Tech  /  Felieton

Łukasz Warzecha i jego „śledztwo" w sprawie „zielonego oszustwa”. Na Twitterze został zmasakrowany, a my dobijamy

Picture of the author
104 interakcji
dołącz do dyskusji

Łukasz Warzecha wyjrzał przez okno, stwierdził, że jest zimno i w ten sposób kończąc swoje wielkie śledztwo o globalnym ociepleniu. Tak drwiono na Twitterze, kiedy „Do Rzeczy” pokazało okładkę nowego numeru. I chociaż próba „ujawnienia prawdy” jest nieco bardziej ambitna, to i tak dziwi, że w 2021 dalej można negować udział człowieka w globalnym ociepleniu.

Jak to jest – zastanawia się Łukasz Warzecha we wprowadzeniu do swojego śledztwa. Kiedy jest gorąco i jesteśmy świadkami skrajnych zjawisk w pogodzie, jak choćby w ubiegłym roku, klimatyści tryumfują. Oto dowód globalnego ocieplenia! „Gdy zaś zimne miesiące ciągną się w nieskończoność, tak jak w tym roku, klimatyści milczą lub – co jest jeszcze ciekawsze – dowodzą, że to również dowód na ocieplenie klimatu.”

Sprytne, prawda? – pyta publicysta „Do Rzeczy”

Warzecha uprzedza swoich oponentów i przyznaje, że „pogoda to sytuacja chwilowa, a klimat to średnia kształtująca się na przestrzeni dziesięcioleci”. Ale jednak coś mu nie gra. Nieważne, czy jest nadzwyczaj ciepło w lutym, czy zimno w kwietniu, zawsze winny jest klimat.

Tyle że nieprawdą jest, aby naukowcy milczeli. Widzieliśmy niedawno choćby zdjęcia zielonej Arktyki, a po Twitterze krążyły dowody na to, że w ostatnich tygodniach gorąco jest wszędzie poza Europą. Klimat się ociepla, płonie Syberia, Hawaje wprowadzają stan wyjątkowy, a to dopiero przełom kwietnia i maja. Naprawdę wszyscy milczą, bo zmarzliśmy wiosną? Zależy, kto słucha.

Okładka nowego numeru "Do Rzeczy"

Takich nieścisłości jest w tekście Warzechy dużo więcej. Ich punktowaniem zajął się Jakub Wiech, którego zresztą sam publicysta „Do Rzeczy” nie ceni, nazywając jego książkę „bardzo słabą”. Nie myślcie jednak, że mamy tutaj do czynienia z wojenką, bo ktoś kogoś nie pochwalił. Wiech na zarzuty Warzechy odpowiada naukowymi faktami.

To mecz do jednej bramki. Warzecha pisze, że „w przypadku domniemanego antropologicznego ocieplenia klimatu możliwości eksperymentalnego sprawdzenia oczywiście nie ma”. Stara śpiewka: klimat się ociepla, owszem, ale wcześniej też tak się działo, więc wpływ człowieka jest znikomy.

Wiech odpowiada, pisząc, że „wiemy, że CO2 to gaz cieplarniany. Wiemy, że człowiek wtłacza gigatony tego gazu do atmosfery. Wiemy, że stężenie CO2 rośnie”. Na dodatek „prognozy modelowe klimatologów dotyczące wzrostu średnich globalnych temperatur w miarę przyrostu emisji i zawartości gazów cieplarnianych w atmosferze sprawdzają się całkiem dokładnie - w przeciwieństwie do prognoz kwestionujących antropogeniczność”.

Jakub Wiech wyjaśnił wiele kwestii, które Warzecha poruszył, więc naprawdę polecam zajrzeć do tego wątku, aby zobaczyć skalę nieścisłości czy wręcz manipulacji publicysty „Do Rzeczy”. Jako że Wiech na Twitterze odniósł się do najważniejszych jego zdaniem zagadnień, nie ma sensu ich powtarzać, fakty mówią same za siebie. Ale choć Wiech rozłożył teorie Warzechy koncertowo, to... nie zajął się wszystkimi z nich. Tak, jest tego więcej!

Czego jeszcze nie wie Łukasz Warzecha?

W1982 r. ONZ przewidywała, że planeta zostanie praktycznie zniszczona poprzez zmiany klimatu i destrukcję powłoki ozonowej do 2000 r. – przypomina Warzecha. I co? I co? Jest 2021, a publicysta „Do Rzeczy” dalej może wygłaszać swoje racje, Ziemia ma się dobrze, nie ma co się przejmować straszeniem.

To zresztą paradoks, bo w tym samym tekście Warzecha ma pretensje do klimatycznych aktywistów, że zajmują się publicystyką, a nie nauką. Stąd głosy o katastrofie klimatycznej i dramatyczne odliczanie. Tyle że gdyby nie straszenie kiedyś, dziś dziura ozonowa faktycznie mogłaby być problemem.

Apele naukowców w latach 80. i ostrzeżenia w mediach przed szkodliwymi freonami sprawiły, że doszło do międzynarodowego porozumienia, w ramach którego zakazano produkcji i wykorzystywania freonów. Protokół Montrealski w 1987 roku podpisało 160 państw, dzięki czemu dziś możemy odtrąbić sukces w postaci szacowanego zniknięcia dziury ozonowej około 2060 roku.

Prof. Mario Molina, nagrodzony Noblem chemik atmosfery, uważa, że apele z lat 80. są dowodem na to, że możemy wygrać z globalnym ociepleniem, jeśli dojdzie do globalnej współpracy. Tymczasem Warzecha traktuje dziurę ozonową jako argument, że straszenie jest niepotrzebne. Zabawne? Raczej straszne.

Zresztą lata 80. dobrze pokazują, dlaczego Łukasz Warzecha się myli

Choć może się wydawać, że walka o klimat to współczesny „wymysł lewaków”, dyskusje prowadzone były już kilka dekad temu. Troskę o środowisko wyrażała np. Margaret Thatcher czy Bush senior.

Cały proces walk opisał Nathaniel Rich w książce "Ziemia. Jak doprowadziliśmy do katastrofy". Sama publikacja jest trochę nudna, bo bardzo precyzyjnie przedstawia stracone lata, wyliczając dokumenty, spotkania i nazwiska osób biorących udział w walce. Otwiera jednak oczy, pokazując, że problem znany jest od dawna. Już na przełomie lat 70. i 80. XX wieku naukowcy byli pewni, że dojdzie do globalnej katastrofy.

Co najciekawsze, wielu z nich mówiło językiem Warzechy – nie chodzi jednak o negowanie udziału człowieka. Badacze apelowali, by złagodzić ton w swoich publikacjach. Spierali się o słówka, każdy wątek wymagał długiej i rzetelnej dyskusji. Kiedy więc Rich w swojej książce pisze, że dyskusje o globalnym ociepleniu z przełomu lat 70. i 80. XX wieku brzmią bardzo podobnie do współczesnych, możemy uśmiechnąć się przez łzy. I zacytować Łukasza Warzechę, który denerwuje się, że zmiany klimatu to hipoteza i proszę nie używać tak stanowczych, publicystycznych słów!

To właśnie tego zabrakło kilkanaście lat temu – pójścia za ciosem, jeszcze większego udziału naukowców i bezpardonowych słów. Może gdyby ci woleli publicystyczną działalność, dziś nie musielibyśmy liczyć na aktywistów, którzy zresztą są solą w oku Warzechy?

W jednej ze swoich wypowiedzi, w czasach, gdy uchodziła za wyrocznię, Greta Thunberg szczerze wyznała, że chce, żebyśmy się bali. I temu właśnie służy wyznaczanie takich dat granicznych jak 2030 r. – czytamy w „Do Rzeczy”

Z tym mitem też oczywiście rozprawił się Wiech. Owszem, wyznaczamy daty graniczne, ale to wcale nie oznacza, że 1. stycznia 2031 roku Ziemia zamieni się w scenerię rodem z filmów katastroficznych.

Warzecha trąca piórem szwedzką aktywistkę, wymieniając ją w jednym akapicie obok Ala Gore’a czy księcia Karola, którzy też wyznaczali „graniczne daty” i się pomylili. Wniosek nasuwa się sam: celebryci straszą, panikują, wprowadzają w błąd, więc nie bawmy się w publicystyczne zwroty, tylko słuchajmy spokojnych, wyważonych naukowców – niech zastanowią się, czy globalna katastrofa to jeszcze hipoteza czy może już fakt. I niech dadzą znać za 50 lat.

Problem – dla Łukasza Warzechy, oczywiście – w tym, że potrzebujemy takich ludzi jak Greta Thunberg. Wyjaśnił to Tomasz Markiewka w książce „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat?”.

Filozof i publicysta pisze, że dyskusja na temat klimatu jest bardzo szeroka. Dotyczyć może samego zjawiska, jak i tego, jak społeczeństwa powinny na nie reagować. Mówiąc w skrócie, celebryci i aktywiści występują nie w roli ekspertów, a popularyzatorów nauki.  „Wszyscy mają do odegrania jakąś rolę”, dlatego potrzebujemy setek, jeśli nie tysięcy takich Gret. Na racjonalną, spokojną dyskusję jest już niestety za późno.

No, ale dalej możemy roztrząsać, czy te 3 proc. naukowców, które nie chce przyjąć konsensusu, może ma jednak rację

Kolejną szkodliwą rzeczą, na którą Łukasz Warzecha się powołuje, jest mityczne PKB. Publicysta cytuje duńskiego ekonomistę Bjørna Lomborga, który stwierdza, że „jeżeli nie będziemy robić nic w sprawie zmian klimatu, to do końca stulecia będzie nas to kosztować 3,6 proc. światowego PKB, co przełoży się na wzrost wynagrodzeń „jedynie” o 434 proc. zamiast 450 proc”.

Tyle że w wyliczaniu PKB nie bierze się pod uwagę, że np. Gdańsk i wiele innych światowych miast znajdzie się pod wodą. W PKB nie patrzy się też na zgony osób z biedniejszych regionów. Nie liczy się również przewidywana wielka migracja z terenów, które przestana nadawać się do życia, nie mówiąc o wojnach o wyczerpujące się surowce. Właśnie dlatego w dyskusji o klimacie nie powinniśmy powoływać się na wskaźniki PKB.

Może to dobrze, że "Do Rzeczy" i Łukasz Warzecha ciągle chcą toczyć walkę z aktywistami, naukowcami, a nawet politykami, którzy zgadzają się, że globalna katastrofa klimatyczna to fakt i trzeba działać. Dzięki temu jeszcze głośniej mogą wybrzmieć kontrargumenty. Z drugiej strony to jednak przykre, że ciągle wracamy do dyskusji z lat 80. A czasu na uratowanie Ziemi coraz mniej.