REKLAMA

Wróciłam do Pokemon GO po ponad 5 latach. Mam mieszane uczucia

Wśród rodziny i znajomych wywołałam niemałe zaskoczenie, mówiąc, że "idę na Pokemony", bo przecież "moda już się dawno skończyła". Moda może się skończyła, ale gra nie. Kilka tygodni temu wróciłam do gry w Pokemon GO i jest to całkiem słodko-gorzkie doświadczenie.

24.03.2024 08.15
Wróciłam do Pokemon GO po ponad 5 latach. Mam mieszane uczucia
REKLAMA

Jak wiele osób w lipcu 2016 r. i ja dałam się wciągnąć w wir chodzenia z telefonem tam, gdzie "pojawiły się jakieś rzadkie Pokemony". Właściwie byłam wciągnięta w ten wir na długo przed premierą gry, bo w okresie gimnazjum oraz liceum byłam ogromną entuzjastką Pokemonów. Słysząc o projekcie Niantic pod koniec 2015 roku po prostu wyczekiwałam gry z niecierpliwością.

Pokemon GO w 2016 roku było niezwykle ograniczone pod względem funkcji , jednak nie przeszkodziło mi to w chodzeniu o pierwszej w nocy na drugą stronę miasta i siedzenia z grupą trzydziestu innych osób pod kościołem "bo ktoś puścił lura i jest Dratini".

REKLAMA

Powróciłam do Pokemon GO - ale tak zaczynałam

Pokemon GO swój sukces w dużej mierze zawdzięcza nostalgii pokolenia "Pokemonów na Polsacie" i po niemal ośmiu latach na rynku samo jest dla mnie obecnie źródłem nostalgii. Chodzenie za Pokemonami w środku wakacji dawało mi radość, spotykanie dziesiątek osób z telefonami w środku nocy było... ciekawym doświadczeniem. Oczywiście dawało mi to możliwość nawiązywania nowych znajomości.

W Pokemon GO zaczęłam grać na dwa dni przed premierą w Polsce (bo jak wiele aplikacji, tak i tu instalowałam ją z pliku APK), poświęciłam jej wakacje roku 2016, później przestałam grać przez długi czas, powracając do niej w 2018 roku. Większość tego roku spędziłam na łapaniu Pokemonów, po czym gra poszła w odstawkę aż do listopada zeszłego roku, kiedy zbieg pewnych okoliczności sprawił, że zainstalowałam PoGO ponownie (i przy okazji wkręciłam w grę narzeczonego, który nie miał okazji w nią grać w okresie jej świetności).

 class="wp-image-4499124"

Pierwsze wrażenie po ponownej instalacji: czuję się jak w domu. Co prawda brakuje mi zrzutów ekranu gry sprzed sześciu lat, ale interfejs (zarówno mapa, ekran łapania, jak i menu) pozostały niezmienne. A tam, gdzie zaszły zmiany, wyszły one grze na dobre. Mówię tu o m.in. odświeżeniu interfejsu field research, dzięki któremu można podejrzeć Pokemony w Gymach, podziale na zadania specjalne, zwykłe (z Pokestopów) i ograniczone czasowo, oddzieleniu ekranu buddy (Pokemona-towarzysza) od profilu czy dodaniu systemu tagów możliwych do dodania Pokemonów, a których można używać do sortowania i filtrowania.

 class="wp-image-4499127"

Walki pomiędzy trenerami to spełnienie marzeń wielu graczy. Ale nie moich. Przynajmniej nie w tej formie

Ocena rozgrywki po sześcioletniej przerwie przychodzi mi już trochę trudniej. Przed porzuceniem gry jedynymi możliwościami walki w Pokemon GO były walki o dominację w gymach oraz raidy "na miejscu". Po moim powrocie okazało się, że walki to nie jedynie dodatek pozwalający pokazać, że ma się 3000 CP Dragonite, a ważny element rozgrywki. Ku mojemu zaskoczeniu w grze pojawili się członkowie zespołu Rocket (lub Zespołu R dla tych, którzy wolą terminologię z kultowej kreskówki), po pokonaniu których można złapać shadow Pokemony. Shadow Pokemony mają 20 proc. więcej ataku, kosztem redukcji obrony o tę samą wartość, co czyni je niezwykle efektywnymi atakującymi. W grze pojawiły się także remote raid passy, dzięki którym można dołączać do raidów nawet z drugiego końca świata, ale także możliwość walki z innymi trenerami (zwane także PvP).

 class="wp-image-4499130" width="540" height="1200"

Pokemon GO od początku było grą nastawioną jedynie na konfrontację gracza z otoczeniem (system gymów jest zbyt prosty, by zaklasyfikować go jako PvP), dlatego zobaczenie w grze opcji walki z innymi graczami było zaskoczeniem. Z jednej strony to zmiana, która mi się spodobała, bo wraz mechaniką sezonów i zmianą pucharów PvP stawia nowe cele i wyzwania grze tym, którzy są znudzeni ciągłym chodzeniem za tymi samymi Pokemonami, a jednocześnie daje im liczne nagrody. No i ze względu na mechaniki rządzące walką, jedne Pokemony o danych statystykach wypadają lepiej w PvP, a inne lepiej w PvE (raidach, walce z członkami Zespołu Rocket, walce w gymach). A to z kolei przekłada się na fakt, że nagle, Pokemony, które uważane były za kiepskie w jednej roli, stają się najlepszymi możliwymi wyborami w innej.

Z drugiej strony, od kiedy wróciłam do gry, wróciłam także do społeczności i zaobserwowałam, że PvP generuje także niezdrowe podejście do istotności PvP. Gdziekolwiek nie spojrzeć (YouTube, Reddit, serwery Discord, pomniejsze lokalne grupy) i gdziekolwiek się nie odezwać, można odnieść wrażenie, że nieposiadanie idealnych statystyk (IV) pasujących do danego zastosowania (walka z graczami lub konfrontacja z otoczeniem) postrzegane jest jako gorsze, niepożądane. Za każdym razem gdy próbowałam otrzymać pomoc i porady dotyczące tego, co zrobić z Pokemonami, czułam presję od osób odpowiadających na moje pytania, by optymalizować każdą moją akcję w grze.

Co najgorsze, przez system ukrytego współczynnika dobierania graczy - zależnego od proporcji wygranych bitew do przegranych, najlepszy sposób na otrzymanie nagród za sezonowe pojedynki z innymi trenerami to... przegrywanie. Nie wykonywanie akcji podczas walki, używanie najsłabszych Rattat i Pidgeyów czy po prostu poddawanie się do momentu, w którym współczynnik spadnie tak bardzo, że będziemy bić się jedynie z dziećmi i osobami, które objęły podobną strategię i będą się prześcigać w poddawaniu, to najlepszy sposób by szybko osiągnąć wysoką rangę. Bo w pewnym momencie przegrywasz tak bardzo, że wygrywasz, nawet nie próbując kiwnąć palcem. Co nie powiem, zabiło motywację, by jakkolwiek się starać w tym aspekcie gry.

 class="wp-image-4499133" width="540" height="1200"

Rozumiem konieczność monetyzacji, ale czasami jest to obrzydliwe

Kwestia, która również wzbudza u mnie mieszane uczucia to mechanika remote (zdalnych) raidów. Pierwotnie zostały one wprowadzone do gry jako odpowiedź na to samo wydarzenie, które przeniosło pracę i szkolnictwo na tryb zdalny, umożliwiając graczom z całego świata dalsze uczestnictwo w raidach i zdobywanie rzadkich Pokemonów nawet pomimo prawnych ograniczeń przemieszczania się i organizowania zbiorowisk. Jak poinformowało Niantic na początku zeszłego roku, zdalne raid passy "zdominowały doświadczenie płynące z gry w sposób, którego nigdy nie zamierzano", wobec czego wzrosła ich cena, ograniczono możliwość zdalnego uczestnictwa w raidach do maksymalnie pięciu na dzień, a jednocześnie w ekwipunku nie można posiadać więcej niż trzech remote raid passów (a to tylko kilka z ograniczeń).

Jednak tu pojawił się problem. Ponieważ zdalne raidy stały się ratunkiem nie tylko dla graczy podczas pandemii, ale i dla wszystkich mieszkających na terenach wiejskich i podmiejskich. Ponadto w czasie mojej przerwy spora grupa Pokemonów stała się regionalnie ekskluzywna. Przykładowo, mieszkając na północnej półkuli nie mamy dostępu do raidów na Celesteelę i jedynym (legalnym) sposobem na zdobycie jej jest uczestnictwo w zdalnym raidzie poprzez dołączenie do grupy z południowej półkuli. Co zwykle kosztuje 195 PokeCoinów (waluty premium) i ma szansę zawieść, jeżeli grupa, do której dołączysz jest niezorganizowana, lub po prostu zbyt słaba, by pokonać Celesteelę.

To prowadzi do kolejnego problemu, którym jest obecny sposób monetyzacji gry. Od samego początku Pokemon GO istniały możliwości zakupu dodatkowych przedmiotów czy rozszerzeń ekwipunku. Dzięki gymom można było spokojnie być hipotetycznym, jedenastoletnim Kamilem, który wszystkie potrzeby zakupów za walutę premium zaspokaja poprzez aktywną walkę o dominację gymach. Jednak gdy wróciłam do gry, przeżyłam niemałe zaskoczenie widząc, że w sklepie pojawiły się bilety i sezonowe passy, które można kupić wyłącznie za pieniądze. W przypadku biletów np. na Community Day jest to całkiem dobra inwestycja - 3 złote za dodatkowe cukierki, misje i przedmioty. Jednak niektóre bilety osiągają absurdalne ceny - 45 złotych za możliwość złapania jednego legendarnego Pokemona i jednego zwykłego.

 class="wp-image-4499136"

Dodatkowo, w sklepie codziennie (lub co kilka dni, zależnie od typu) pojawiają się specjalne boxy - zestawy przedmiotów po obniżonych cenach. W zdecydowanej większości są one opłacalne, jednak posiadają one mały haczyk: im więcej posiadasz na koncie PokeCoinów, tym gorsze zestawy otrzymujesz. Innymi słowy, gra zachęca do regularnego wydawania i kupowania wirtualnej waluty.

 class="wp-image-4499139" width="540" height="1200"

To wszystko w połączeniu z zeszłorocznymi zmianami w zdalnych raidach pozostawia niesmak w ustach w tym jak bardzo Niantic przestawiło się na monetyzację gry.

Nadal jednak są powody, by się cieszyć

Jeżeli jest coś, z czego się cieszę w Pokemon GO, to lokalna społeczność. Po powrocie do gry całkiem spodziewanie cała moja lista znajomych okazała się być cmentarzem, a ja sama przebywając w listopadzie w innym kraju, miałam zerowe pojęcie o lokalnej społeczności. Poprzez aplikację społecznościową Niantic - Campfire, która jest zintegrowana z Pokemon GO, z narzeczonym udało nam się zebrać naprawdę pokaźną grupę graczy, dzięki której gra (zwłaszcza podczas raidów) nabrała kolorów. Co ciekawe, po powrocie do Polski udało mi się to zrobić ponownie, bowiem przeprowadziłam się do miasta, w którym gracze są, ale i tak jakby ich nie było. Walczymy o gymy, widzimy, że ktoś dołącza do raidów, ale nie widzimy go na żywo stojącego z telefonem. Lokalne grupy na Facebooku są martwe, ale gracze licznie dorzucali swoje Pokemony do showcase. Choć Campfire jako aplikacja nie jest idealna, integracja z grą pozwoliła nam w tydzień zebrać społeczność na tyle dużą, że podczas raidów na Kyogre okazało się, że jest nas zbyt dużo i nie mogliśmy wszyscy jednocześnie uczestniczyć w raidzie.

REKLAMA

Choć zmiany w monetyzacji i dorzucenie możliwości walki z innymi graczami czasami sprawiają, że mam ochotę wcisnąć przycisk "Odinstaluj", to Pokemon GO nadal jest grą, którą naprawdę można się cieszyć. Zapewne gra może być mniej atrakcyjna dla tych, którzy pamiętają jedynie pierwsze 151 lub 251 Pokemonów i ponad 900 to dla nich abstrakcja, lecz mimo to główny aspekt gry - chodzenie i znajdowanie kolejnych stworków do encyklopedii (albo setnego Vulpixa ku uciesze serca i duszy) nadal sprawia ogromną satysfakcję. Pomijając aspekty walki, gra po prostu się nie zmieniła, dzięki czemu jeżeli pamięta się chociaż podstawy sprzed tych siedmiu czy sześciu lat, do Pokemon GO można bez problemu wrócić.

Zwłaszcza gdy ma się towarzyszy, których można wyciągnąć, żeby "iść na Pokemony".

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA