Tech  /  News

Ale ścisk! Jedno zdjęcie pokazuje, co jest nie tak ze współczesnym budownictwem

Picture of the author

W ostatnich latach coraz więcej uwagi poświęcamy temu, w czym i jak mieszkamy. Polakom przestaje podobać się wszędobylska betonoza, ciasnota i brak zieleni. Jedna z użytkowniczek Twittera na zdjęciu pokazała, jak wiele dzieli dawny standard od obecnej deweloperki. Nie przez przypadek często nazywanej z dopiskiem "pato".

Szare blokowiska kontra nowe (mikro)apartamenty od dewelopera. Wydawać by się mogło, że choć pewnie w tym drugim budynku nie brakuje malutkich, ciasnych kawalerek, to i tak nowoczesny standard wygra z dawną wielką płytą. Jest jednak powód, dla którego starcie nie jest oczywiste. Sami zobaczcie:

Zestawienie przygotowała Magdalena Milert, która zajmuje się architekturą, urbanistyką i gospodarką przestrzenną. Porównanie robi duże wrażenie, bo odległość, jaka dzieli oba podejścia do budownictwa, jest naprawdę niewielka.

Tymczasem widzimy dwa mieszkaniowe światy

Duże bloki znajdują się w pewnej odległości od siebie. Niby są blisko i w zasięgu wzroku, ale na pewno nie na tyle, by móc bez problemu czytać sąsiadowi z naprzeciwka gazetę przez ramię. Tego samego o nowym budownictwie powiedzieć z pełną stanowczością raczej się nie da.

Kolejna ewidentna różnica – zieleń. Między blokami są drzewa i małe alejki, przy których na pewno można usiąść i odpocząć. W apartamentach niektórzy z okien też widzą park, ale to akurat nie zasługa dewelopera. Ten w okolicy istniał od dawna. Sama firma odpowiedzialna za budynek o zieleń dbać nie musiała, ale też trudno spodziewać się, że chciała. Liczy się, aby upchnąć jak najwięcej mieszkań – to niestety współczesny standard.

Jestem fanem swojego bloku z wielkiej płyty, w którym obecnie mieszkam. Fascynują mnie pozostałe łódzkie blokowiska, powstające w okresie, kiedy miasto się rozwijało i trzeba było sprostać napływowi kolejnych mieszkańców.

Owszem, popełniono wówczas wiele błędów i to w całej Polsce. Część opisał Filip Springer w takich książkach jak „13 Pięter” czy „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”. Szczególnie przykład architektów pokazuje, do jakich absurdów dochodziło. Mieli niezwykle ambitne pomysły, które ze względu na specyfikę czasów nie mogły zostać zrealizowane.

Na przykład Hansenowie chcieli, aby mieszkania na zaprojektowanym przez nich osiedlu były różnorodne i odpowiadały potrzebom konkretnych mieszkańców. W końcu inaczej żyje singiel, a inaczej pięcioosobowa rodzina.

Niestety w PRL-u panowała zasada przydziału mieszkań, więc doszło do tego, że ogromna familia kisiła się w kawalerce, a samotny mężczyzna miał do dyspozycji kilka pomieszczeń.

Kiedy jednak dyskutuje się o budownictwie z okresu PRL-u, częściej przywołuje się właśnie takie absurdy. Coraz więcej urbanistów, ale też zwykłych ludzi pragnie zauważyć, co robiono wówczas dobrze. I zarządzanie przestrzenią jest jedną z tych rzeczy. Patrząc z okna, podziwiam, jak oddalone są od siebie bloki, a spacerując pomiędzy nimi doceniam wolną przestrzeń na trawnik, drzewa, mini parki czy choćby place zabaw i boiska.

Widać, że były to osiedla, w których ma się nie tylko spać w przerwie od pracy, ale też spędzać czas. I żyć, dlatego w mojej okolicy są szkoły, przedszkola, przychodnie – wszystko w zasięgu góra 500 metrów.