Biznes  /  Artykuł

Polska instagramerka sprzedała… miłość. Ktoś zapłacił milion złotych za jej NFT

Martirenti sprzedała NFT za milion złotych

Martirenti właśnie rozbiła bank, sprzedając coś, czego nie ma. Jej pierwsze NFT sprzedało się za prawie milion złotych.

Siedzę w internecie niemal od początku jego upowszechnienia się w Polsce, w tym ostatnich 7 lat zawodowo. Wiele widziałem, a… przynajmniej wydaje mi się, że wiele widziałem, bo tego, co dzieje się w sferze NFT, żaden mędrzec nie mógł przewidzieć. Niewidzialne rzeźby sprzedawane za grube tysiące. Animowany Nyan-Cat za 1,6 mln dolarów. I w końcu… „miłość” sprzedana za blisko milion złotówek.

Czym jest NFT? Cytując artykuł Marka Szymaniaka:

NFT, czyli Non-Fungible Token, to w dużym uproszczeniu niewymienialny, niezmienny technicznie, niemożliwy do zhakowania certyfikat. Potwierdza on unikalność cyfrowych przedmiotów w rejestrze zwanym blockchainem („łańcuchem bloków”), czyli w systemie służącym do przechowywania i przesyłania informacji o transakcjach zawartych w internecie. NFT pozwala jasno stwierdzić, kto jest właścicielem danego wirtualnego przedmiotu: pliku, obrazka, GIF-a, piosenki, filmiku wideo, mema itd. NFT może być unikalny jak kolaż Beeple’a czy tweet Dorseya. Wtedy potwierdza ich oryginalność niczym podpis malarza na płótnie. Może być też jedną kopią z wielu np. kolekcjonerskich wirtualnych kart.

Jeśli chcesz wiedzieć więcej o tym, czym są NFT, zapraszam do naszego tekstu na Spider’s Web+:

Martirenti sprzedała miłość za milion złotych. Zaraz, co?

Martirenti, czyli właściwie Marta Rentel, to polska influencerka z ogromnymi zasięgami. Na Instagramie obserwuje ją 650 tys. osób. Kolejne 156 tys. subskrybuje jej kanał na YouTubie. Blisko 2,5 mln ludzi ogląda jej nagrania na TikToku.

Nic więc dziwnego, że gdy Marta wystawiła na sprzedaż swoje pierwsze NFT, momentalnie znalazło ono nabywcę. I może byśmy o tym nie pisali, gdyby nie to, co zawiera token i za ile się sprzedał.

NFT Martirenti
NFT Marty Rentel sprzedał się za milion złotych

Otóż Martirenti wystawiła na sprzedaż… miłość. Jak czytamy na jej stronie internetowej:

Nabywca jedynego miłosnego NFT Marti Renti będzie miał pełne prawo do jej cyfrowej miłości. Co więcej, zostanie zaproszony na wspólną kolację z Martą Rentel w świecie fizycznym. Czy serce podąży za radą technologii?

Miłosny NFT sprzedał się za 250 tys. dol., czyli blisko milion złotych. Innymi słowy, ktoś zapłacił prawie milion złotych za możliwość umówienia się z Rentel na randkę i jej „dozgonną cyfrową miłość”, cokolwiek to znaczy.

Sama influencerka tłumaczy sens "emocjonalnych NFT" w ten sposób:

Oczywiście nie chodzi o taką fizyczną, bo liczę na to, że ją jeszcze znajdę. Ale skoro mam z nią problem, bo nie działa, to warto spróbować z tą cyfrową - mówi Marti Renti. Poza tym zawsze chciałam, żeby Polki zapisały się na kartach historii. Już sobie wyobrażam, jakie moje zdjęcie może się pojawić w podręcznikach do historii. Przecież to możliwe, prawda?

Tworząc moją Cyfrową Miłość (i inne emocje) nazywam tylko rzecz, która już istnieje. Miłość fizyczna, miłość platoniczna i miłość cyfrowa mogą być różne, ale każda z nich jest prawdziwa w taki sam sposób, jak wszystkie nasze myśli i uczucia. A cyfrowe znaczy wieczne. Przecież wszystko, co teraz jest digitalizowane, zostanie z nami do końca świata - fotki, filmy, wspomnienia, wszystko.

Marta Rentel ma w sprzedaży inne, równie „ciekawe” NFT.

Z rzeczy względnie „zwyczajnych” można kupić sobie w formie Tokena prawo do spotkania na żywo i doświadczenia, np. wejściówki VIP na walkę Fame MMA lub… kolację przygotowaną przez Martę. Można nabyć NFT z cyfrowymi dobrami takimi jak zdjęcia czy filmy Martirenti. Jest też opcja zakupienia usługi, np. wspólnego przygotowania projektu lub treningu personalnego.

Wkrótce pojawią się też jednak bardziej „odjechane” NFT. Oprócz miłości, opisanej jako „relationship NFT”, mają się pojawić jeszcze „Favourite NFT” i „Emotion NFT” rzekomo oparte o zdigitalizowane DNA infuencerki.

NFT Martirenti
NFT Martirenti

Opis tokenów nie wyjaśnia dokładnie, czym ma być to „cyfrowe DNA”, ale z brzmi jak – zgadliście – kompletna bzdura.

Martirenti pisze, że chce się „kompletnie zdigitalizować” i „jeśli uda się jej sprzedać cyfrową miłość, dlaczego nie miałyby za nią podążyć inne uczucia?”. Argumentacja doprawdy godna niewidzialnej rzeźby.

To jest ten moment, w którym jako społeczeństwo powinniśmy wziąć głęboki wdech.

Daleko mi do bycia turbolewakiem i mówienia innym, na co mogą, a na co nie mogą wydawać swoich pieniędzy, ale… w tym przypadku chyba przyklasnąłbym Kapelom i Staśko tego świata mówiącym, że kapitalizmowi przydałoby się wcisnąć hamulce w podłogę.

Można oczywiście żyć dalej w myśl mantry „kto bogatemu zabroni”. W końcu nikomu nie dzieje się krzywda, nikt nikogo nie okrada, a nam nic do tego, na co ktoś wydaje swoje ciężko zarobione pieniądze. Jednak czym innym jest – przynajmniej w mojej opinii – zapłata za dzieła sztuki, drogie przedmioty czy ekskluzywne usługi, a czym innym przepalanie absurdalnych sum na byty, które de facto nie istnieją. Nie istnieje „cyfrowa miłość”, tak samo jak nie istnieje „niewidzialna rzeźba”. Istnieje za to skrajna społeczna nierówność, głód, bieda i katastrofa ekologiczna. Ale kto by się nimi przejmował, kiedy można wyskoczyć z miliona złotych i kupić sobie „dozgonną cyfrową miłość” influencerki, prawda?

Grafika główna: martirenti.com