1. SPIDER'S WEB
  2. Gry
  3. Tech
  4. Technologie

Back 4 Blood to faktycznie takie Left 4 Dead 3 — pierwsze wrażenia

back 4 blood open beta screenshot left 4 dead 3 1

Weekend z Back 4 Blood, czyli nieformalną trzecią częścią cyklu Left 4 Dead, już za nami. Nowa kooperacyjna strzelanina z zombie w tle zapowiada się na całkiem solidne uzupełnienie biblioteki Xbox Game Pass, ale czy warto kupić ją w pełnej cenie na premierę? Po kilku godzinach z Betą mam poważne wątpliwości.

Pierwsze dwie odsłony cyklu Left 4 Dead wspominam jak przez mgłę. W pamięci utkwiły mi jednak urywki kilku misji w towarzystwie silnych emocji (ta ucieczka z centrum handlowego!). Niestety obie kooperacyjne strzelaniny od Turtle Rock Studios, wydane przez Valve kolejno w 2008 r. i 2009 r., pomimo udostępnienia ledwie rok temu aktualizacji Left 4 Dead 2 dziś trącą już myszką.

Na szczęście miłośnicy zombie rozczarowani Evolve, którzy chcieliby ponownie eliminować żywe trupy, mogą w napięciu zrywać kartki z kalendarza. Turtle Rock Studios pracuje teraz nad nieformalną kontynuacją swojego cyklu w postaci Back 4 Blood, które trafi zarówno na pecety, jak i na konsole obecnej i poprzedniej generacji. W ubiegły weekend odbyły się pierwsze pół-otwarte beta testy.

back 4 blood open beta screenshot left 4 dead 3
Back 4 Blood to niezwykle krwawa i brutalna gra

Od razu widać, że Back 4 Blood to coś więcej niż duchowy następca Left 4 Dead.

Tak jak jeszcze kilka dni temu zastanawiałem się, w jakim stopniu w nowej produkcji będziemy czuli ducha oryginału, a w jakim to będzie zwykłe żerowanie na sentymencie, tak teraz już nie mam żadnych wątpliwości: nowa gra Turtle Rock Studios to de facto trzecia część cyklu Left 4 Dead, tylko z inną nazwą. To zarówno dobre, jak i złe wieści. Zwłaszcza z perspektywy graczy na konsolach.

W czym rzecz? Tak jak obie części Left 4 Dead zostały wydane przy współpracy z Valve i ogrywałem je ponad dekadę temu na pececie, tak Back 4 Blood testowałem na PS5. Od razu czuć, że nowa produkcja projektowana była w pierwszej kolejności z myślą o komputerach. Obsługa pada została potraktowana jakby po macoszemu, a strzelanie w Back 4 Blood na konsoli nie sprawia frajdy.

Back 4 Blood z jednej strony wspiera adaptacyjne spusty kontrolera DualSense, a z drugiej algorytmy Auto-Aim są tu zdecydowanie zbyt agresywne.

Trudno mi byłoby w zasadzie wskazać inną grę wideo ostatnich lat, w której wspomaganie celowania na domyślnych ustawieniach byłoby tak silne, jak w Back 4 Blood. Podczas rozgrywki miałem czasami wrażenie, że jestem tylko pasażerem, a kolejne misje przechodzą się same. Zatrzymywanie hord żywych trupów headshotami to żadna przyjemność, gdy wygląda to wszystko tak, jakbyśmy grali na kodach.

Jakby tego było mało, to dopiero początek uwag, jakie można mieć do tej gry po testach beta — bo tak jak rozumiem, że mamy do czynienia z produkcją sieciową, która stawia na stabilność, tak w dobie nowej generacji konsol oprawa graficzna pozostawia wiele do życzenia. Środowisko jest statyczne i niemal nie reaguje na poczynania gracza, a brak subtelnych detali zabija immersję.

Ekran kupna przedmiotów przywodzi mi na myśl Counter Strike’a

Mimo to po pierwszym odpaleniu Back 4 Blood od razu poczułem się jak w domu — a konkretniej jak w domu rodziców, z którego wyprowadziłem się lata temu.

Interfejs gry z wyborem ekwipunku na czele przywodzi mi na myśl ten, który pamiętam z czasów tego pierwszego Counter Strike’a, w którego zagrywałem się w czasach szkoły średniej w kafejkach internetowych. Obsługiwanie go z poziomu pada nie należy może do najwygodniejszych, ale mimo to dość szybko ogarnąłem, jak w prosty sposób przygotowywać się do kolejnych starć.

Po wybraniu klasy postaci i trafieniu na serwer można zebrać jedną z kilku pukawek leżących na ziemi i… nie ma co się do niej zbytnio przywiązywać. Broni nie da się przypisać do konta, a po opuszczeniu sesji tracimy zebrany ekwipunek — podobnie jak w grach typu battle royale. Zachęca to do eksperymentów z shogunami, karabinami maszynowymi, snajperkami, maczetami, granatami itp. itd.

Mam jednak ogromną nadzieję, że balans rozgrywki zostanie w Back 4 Blood solidnie dopracowany przed premierą.

Obecnie zwykle przez pierwsze pół mapy tonę w amunicji, a potem rzucam się na zombiaki z pięściami i nie ma w zasadzie nic pomiędzy. Oczywiście mógłbym próbować oszczędzać naboje, ale… to zabrałoby resztkę frajdy z zabawy, która pozostaje po tym, jak zapomnę o takim sobie systemie strzelania. Szkoda, że gra nie potrafi jakoś w cwany i kontekstowy sposób generować przedmiotów na mapie.

Na szczęście pracownicy Turtle Rock Studio chyba wiedzą, że coś jest na rzeczy. Po zakończeniu rozgrywki pojawiła się prośba o wypełnienie ankiety, w której firma pytała wprost, czy miałem poczucie, iż Back 4 Blood generuje w zasięgu wzroku taki ekwipunek, którego akurat potrzebuję. Zaznaczyłem, że „zdecydowanie się z tym nie zgadzam!” i mam nadzieję, że feedback trafi na podatny grunt.

Pomiędzy misjami wchodzimy na chwilę do bezpiecznych stref

Ciekawie wygląda z kolei system progresji oparty o karty.

Tak jak broni nie da się ze sobą zabrać, tak z sesji na sesję odblokowujemy coraz więcej kart składających się na naszą talię. Przed każdą rozgrywką możemy wybrać, jakiego typu bonusy (oraz kary) zabierzemy ze sobą w bój ze stadem nieumarłych przeciwników. Dzięki temu można sobie ułatwić (lub utrudnić, jeśli wybierzemy złe karty) realizację celów misji — podstawowego oraz dodatkowych.

Obawiam się jednak, że mimo to Back 4 Blood stanie się szybko powtarzalne i… nudne. Tryb gry nazywany szumnie Kampanią to w ramach bety tylko i aż zbiór bliźniaczo do siebie podobnych misji, z których każda polega na dotarciu z punktu A do punktu B, Jedyne niespodzianki to hordy, przed którymi produkcja ostrzega oraz generyczny ogromny boss, który ciągle się glitchował.

Mimo to nie mogę się doczekać, aż przetestuję Back 4 Blood ze znajomymi.

Jak na razie w pół-otwartych beta testach uczestniczyli dziennikarze oraz gracze, którzy złożyli zamówienia typu preorder lub zostali wylosowani przez twórców, a w tej grupie nie było moich znajomych. Z tego powodu na serwerach spotykałem się jedynie z nieznajomymi, którzy w dodatku najczęściej opuszczali grę po jednej mapie i w posyłaniu żywych trupów do grobu pomagały mi boty.

Dopiero w kolejny weekend odbędą się otwarte testy z prawdziwego zdarzenia, w których będą mogli wziąć udział wszyscy chętni. Mam nadzieję, że będę miał okazję sprawdzić nową produkcję w towarzystwie znajomych graczy — przy czym, co miłe, będzie to możliwe niezależnie od tego, jaką platformę wybiorą, gdyż Back 4 Blood już w trakcie bety wspiera tryb cross-play.

Balans rozgrywki w Back 4 Blood jest do poprawki

Nie mogę odpędzić od siebie jednak myśli, że Back 4 Blood wygląda na produkcję skrojoną pod Xbox Game Passa i… bynajmniej nie jest to komplement.

Tak jak uwielbiam usługę abonamentową od Microsoftu za to, że daje dostęp do klasyków od najróżniejszych firm i wszystkich nowości Xbox Game Studios, tak nie da się ukryć, że ostatnio trafia do niej nie tylko całkiem sporo średniaków, ale również produkcje, które są, tak po prostu niedorobione — od Outriders począwszy, na The Ascent i Dark Alliance kończąc.

Złośliwie można byłoby dodać, że nic dziwnego, że pojawiły się plotki, jakoby do Xbox Game Passa miał trafić Cyberpunk 2077… ale tak odkładając na bok żarty, to przestałem się cieszyć na wieść, że oczekiwana przeze mnie gra będzie dostępna w ramach tej subskrypcji. Niestety z tego typu modelem dystrybucji mamy do czynienia właśnie w przypadku Back 4 Blood.

Szkoda też, że weekend z betą wątpliwości co do jakości Back 4 Blood nie rozwiał, tylko wręcz przeciwnie — jedynie osłabił mój entuzjazm. Po tym, co zobaczyłem, w życiu bym nie kupił tej produkcji w pełnej cenie na premierę i nie mogę rekomendować preorderów. Pełną wersję sam mimo to jednak sprawdzę — skoro i tak trafi do abonamentu, to stracę na to co najwyżej kilka godzin…