SW+

Trwa festiwal kłamstw i insynuacji. Chińczycy i Amerykanie desperacko szukają winnego pandemii

154 interakcji
dołącz do dyskusji

Oficjalnie cały świat ręka w rękę walczy ze wspólnym wrogiem: pandemią. Za kurtyną trwa jednak jeszcze jedna wcale nie taka zimna wojna. To amerykańsko-chińska walka propagandowa o to, kto zostanie zapamiętany jako winny całej sytuacji.

„Jestem nowym wirusem, pochodzę z Chin” zaśpiewały duńskie przedszkolaki w połowie marca w niewinnej, wydawać by się mogło piosence. Ale dziś nie ma niewinnych piosenek. Rymy szybko trafiły na chińskie radary. Jak z satysfakcją doniósł powiązany z Partią Komunistyczną „Global Times”, oburzeni Chińczycy „zalali media społecznościowe wpisami żądającym od duńskiego rządu przeprosin na zachowanie, które znieważa Chińczyków”. Tym znieważeniem były słowa o „chińskim” wirusie. Duńczycy szybko przeprosili i w naprędce skomponowanej nowej wersji piosenki ich dzieci śpiewają już: „Nazywam się Calle, nikt nie wie, skąd pochodzę”.

Może i nikt nie wie, skąd pochodzi wirus, ale nikt też otwarcie nie chce drażnić Pekinu, nikt poza Waszyngtonem.

- Pierwszą ofiarą wojny jest prawda – wypowiedzenie tych słów po raz pierwszy przypisywane jest amerykańskiemu senatorowi Hiramowi Johnsonowi.

Zrobił to w 1917 r., w czasie trwania I wojny światowej. Sto lat później, choć teoretycznie nie jesteśmy w centrum globalnego konfliktu, a topory wojenne wydają się zakopane i mimo pandemii nieprzerwanie delektujemy się sojowym latte, słowa Johnsona są bardziej niż na czasie. W środku pandemii obok walki z wirusem trwa konflikt, w którego centrum jest informacja.

Szachy się rozsypały

Epidemia COVID-19 wybuchła w samym środku pulsującej konfrontacji pomiędzy dominującymi przez ostatnie dekady na światowej szachownicy Stanami Zjednoczonymi i wschodzącą w ekspresowym tempie gwiazdą, a raczej niezwykle trwałą cywilizacją – Chinami. Pierwsi bronią status quo, drudzy chcą szachownicę przewrócić i pionki ustawić na nowo. Najpierw robili to delikatnie, ledwie zauważalnymi krokami. Udało im się uśpić czujność Wujka Sama. Aż niespodziewanie ogłoszony kilka lat temu plan Made in China 2025 zapowiadający, że Państwo Środka stanie się globalną gospodarczą i technologiczną potęgą, okazał się nie być czysto propagandowym dokumentem Partii Komunistycznej, tylko właśnie wywróceniem tego globalnego stolika.

W środku tej rozgrywki pojawiła się pandemia. Nie mogła sobie wybrać lepszego momentu. W Stanach Zjednoczonych wielkimi krokami zbliżają się wybory prezydenckie, więc polityczne nastroje są podkręcone do granic możliwości. Jedno jest pewne, czy będzie to kontynuacja prezydentury Donalda Trumpa, czy też wielki triumf Joe Bidena, to dziś dla obu wróg numer jeden mieszka za Wielkim Murem. Sztabom wyborczym kandydatów nie może umknąć rosnąca wśród Amerykanów niechęć do Chin. Z badania Pew Research Center przeprowadzonego pod koniec kwietnia wynika, że blisko dwie trzecie z nich źle postrzega Chiny. To aż 20 pkt. proc. więcej niż na początku kadencji Trumpa w 2017 r.

Z drugiej strony Chiny są w środku realizacji dalekosiężnego mocarstwowego projektu „Nowego Jedwabnego Szlaku”, który ma przypieczętować dominację Państwa Środka w wielu miejscach globu. Co więcej, od miesięcy zderzają się z amerykańskimi próbami zastopowania tych planów. A to za pomocą wojny celnej, a to ograniczeń nakładanych na Huawei. Tyle że to dopiero COVID-19 realnie zagroził Szlakowi. Dlatego pandemia jest po części na rękę amerykańskiej administracji. To wirus o dziwo może pomóc Stanom zachować status globalnego mocarstwa.

Lekarz psuje obraz Chin

W takim geopolitycznym układzie stawka gry jest niezwykle wysoka. Tak wysoka, że w Chinach do walki wystawiono ciężkie propagandowe działa przekonujące, jak bardzo Państwo Środka jest skuteczne. Jak buduje w ekspresowym tempie szpitale, jak kontroluje zachorowania i jak używa nowych technologii do tego, by powstrzymać pandemię.

Cała ta retoryka posypała się 6 lutego. To wtedy zmarł Li Wenliang, niespełna 34-letni lekarz pracujący w Wuhan. Był jedyną znaną z nazwiska i twarzy chińską ofiarą COVID-19, o której napisał cały świat. Momentalnie stał się też symbolem tego, jak Chiny starały się pandemię wyciszyć. Li już w grudniu wysyłał wiadomości do poznanych w szkole lekarzy, w których informował, że w Wuhan rozprzestrzenia się wirus wywołujący chorobę podobną w objawach do Sars (w latach 2002-2004 epidemia Sars zabiła blisko 800 osób, najwięcej w Chinach). Ostrzegł ich, by nosili odzież ochronną, która zabezpieczy ich przed infekcją. O wszystkim dowiedziała się władza, policja sugestywnie napomniała Wenlianga, by przestał „udzielać nieprawdziwych komentarzy”. Co więcej, objęto go śledztwem mającym wykazać, czy nie „rozprzestrzenia plotek”. Chorobę zdiagnozowano w Wuhan już w listopadzie, jednak władza starała się na początku wyciszyć sprawę, dlatego nie spodobała jej się samowola młodego lekarza.

Li podzielił się swoją historią miesiąc później na Weibo (chiński odpowiednik Facebooka), kiedy był już hospitalizowany. Jego śmierć wywołała istną burzę w chińskiej sieci. Taką, jakiej nie widziano tam od lat. Wiadomość o śmierci lekarza wygenerowała 1,5 miliarda odsłon. Społeczeństwo pogrążyło się w smutku i żalu, narastał gniew i niezadowolenie z rządzących. Władza musiała szybko reagować. Zareagowała tak, jak najlepiej potrafi: cenzurą. 

Komentarze i hasztagi związane ze śmiercią Li Wenlianga masowo zaczęły znikać z sieci. Na celowniku urzędników znalazły się zarówno fakty oraz spekulacje, jak i neutralnie treści opisujące działania władz związane ze zwalczaniem epidemii. Cenzurowano setki kombinacji słów m.in. „targ w Wuhan” czy „odmiana Sars”.

Mimo rozmachu ta strategia nie zadziała. Wkrótce partia komunistyczna zaczęła komunikować się inaczej. Wszczęto śledztwo w sprawie śmierci doktora Li. Szybko poinformowano, że działania służb porządkowych były „niewłaściwe”, a na początku kwietnia władze ogłosiły Li „Męczennikiem” wraz z 11 innymi medykami, którzy zmarli na froncie walki z wirusem. Może i wygasiło to problem, ale nie zamknęło sprawy. To, że konieczna jest zmiana retoryki, widać było już 10 lutego, gdy w chińskiej przestrzeni publicznej po raz pierwszy obwiniono za kryzys epidemiczny przywódcę państwa Xi Jinpinga. Oskarżenie pojawiło się w eseju Xu Zhangrun, profesora prawa na jednym z czołowych uniwersytetów w kraju, opublikowanym na stronie ChinaFile. Wkrótce, oczywiście, na Zhangruna nałożono areszt domowy i odcięto mu dostęp do internetu. Partia zaczęła tracić punkty na własnym podwórku. 

Podobna grafika ukazała się w jednej z duńskich gazeta. Oczywiście wywołała zdecydowany protest Pekinu.

Nakręcająca się spirala gniewu stworzyła zapotrzebowanie na kozły ofiarne, stanowiska stracili Zhang Jin, szef komisji zdrowia z ramienia partii komunistycznej w prowincji Hubei (jej stolicą jest Wuhan), i dyrektor tej samej komisji Liu Yingzi. 13 lutego z posadami musieli pożegnać się przywódcy partyjni prowincji Hubei oraz miasta Wuhan.

Waszyngton tylko na to czekał. A to pojawiła się w Stanach inicjatywa, by zmienić nazwę ulicy w Waszyngtonie, przy której znajduje się chińska ambasada, na Li Wenliang Plaza (obecniePodobna grafika opublikowana w jednej z duńskich gazet też wywołała dyplomatyczny spór z Pekinem, który zaprotestował przeciwko utożsamianiu wirusa z Chinami. nosi nazwę International Place), a to Larry Kudlow, szef Narodowej Rady Gospodarczej USA, stwierdził, że „jesteśmy trochę zawiedzeni brakiem transparentności ze strony Chin”. Niby nie były to jakieś drastyczne działania, ale trzeba czytać między wierszami, by wyczytać bardzo konkretną informację: Chiny to reżim i zachodni świat nie może wierzyć w szczere intencje Pekinu.

Dowód? Po tym, jak Xi Jinping w trakcie rozmowy z Donaldem Trumpem wyraził chęć przyjęcia pomocy od Stanów Zjednoczonych, szybko okazało się, że były to tylko puste słowa. Chińczycy nie przyjęli żadnej pomocy i nie wpuścili Amerykanów do obszaru objętego epidemią.

A oni jedzą psy!

To już był wystarczający powód, by Amerykanie mogli rozpocząć regularny propagandowy atak na ChRL. Pierwszy cios przyszedł ze strony amerykańskiego Departamentu Stanu. Państwowym mediom chińskim obecnym w USA (np. Xinhua, China Global Television Network) w połowie lutego narzucono dokuczliwe ograniczenia. Od tej pory, aby zakupić jakąkolwiek posiadłość, muszą otrzymać na to specjalną zgodę administracji, nałożono też na nie obowiązek dostarczenia Departamentowi Stanu listy wszystkich pracowników i współpracowników. Powód restrykcji to oczywiście oskarżenie chińskich mediów o szerzenie propagandy Pekinu.

Chiny nie pozostały obojętne i niemal od razu podjęły decyzję o wydaleniu dziennikarzy amerykańskiego dziennika „The Wall Street Journal”, wkrótce dołączyli do nich korespondenci „The New York Times” i „The Washington Post”. Na początku marca Departament Stanu USA podjął decyzję o wydaleniu ze Stanów Zjednoczonych połowy chińskich pracowników mediów ściśle powiązanych z komunistycznymi władzami. Xinhua, chińska agencja prasowa, wydała po tej decyzji oświadczenie, w którym wyraziła oburzenie. Głos zabrał też rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych Państwa Środka Hua Chunying, zamieszczając wpis na Twitterze:

Wzajemność? 29 amerykańskich agencji w Chinach kontra 9 chińskich w USA. Wielokrotny wjazd do Chin vs. pojedynczy wjazd do USA. 21 chińskim dziennikarzom odmówiono wydania wizy od zeszłego roku. USA rozpoczęły grę, zagrajmy.

Napięcie na linii Waszyngton – Pekin rosło, a oliwy do ognia dolała semantyka. 6 marca Mike Pompeo sekretarz stanu określił COVID-19 mianem „koronawirusa z Wuhan”. W ślad za nim poszli republikańscy senatorowie m.in. Kevin McCarthy, którzy zaczęli już powszechnie mówić „chiński koronawirus”. Donald Trump także wszedł gładko w grę geograficznego lokalizowania winnego pandemii i 16 marca po raz pierwszy użył określenia „chiński wirus” na Twitterze. Trzy dni później wypowiedział te słowa na konferencji prasowej. A od tego już był tylko krok do wystąpienia republikańskiego senatora Johna Cornyna, który stwierdził, że: „Należy obwiniać Chiny, ponieważ w tamtejszej kulturze jedzą nietoperze, węże, psy i inne takie rzeczy, a te wirusy są przenoszone ze zwierząt na ludzi, dlatego Chiny są źródłem wielu wirusów, takich jak SARS, MERS, świńska grypa”.

Może to i tylko retoryka, ale zadziałała. Wewnętrzny raport sporządzony dla komunistycznych władz na początku kwietnia przyznał, że w związku z pandemią koronawirusa kraj mierzy się z największą falą globalnej niechęci od czasu 1989 r. Od czasu masakry na placu Tiananmen.

Czyli trzydzieści lat walki z wizerunkiem zamordystycznego reżimu i cała prezydentura Xi poświęcona budowaniu nowoczesnych Chin przepadła w kilka tygodni.

Wycieki z tajnych laboratoriów

Raczej nikt nie jest zaskoczony, że Chiny nie pozostały bierne. 10 marca miały miejsce dwa ważne wydarzenia z perspektywy chińskiej narracji. Tego dnia Xi Jinping odwiedził po raz pierwszy Wuhan. Gospodarska wizyta była jasnym komunikatem dla Chin i całego świata, że sytuacja w mieście została opanowana i fala epidemii będzie już tylko opadać. Drugim było nagłe pojawienie się zaskakującej petycji na stronie Białego Domu. Petycji, która ni z tego, ni z owego wzywała do „ujawnienia prawdziwych powodów zamknięcia Fortu Detrick i jednoznacznego odpowiedzenia na pytanie, czy laboratorium jest jednostką badawczą pracującą nad nowym koronawirusem COVID-19 i czy miał miejsce wyciek tego wirusa”. 

Ale choć jej procedowanie zostało wstrzymane z powodów proceduralnych, to kluczowe było zasianie ziarna niepewności i skierowanie oczu opinii publicznej na Fort Detrick. Miejsce tajemnicze, a skoro tajemnicze to może z pandemią powiązane. W zamkniętej w lipcu ubiegłego roku placówce w stanie Maryland rozwijano przez lata elementy amerykańskiego programu obrony biologicznej a do końca lat 60 nawet broń biologiczną. Nic dziwnego, że od dekad ośrodek rozpalał wyobraźnię Amerykanów, stając się nawet elementem popkultury. Pojawił się nawet w filmie „Dziedzictwo Bourne’a” i miniserialu Netfliksa „Wormwood”. Tym razem aurę tajemniczości wokół ośrodka i błędy popełnione przez jego personel wykorzystali Chińczycy. 

Fort Detrick zamknięty został przez Centra Kontroli i Prewencji Chorób (C.D.C.) w lipcu 2019 r. Według oficjalnej wersji w maju 2018 r. powódź uszkodziła tamtejszą instalację używaną do oczyszczania ścieków z laboratoriów. Szkody doprowadziły do wstrzymania badań na kilka miesięcy i wprowadzenia nowych laboratoryjnych procedur. Podczas inspekcji w czerwcu 2019 r. stwierdzono, że nie były one konsekwentnie przestrzegane. Inspektorzy znaleźli również wycieki niektórych substancji. To, że nie wiadomo, co wyciekło, okazało się być idealną amunicją dla chińskiej narracji o amerykańskim pochodzeniu wirusa. 

Na tak przygotowaną glebę rzecznik MSZ w Pekinie Lijian Zhao rzucił na Twitterze ziarno walki o „prawdę”. „Kiedy pojawił się pacjent zero w USA? Ile osób jest zarażonych? W których szpitalach przebywają? Możliwe, że to amerykańska armia sprowadziła epidemię do Wuhan. Bądźcie transparentni! Upublicznijcie dane! USA są nam winne wyjaśnienia!”

W kolejnych tweetach postawił konkretne pytanie dotyczące ubiegłorocznych zachorowań na grypę w USA, gdzie w 2019 r. na 34 milionów zarażonych zmarło 20 tys. osób. Zhao chciał wiedzieć, ilu spośród nich padło w rzeczywistości ofiarą COVID-19. W chińskich mediach pojawiła się niemal natychmiast spekulacja, że SARS-CoV-2 pojawił się w Wuhan za sprawą amerykańskich żołnierzy, którzy przybyli tam w październiku, by wziąć udział w Światowych Wojskowych Igrzyskach Sportowych. Może i na świecie taka narracja wywołała co najwyżej politowanie i wzruszenie ramion, ale w samych Chinach zadziałała. Społeczeństwo przestało jednoznacznie za pandemię obwiniać partię.

Dyplomacja maseczkowa

Skoro sytuację udało się opanować, to Państwo Środka mogło zacząć walczyć o poprawę opinii na świecie. I znalazło na to idealny sposób, czyli granie na nucie pomocy i przyjaźni w obliczu wspólnego niewidzialnego wroga. Pekin momentalnie zaangażował się w niesienie pomocy na skalę globalną. Chiński sprzęt, testy i medycy pojawiły się na każdej linii frontu: w Kambodży, na Filipinach, w Iranie, Hiszpanii oraz we Francji.

Media na całym świecie obiegły obrazki lekarzy wysiadających z samolotów, które oprócz pomocy specjalistów wprost z Chin wiozły też, jak choćby do Włoch, tony zaopatrzenia medycznego. Gdy północne Włochy zaszokowane skalą zachorowań uginały się pod problemami z zaopatrzeniem, chińscy przyjaciele, jak informował portal China Daily, do Rzymu wysłali wprost z szanghajskiego szpitala Ruijin ciężarówkę zapakowaną 230 pudłami maseczek, strojów ochronnych i testów.

”Maseczkowa dyplomacja” zadziałała. Posypały się podziękowania od władz kolejnych państw i ich służb medycznych. Media i media społecznościowe zasypały dziękczynne wpisy wychwalające solidarność w trudnych czasach.

Zaangażowanie w globalną pomoc zbiegło się w czasie z ważnym dla chińskiej propagandy dniem, otóż 19 marca za Wielkim Murem nie pojawiły się żadne miejscowe przypadki nowych zachorowań (wszystkie 34 osoby, u których stwierdzono obecność wirusa, były obcokrajowcami). Chiny od tej pory przekonują wszem wobec, że wzorowo poradziły sobie z epidemią na swoim terenie. Nie to co te niby potężne i bogate Stany Zjednoczone, gdzie w tym czasie pandemia dosłownie eksplodowała.

Tyle że nie trzeba było długo czekać, by pojawiły się pierwsze rysy na maseczkowej dyplomacji. Chińska pomoc zaczęła się okazywać jednak nie aż tak pomocna i nie bezinteresowna. Już w marcu władze Holandii wycofały z użytku 600 tys. chińskich masek, które nie miały niezbędnych certyfikatów jakości. Hiszpanie, którzy zakupili setki tysięcy zestawów umożliwiających potwierdzenie obecność wirusa w organizmie, musieli wyrzucić ponad 60 tys. z nich do kosza, bo nie nadawały się do niczego. Podwójna próba wykazała, że chińskie testy nie wykazują wymaganej czułości - wskaźnik ten wynosił jedynie 30 proc., podczas gdy powinien 80 proc. 

20 marca Czechy z zachwytem ogłaszały, że sprowadziły z Chin ponad milion maseczek i kilkaset tysięcy testów. 10 dni później rozzłoszczone władze naszych południowych sąsiadów przyznawały, że 80 proc. zakupionych w Chinach testów okazało się wadliwych.

I to samo w Polsce. KGHM w blaskach fleszy wynajmowało największy samolot świata Antonow An-225, by przywieść nim 7 mln maseczek. Premier Morawiecki, dziękował prezydentowi Andrzejowi Dudzie, za to, że na dwa dni przed przylotem transportu telefonował do przywódcy Chin Xi Jinpinga. O rozmowie Dudy z Xi napisały chińskie media. Idealnie wpisało się to w chińską narrację, zgodnie z którą cały świat składa hołd krajowi, który pokonał koronawirusa. Po niecałym miesiącu okazało się, że nie spełniają norm FFP określających stopień filtrowania zanieczyszczeń.

Stany Zjednoczone oficjalnie na tej nucie nie zagrały. Cóż same też niewiele mogą zaoferować reszcie świata. Ale nie powstrzymały przed mniejszymi lub większymi pstryczkami w nos. Taki jak ujawnienie kulisy chińskiej pomocy dla Polski, które niedawno w wywiadzie dla „New York Timesa” ujawniła ambasador Georgette Mosbacher. Opowiadała, że Andrzej Duda wykonał telefon pod presją Pekinu, bo bez niego było by szans na pomoc.

Instytutu Wirusologii w Wuhan

Rząd Trumpa również znalazł tajemnicze laboratorium, z którego rzekomo wyciekł koronawirus. W połowie lutego republikański senator Tom Cotton był pierwszym członkiem establishmentu, który oficjalnie stwierdził, że SARS-CoV-2 pochodzi, a nawet może został stworzony w laboratorium Instytutu Wirusologii w Wuhan. I nie ważne, że eksperci w najważniejszych pismach naukowych zaprzeczają takiej tezie.

Nie przejął się też tym Trump, który z całą mocą swojej pozycji oświadczył, że władze badają sprawę możliwego wycieku wirusa z ośrodka w Wuhan. Przytaknął mu sekretarz stanu Mike Pompeo, który w świetle kamer powiedział, że jest w posiadaniu „ogromnych dowodów” (nie przedstawiając dotychczas żadnych) na to, że COVID-19 wyciekł z placówki w Wuhan. Dodał, że nie wie, czy jego wyciek był dziełem przypadku, bo „Chińska Partia Komunistyczna odmawia współpracy ze światowymi ekspertami ds. zdrowia”.

Jakby tego było mało, prezydent USA pod koniec kwietnia otworzył kolejny front walki. Zagroził, że pozwie Chiny, by wypłaciły miliardy dolarów odszkodowania za straty, które wywołał COVID-19 w gospodarce. I nie jest to czcza gadanina, taka twitterowa dyplomacja, z jakiej znany jest Trump. 23 kwietnia stan Missouri jako pierwszy amerykański stan pozwał Chiny za wyciszanie sprawy, aresztowania sygnalistów i zaprzeczanie zakaźnej naturze koronwairusa, co doprowadziło do nieodwracalnych zniszczeń w skali globalnej.

Wezwania do podjęcia takich kroków pojawiły się w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Australii. Reakcja dyplomatów chińskich na całym świecie była stanowcza, zarzuty określili jako bezpodstawne pomówienia napędzane nacjonalizmem. Ale dyplomacja sobie a nastroje w kolejnych rządach i społeczeństwach sobie.

Wzrost antychińskich nastrojów dobitnie pokazało ostatnie posiedzenie Światowego Zgromadzenia Zdrowia w ramach Światowej Organizacji Zdrowia. Swoje wpłaty na WHO zamroziły jakiś czas temu Stany Zjednoczone po tym, jak Trump oskarżył tę organizację o uleganie wpływom Pekinu. Świat powinien więc z zachwytem przyklasnąć prezydentowi Chin, który zapowiedział przekazanie WHO 2 mld dolarów na walkę z koronawirusem w Afryce i wysłanie tam chińskiej pomocy medycznej.

Oklaski okazały się być jednak nad wyraz skromne. Znacznie bardziej przebiły się głosy za wszczęciem niezależnego dochodzenia w sprawie wybuchu pandemii w Wuhanie. I to nie tylko ze strony USA. Powołanie komisji poparły Unia Europejska, Rosja, Turcja i wiele krajów afrykańskich.

O co toczy się gra

Dlaczego tak szczegółowo przypominamy wydarzenia z ostatnich kilku miesięcy?

Bo, kiedy świat szuka szczepionki, eksperymentuje z aplikacjami do śledzenia zachorowań, zamyka i odmraża gospodarki, tworzy plany zapanowania nad nadciągającym kryzysem, średnio ma czas, by przyglądać się konfliktowi dwóch mocarstw rozgrywanemu ponad naszymi głowami.

A to błąd. Bo ten konflikt na płaszczyźnie informacyjnej pomiędzy Chinami a USA podszyty jest chęcią osiągnięcia konkretnych celów. Wzajemne obwinianie się o wywołanie globalnego kryzysu ma na celu przykrycie błędów popełnionych w obu krajach na początku pojawienia się epidemii. Chiny starały się zamieść niewygodny temat pod dywan. A gniew chińskiego społeczeństwa postanowiono przekierować na dającego w ostatnim czasie wiele pretekstów do wrogości przeciwnika, którym są Stany Zjednoczone. Sprawę ułatwiała część waszyngtońskiego establishmentu, która nie stroni od rasistowskich komentarzy pod adresem Chińczyków.

Puste ulice Nowego Jorku podczas walki z pandemia.

Z drugiej strony bagatelizowanie skutków epidemii - na jakże ważnym początkowym stadium jej rozwoju - przez Trumpa, może kłaść się cieniem na jego kandydaturze w jesiennych wyborach. Wymknięcie się koronawirusa spod kontroli godzi w mit skutecznego biznesmena rozgrywającego umiejętnie potyczki na każdej płaszczyźnie. Obarczanie winą Pekinu ma na celu wywołać efekt społecznej amnezji, dzięki której Amerykanie szybko zapomną o lekkomyślnym podejściu prezydenta.

- Amerykańska administracja chce oderwania gospodarki światowej od Chin i sprowadzenia produkcji oraz elementów przewagi technologicznej na obszar Stanów Zjednoczonych - ostro ocenia geostrateg Jacek Bartosiak.

Jest to wysoce przemyślana strategia, bo Chiny przestały być producentem tanich podróbek, a stały się poważnym konkurentem zagrażającym Stanom Zjednoczonym w kolejnych branżach.

Dlatego działania, których odbiorcami w początkowej fazie byli rozczarowani wyborcy Trumpa, Waszyngton postanowił wykorzystać do globalnego wzmocnienia pozycji Stanów Zjednoczonych. Nawet na polskim poletku mieliśmy tego próbkę, gdy amerykańska ambasadorka w Polsce Georgette Mosbacher starła się na Twitterze z ambasadorem Chin w Polsce Liu Guangyuanem. Wysłanniczka Waszyngtonu oskarżała we wpisach Chiny o „tuszowanie” sprawy, a wysłany przez Pekin dyplomata zarzucał USA „niekompetencję”. Wszystko na oczach opinii publicznej. 

Kilka dni później ambasada Chin przesłała dziennikarzom (opublikował go Onet) długi tekst, w którym kokietuje Polaków i deklaruje przyjaźń. Ambasador Liu sypie polskimi przysłowiami, jest pełen podziwu dla polskiej reakcji na epidemię i zapewnia, że śledzi z uznaniem walkę polskiego rządu i społeczeństwa z wirusem. Ale także ostrzega by nie dyskredytować tego jak Chiny pomagają w walce z pandemią.

Pekin wpadł w pułapkę założoną przez USA, polegającą na szukaniu winnego. Nie mógł wycofać się z gry, w której miał zdecydowanie słabsze karty. - Partia komunistyczna odniosła sukces w polityce wewnętrznej, okupiła go jednak utratą wpływów na świecie. Pekin nie poradził sobie w czasie, kiedy epidemia wybuchła, ponieważ w państwach autorytarnych system kontroluje, a przez to odpowiada za wszystko. Brakuje mu mechanizmu korekty, jakim są np. wybory. Dlatego system nie może przyznać się do błędu, o który obwiniane są zawsze wrogie siły – tłumaczy Michał Bogusz z Ośrodka Studiów Wschodnich specjalizujący się w tematyce Chin.

W skrócie: piętrowa intryga, w której to koronawirus krąży po USA od lata zeszłego roku, po tym jak wyciekł z tajnego laboratorium i został zawleczony do Wuhan przez amerykańskich żołnierzy, doskonale odpowiada na potrzebę znalezienia winnego poza granicami Chin. Poza Państwem Środka nikt jednak nie wierzy w tę opowieść.  To jednak nie ma znaczenia dla Pekinu.

- Polityka zagraniczna Pekinu jest funkcją polityki wewnętrznej. Stąd się wzięła dyplomacja „maseczkowa”, czyli zaangażowanie Chin w globalną pomoc. Ma na celu wzmocnienie wewnętrznej propagandy za pomocą komunikatów zewnętrznych. Do tego dochodzi rosnąca niechęć na świecie wobec Chińczyków - a nie tylko przywódców politycznych - którą ci ostatni wykorzystują do konsolidacji społeczeństwa jeszcze do niedawna nieufnie spoglądającego na wierchuszkę partyjną – mówi Bogusz. Chińczycy za swoim Wielkim Murem zaczynają się czuć jak w oblężonej twierdzy.

Stolik przewrócony

Gdy męczymy się, walcząc z pandemią, ponad naszymi głowami latają propagandowe pociski. Ale nie według jakiś świetnie opracowanych trajektorii. Tu nie ma głęboko przemyślanej strategii. Są to ataki trochę na oślep. Chińczycy stracili w oczach całego świata. Równolegle Stany Zjednoczone, będące obecnie największym ogniskiem epidemii na świecie, przestały być postrzegane jako globalny wybawca z opresji.

W środku tej rozgrywki są kolejne państwa, które muszą skupiać się na walce z COVID i ratowaniu własnych gospodarek. Skoro na Stany nie mogą liczyć, a Chiny nie tylko wirusa przewlekły, ale jeszcze zaczęły na nim zarabiać, to rośnie poczucie, że można liczyć tylko na samych siebie. I silne rządy we własnym ogródku otoczonym coraz wyższym płotem. Tak oto na naszych oczach rozwijany od dziesięcioleci projekt globalizacji zachwiał się w posadach i nie wiadomo, jak będzie wyglądał po wygaśnięciu epidemii. Największym beneficjentem wydaje się zyskujący na popularność nurt narodowościowy z typowym dla niego izolacjonizmem i zapędem do poszerzania kontroli społecznej. Oraz zamiłowaniem do stawiania murów.

Na Węgrzech pod pretekstem propagowania fałszywych informacji w trakcie epidemii zatrzymywani są przez policję opozycjoniści i krytycy władzy Viktora Orbána. Polskie władze cierpliwie budują narrację, w której pomoc ze strony UE nie istnieje i świetnie poradziliśmy sobie sami. Jest tak dobrze, a jednak w czasie, kiedy kolejne kraje UE znoszą stopniowo kontrole na granicach, chcąc złagodzić skutki recesji i umożliwić rozpoczęcie sezonu turystycznego, Warszawa nie przedstawiła nawet planów w tej sprawie. Polska znalazła się na liście 30 państw, w których rządzący wykorzystują sytuację pandemii koronawirusa dla własnych korzyści politycznych oraz ograniczania i łamania praw obywateli (zestawienie przygotowali redaktorzy amerykańskiego magazynu VICE), a miesiąc temu byliśmy na 5. miejscu krajów, które wprowadziły najbardziej rygorystyczne antypandemiczne rozwiązania. 

Protest przedsiębiorców w Warszawie przeciwko restrykcjom związanym z epidemia COVID.

Zamykanie granic chroniących przed zagrożeniem ze strony obcego, niewidoczna i obecna w minimalnym stopniu pomoc ze strony Brukseli czy Waszyngtonu buduje w ludziach przekonanie, że na końcu zostajemy sami i nikt nie przyjdzie nam z pomocą. 

Dziś może nam się wydawać, że w obliczu pandemii wszyscy gramy do jednej bramki. Ale szachy to nie jest gra zespołowa. I każdy chce ochronić własną królową. Na konsekwencje izolacji międzypaństwowej prawdopodobnie nie będziemy musieli długo czekać, bo instytucje międzynarodowe bardzo straciły na znaczeniu w ciągu dwóch ostatnich miesięcy. Wyroki międzynarodowych trybunałów, zewnętrzne regulacje prawne, rozmaite konwencje bledną przy sile i mocy sprawczej, jaką wykazało się państwo narodowe narzucające „reżim sanitarny”.

Jaki mandat ma teraz ta rzekomo obojętna na kryzys w Polsce Bruksela, by narzucać rozwiązania ustrojowe skutecznie walczącej z epidemią władzy?

Mariusz Kania - z wykształcenia doktor antropologii kulturowej. Były redaktor naczelny dodatku „Więcej Świata” w Gazecie Wyborczej. Jeden z redaktorów prowadzących magazyn Nasza Europa” i redaktor działu zagranicznego GW. W przeszłości pracował jako ochroniarz w fabryce, wykładowca na wyższej uczelni i stażysta w MSZ. W latach 2010-2014 prowadził badania terenowe w Birmie.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst