Foto  / Artykuł

To koniec epoki. Nikon bez tanich lustrzanek w ofercie

Picture of the author
252 interakcji
dołącz do dyskusji

Z oferty Nikona właśnie zniknęły lustrzanki dwóch najtańszych serii D3500 i D5600. Oznacza to, że najtańszym aparatem Nikona o wymiennych obiektywach jest teraz bezlusterkowiec Z50. Transformacja dokonuje się na naszych oczach.

Nikon D3500 i D5600 to ostatni przedstawiciele dwóch najtańszych serii lustrzanek producenta. Tańszy model był zaprezentowany w 2018 r., a droższy w 2016 r., ale nie ma to większego znaczenia. Oba segmenty, a więc zarówno aparaty serii D3000, jak i D5000 od długich lat stały w miejscu. W kolejnych modelach trudno było doszukać się jakichś konkretnych nowości, a moduły autofocusu w tych lustrzankach są stosowane od… 2012 r.

Nikon na swojej oficjalnej japońskiej stronie przy modelach D3500 i D5600 umieścił dopisek „Stary produkt”, co oznacza, że lustrzanki przestały być produkowane i dodatkowo nie należy oczekiwać żadnych aktualizacji oprogramowania, które np. dodawałyby pełne wsparcie nowszych obiektywów.

Nie oznacza to, że od dziś nie zobaczycie Nikona D3500 i D5600 w polskich elektromarketach i sklepach fotograficznych. Obecne zapasy magazynowe będą wyprzedawane (prawdopodobnie z kuszącymi promocjami), ale kiedy się skończą, Nikon nie będzie miał w ofercie lustrzanek segmentu entry-level.

Dochodzi do arcyciekawej sytuacji. Najtańsza lustrzanka Nikona kosztuje 3999 zł, a najtańszy bezlusterkowiec 2949 zł.

Najtańszą wspieraną lustrzanką w ofercie Nikona jest od teraz D7500. Co ciekawe, w segmencie matryc APS-C poza wspomnianym modelem znajduje się w ofercie już tylko jedna lustrzanka – D500. Nikon D7500 kosztuje 3999 zł za sam korpus, a zestaw z obiektywem 18-140 mm jest wyceniony na 4999 zł.

Tym samym najtańszym aparatem z wymienną optyką stał się Nikon Z50 kosztujący obecnie 2949 zł za korpus lub 3490 zł za zestaw z obiektywem 16-50 mm.

Nikon Z50 z adapterem i obiektywem z lustrzanki

Oba aparaty mają identyczną matrycę APS-C o rozdzielczości 20,9 megapikseli, natomiast bezlusterkowiec Nikon Z50 jest wyposażony w nowszy procesor obrazu Expeed 6, dzięki któremu jakość zdjęć na wyższych czułościach ISO jest nieco lepsza.

Z50 nokautuje D7500 w kwestii autofocusu. To właśnie na tym polu widać przeskok całej generacji sprzętu. Nikon D7500 ma układ bazujący na 51 polach z detekcją fazową, przy czym tylko 15 punktów ma największą wydajność (są to punkty krzyżowe). Taki autofocus działa tylko przy fotografowaniu przez wizjer, a kiedy korzystamy z podglądu na ekranie, musimy zadowolić się przestarzałym i bardzo wolnym autofocusem bazującym na detekcji kontrastu.

Z kolei Z50 ma autofocus, w którym 209 punktów rozsianych na całej powierzchni kadru działa z maksymalną skutecznością. Do tego ten system działa zarówno w wizjerze jak i przy podglądzie Live View. Ponadto autofocus w Z50 ma szereg rozwiązań niedostępnych w lustrzankach, w tym Eye AF (śledzenie oka).

Szybkość serii? Tu także wygrywa Nikon Z50, co nie jest niespodzianką, bowiem aparat nie jest ograniczony systemem ruchomego lustra. Z50 robi 11 zdjęć na sekundę, a D7500 tylko osiem. W przypadku ekranu również wygrywa Z50. Oba aparaty mają dotykowy ekran 3,2”, ale w Z50 ma on wyższą rozdzielczość i do tego jest odchylany o 180 stopni. Wizjer to temat-rzeka, dlatego nie da się wyłonić jednoznacznego zwycięzcy pomiędzy wizjerem optycznym a cyfrowym. Osobiście dziś wybieram już tylko ten drugi.

Nikon Z50 wygrywa też trybami filmowymi, zdecydowanie niższą masą i wymiarami. Z50 przegrywa tylko w dwóch kategoriach: minimalnego czasu migawki (1/4000 s kontra 1/8000 s) oraz wydajności akumulatora (300 kontra 950 zdjęć). Podsumowując, Z50 jest aparatem o wiele nowocześniejszym i w kluczowych aspektach po prostu lepszym od lustrzanki D7500. Do tego jest o 25 proc. tańszy.

A może to tylko chwilowy przestój u Nikona, a tanie lustrzanki jednak nigdzie się nie wybierają?

Istnieje możliwość, że Nikon zakończył produkcję modeli D3500 i D5600, a dopiero za jakiś czas zamierza ogłosić ich następców. Patrząc krótkofalowo, miałoby to sens, bo przecież nie jest tajemnicą, że im tańszy aparat z wymienną optyką, tym lepiej się sprzedaje.

Ile razy można jednak odgrzewać ten sam kotlet? Ile razy klienci będą w stanie przymknąć oko na autofocus z 9 lub 11 punktami AF, mały i ciemny wizjer czy staroświeckie tryby wideo? Nie widzę tu perspektyw na dalszy rozwój przy jednoczesnym zachowaniu niskiej ceny. Jeśli ciąć koszty w dzisiejszym świecie, to właśnie na najtańszych seriach lustrzanek, które i tak od lat stały w miejscu.

11 punktów AF to relikt przeszłości.

Patrząc długofalowo, skierowanie konsumentów na rynek bezlusterkowców wydaje się mieć więcej sensu. Osoby niezdecydowane mogą korzystać ze swoich dotychczasowych obiektywów poprzez adaptery, jednocześnie zyskując znacznie lepszy, szybszy i nowocześniejszy aparat. Owszem, jednocześnie droższy, ale przecież Z50 jest dopiero pierwszym bezlusterkowcem Nikona z segmentu APS-C. Tańszy odpowiednik jest pewnie kwestią czasu, a sam Z50 również będzie przecież taniał.

Taka nieco wymuszona przesiadka na bezlusterkowce opłaci się długoterminowo. Uważam, że docelowo cały rynek przejdzie na bezlusterkowce. Najpóźniej zrobią to profesjonaliści korzystający z jednocyfrowych serii pokroju Nikona D6, ale na nich również przyjdzie pora.

Nikon w 2020 r. miał liczne problemy z produkcją i dostawami. Być może to właśnie ciężki rok sprawił, że decyzja o porzuceniu tanich lustrzanek przyszła szybciej niż zakładano. W dzisiejszych realiach, kiedy aparatów sprzedaje się niewiele, trudno jest utrzymać dwie równoległe serie aparatów, czyli lustrzanki i bezlusterkowce. Nic dziwnego, że producenci coraz mocniej stawiają na te drugie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst