mieliśmy wąski krąg znajomości, autorytety brały się z tego, że faktycznie wiedzieliśmy, kto kim jest i na czym się zna. Dziś pytamy nieznajomych i ufamy im wyłącznie w oparciu o naszą subiektywną ocenę. A ta ocena może być zakłamywana choćby przez charyzmę danej osoby. W efekcie niestety mamy płaskoziemców, antyszczepionkowców czy klimatycznych denialistów, którzy rosną w siłę i skrzykują się także dzięki sile społeczeństwa współpracy.

Co więcej, pandemia jeszcze bardziej nakręciła to zjawisko. Nie rozumiemy, czym jest konkretnie ten wirus, co ma wspólnego z 5G i Billem Gatesem. Coraz bardziej poddajemy się nawet fantastycznym teoriom spiskowym.

Ten proces był już wyraźnie widoczny przez pandemią i wynika on przede wszystkim z rozwoju mediów społecznościowych, w których w czasie lockdownu oczywiście spędzaliśmy znacznie więcej czasu. I cóż, osoby z charyzmą, ale niekoniecznie wiedzą zdobyły znacznie większą tubę docieralności. Media społecznościowe mają zresztą tak skonstruowane algorytmy, że większe zasięgi dostają treści budzące emocje niż te faktycznie prawdziwe.

A nie masz jednak poczucia, że mimo rozwoju tych wszystkich technologii, spotkań na Zoomie, telepracy, e-szkoły, zamawiania jedzenia Uberem do domu i grup pomocowych, to jednak w pandemii okazało się, że nigdy nie byliśmy dalej od siebie? Internet zamiast nas ze sobą łączyć tylko wzmocnił społeczną atomizację.

Uciekałbym tu od generalizacji. Jest owszem taka klasyczna socjologiczna teza, że ludzie przez internet przestają mieć faktyczne kontakty społeczne. Moim zdaniem to jednak bzdura. Przecież nie wszystkie kontakty musimy realizować zawsze twarzą w twarz, by niosły za sobą wartość. Pytanie jest inne: co nam poprzez to przeniesienie ich do sfery online umyka? Czy przypadkiem nie znikają możliwości faktycznego poznania nowych ludzi, z którymi nie mieliśmy możliwości spotkać się w realnych warunkach i realizujemy wszystkie kontakty tylko zdalnie? Jest też tak, że niemożliwość widzenia rozmówcy wywołuje pewien kognitywny stres związany z tym, że musimy podjąć większy wysiłek, by domyślić się reakcji osoby, której nie widzimy na żywo. I nawet wideo tego do końca nie kompensuje.

Od tygodni powtarzamy jak mantrę, że cała sytuacja przypomina nam ogromny eksperyment społeczny, na którego przeprowadzenie nie zgodziłaby się żadna komisja etyczna.

Bo tak jest. Ale pamiętajmy jednak, że ten eksperyment przeprowadzono głównie na klasie średniej. I to ją, szczególnie poprzez masową telepracę, najbardziej dotkną zmiany. Klasie robotniczej wszystko wcale aż tak bardzo codziennego życia nie zmieniło. Co najwyżej w pracy kazano ludziom nosić maseczki. A klasa wyższa czy nawet menedżerowie najsłabiej jeszcze do tych zmian dojrzeli. To na barkach klasy średniej będzie teraz konieczność wypracowania ewentualnych nowych modeli współdziałania.

Dariusz Jemielniak - teoretyk zarządzania, profesor nauk ekonomicznych, a także socjolog specjalizujący w badaniu społeczności internetowych. Kierownik Katedry Management in Networked and Digital Societies (MINDS) w Akademii Leona Koźmińskiego. Członek Rady Powierniczej Wikimedia Foundation.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst