Łódź straciła wyjątkowy element. Polskie miasta mają z tym duży problem
Już wydawało się, że neony wracają do łask – coraz więcej miejsc decydowało się montować estetyczne, ciekawe, przyciągające oko świetlne symbole. Powstawały nie tylko imponujące konstrukcje porastające duże ściany, ale i mniejsze szyldy, na które stawiali nawet drobni przedsiębiorcy.

Niestety w Łodzi jeden z ciekawszych neonów – „Wdech/Wydech” – został zdemontowany. Jak zauważył miejski radny Kosma Nykiel, zastąpiła go wielka reklama. Intrygująca instalacja, którą widać było z daleka i która mruganiem jednej litery sprytnie imitowała oddychanie, przegrała z ogromnym banerem.
- To skandaliczny i niebezpieczny precedens, który nie powinien mieć miejsca, a tym bardziej się powtórzyć – zauważył radny, dodając, że nadszedł czas, by unormować chaos reklamowy w mieście, „tak by neony i w ogóle sztuka uliczna nie musiały ustępować reklamom”.
W komentarzach pod wpisem jeden z pomysłodawców wystawienia neonu wyjaśnił powody jego zniknięcia. Na szczęście instalacja wróci, choć już na innej ścianie.
Po 6 latach - czyli teraz - prywatny właściciel, poprosił miasto o demontaż neonu, ze względu na chęć zarobku, w postaci wynajmu ściany pod reklamę wielkoformatową. Jego ściana, jego prawo, jego wola. W kontekście komunikacji z miastem, zrobił to w bardzo grzeczny, bezkolizyjny, uprzejmy wręcz sposób. (…) reklamą na prywatnym terenie z reguły zawsze wszystko przegra. Tak, jest to smutne, ale jakby nie patrzeć - chyba niestety oczywiste i nie ma się co dziwić ludziom - tym czy innym - którzy chcą na swojej ścianie zarobić - napisał Michał Bieżyński.
Ten punkt widzenia jest logiczny. Z drugiej strony rodzi się pytanie, czy naprawdę muszą to być wielkie banery, dominujące lokalny krajobraz, pochłaniające całą uwagę.
Niedawno jeden z oficjalnych wojewódzkich profili zamieścił porównanie, na którym mogliśmy zobaczyć, co zmieniło się od momentu, kiedy łódzkie ulice zaczęły być fotografowane w usłudze Google Street View w 2012 r. Przez lata zaszło naprawdę wiele zmian. Plac Wolności wygląda dziś zdecydowanie inaczej. Został odbetonowany, jest dużo zieleni, w słoneczne dni na trawie wylegują się mieszkańcy. W 2012 r. po dzisiejszym ich miejscu wypoczynku jeździły samochody.
Jedno prawie w ogóle się nie zmieniło. Ściana na budynku znajdującym się na ul. Piotrkowskiej jak gościła wielki baner, tak dalej jest miejscem na reklamę. A mówimy przecież o wizytówce miasta, chlubie i symbolu.
To problem całej Polski
Choć akurat w Łodzi największy. Jak wynikało z raportu NIK, od 12 proc. do 100 proc. billboardów, szyldów, banerów czy plakatów skontrolowanych przez NIK na ulicach Gdańska, Wrocławia, Łodzi, Poznania i Opola, umieszczonych zostało bez zgody i wiedzy lokalnych władz. Mimo że Łódź jako pierwsze miasto wojewódzkie w Polsce przyjęła uchwałę krajobrazową, to w latach 2020-2023 miała największy problem z nielegalnymi reklamami – wykazała kontrola.
Jak ustaliła NIK, w żadnym z kontrolowanych miast nie ustalono kompleksowych zasad i rozwiązań dotyczących sposobów weryfikacji legalności reklam, gospodarowania powierzchnią reklamową, przeciwdziałania nielegalnemu jej wykorzystywaniu, czy wreszcie współpracy między urzędami gmin, a np. zarządami dróg w tym zakresie.
W raporcie podkreślono, że pierwszym krokiem w systemowym podejściu do rozwiązania problemu, jakim jest chaos reklamowy na ulicach miast, powinna być inwentaryzacja przestrzeni publicznej. Tylko rzetelnie przeprowadzony spis pozwala na ustalenie liczby, rodzajów i lokalizacji reklam, co może być wykorzystane przy projektowaniu rozwiązań prawnych i organizacyjnych – mogliśmy przeczytać w opublikowanym w lipcu w 2024 r. dokumencie.
Niedawno w Warszawie Miasto Jest Nasze zwróciło uwagę, że dworce Centralny, perła architektury, nie może być przez mieszkańców i turystów doceniona, bo stale zasłaniają ją reklamy. Wiele w podejściu się zmienia, czego przykładem może być zresztą Łódź. Bilbordy są likwidowane i nagle zamiast wielkich płacht podziwiać można drobną miejską zieleń.
Ciągle jednak zdarzają się i takie przypadki, kiedy reklama przysłania wyjątkowe budynki, jak opisywany przeze mnie Domus. Przez jakiś czas można było podziwiać lekkość budowli i zachwycać się dziełem architektów. Dziś to trudne:
Tak, reklamy pewnie w mieście być muszą. Rodzi się jednak pytanie, czy wszędzie i zawsze tak duże. Być może warto by było, gdyby miasta w jakiś sposób współpracowały z właścicielami, którzy pozwalali wykorzystywać swoje budynki w innych celach niż reklamowe. A może wystarczyłoby po prostu, gdyby wdrażały przepisy chroniące wspólną przestrzeń i przede wszystkim je egzekwowały. Z tym jest dziś problem, co wykazał raport NIK.
Tracimy na tym wszyscy. Tracimy miejsca, które mogły intrygować, przyciągać wzrok, zastanawiać, ale i zachwycać. Miejsca, dzięki którym dana przestrzeń jest wyjątkowa, inna niż wszystko. Zbyt często miasta są tylko wystawką firm.