Tech  / Felieton

Microsoft osiadł na laurach. Po znakomitym starcie Edge coraz bardziej mnie irytuje

Picture of the author

Wkrótce minie rok, odkąd Microsoft Edge w swojej nowej, opartej na Chromium wersji trafił do wszystkich użytkowników. Po początkowych zachwytach odczuwam coraz większą frustrację nową przeglądarką.

Z nowego Edge’a korzystam od momentu, gdy trafił do otwartej bety, czyli od nieco ponad roku. 15 stycznia 2020 r. przeglądarka została udostępniona w wersji stabilnej, a dziś ma ją na swoim komputerze każdy posiadacz Windowsa 10, gdyż na drodze ostatnich aktualizacji Microsoft zastąpił nią „starego” Edge’a, który debiutował wraz z systemem.

W ciągu tych kilku miesięcy popularność przeglądarki Microsoftu eksplodowała i wg najświeższych danych jest dziś drugą najpopularniejszą przeglądarką desktopową na świecie (8,84 proc. udziału) wyprzedzającą dotychczasowy nr 2. - Firefoxa (7,19 proc. udziału). Oczywiście do Chrome’a (69,94 proc. udziału w rynku) jeszcze bardzo daleko, ale Microsoft Edge od samego startu miał wszystko, by z Chrome’em zawalczyć.

Na tle zasobożernego Chrome’a Edge jawił się jak wybawienie.

Jako że na co dzień korzystam zarówno ze sprzętów z Windowsem, jak i z MacBooka, iPhone’a i smartfonów z Androidem, Chrome przez długi czas był dla mnie jedyną multiplatformową opcją. I spisywał się doskonale w każdym zakresie, nie licząc zapotrzebowania na zasoby i energię komputera.

Mimo tego, że pracuję na bardzo szybkich komputerach, Chrome potrafił zwolnić do niemal kompletnego zatrzymania, nawet gdy pod maską peceta działały aż 32 GB pamięci operacyjnej i 8-rdzeniowy procesor. Do tego pomimo rozlicznych optymalizacji jeszcze do niedawna Chrome drenował akumulatory laptopów szybciej niż rząd drenuje zasoby skarbu państwa.

Edge na tym tle był jak wybawienie. Oferował 90 proc. możliwości Chrome’a (w tym wszystkie rozszerzenia dostępne w Chrome Web Store), a przy tym konsumował ułamek zasobów i energii, jakich potrzebował Chrome.

Zmieniłem przeglądarkę bez żalu i od roku nie oglądałem się wstecz. Aż do teraz.

Microsoft Edge przestał się rozwijać w początkowym tempie.

Edge od początku był wyśmienity, ale miał też pewne braki. Brakowało np. elementarnej możliwości synchronizacji zakładek, haseł czy historii.

Pierwsze dwa braki Microsoft załatał bardzo szybko i zakładki, pasek ulubionych oraz zapisane hasła synchronizują się bezproblemowo między urządzeniami.

Kilka miesięcy temu pojawiła się także wyczekiwana przeze mnie opcja synchronizacji rozszerzeń; z racji testów sprzętu często zmieniam komputery i konieczność ręcznego instalowania rozszerzeń za każdym razem była bardzo irytująca.

Nadal jednak brakuje synchronizacji historii i ustawień. Nie możemy więc na smartfonie wyszukać w historii przeglądania adresu strony, którą odwiedziliśmy na komputerze.

Synchronizacja, która działa już teraz, jest zresztą bardzo kapryśna. Średnio co dwa tygodnie testuję jakiś komputer, na którym muszę się zalogować do Edge’a. I za każdym razem coś się nie przenosi, albo przenosi się… podwójnie. Dla przykładu, gdy miałem u siebie Surface Laptop Go (produkt Microsoftu!), przeglądarka nie potrafiła przenieść zapisanych zakładek ani haseł. Bo tak. Z kolei na Asusie, którego testuję teraz, Edge uparcie odmawia instalacji rozszerzeń, z których korzystam na pozostałych komputerach.

Dodam jeszcze bezkresnie irytujący fakt, iż domyślną wyszukiwarką zarówno na desktopie, jak i na smartfonie, jest Bing. Zaś opcję zmiany wyszukiwarki celowo zagrzebano tak głęboko, by nikt prócz najbardziej zdeterminowanych jednostek nie miał ochoty jej szukać.

Na przedziwny problem napotkałem też na dwóch laptopach z kartami graficznymi Nvidii - podczas oglądania wideo na YouTubie okno odtwarzania robi się albo kompletnie czarne, albo dochodzi do "rozjazdu" synchronizacji audio z wideo. Nie pomogła na to ani aktualizacja sterowników, ani przeglądarki, ani kompletna reinstalacja Microsoft Edge. Gdy chcę obejrzeć jakiekolwiek wideo np. na Asusie ZenBook Pro Duo, muszę się upewnić, że Edge korzysta ze zintegrowanej karty graficznej Intela.

Czarę goryczy przelało samoistne wyzerowanie haseł w przeglądarce.

Dwa tygodnie temu otworzyłem laptop, by zacząć pracę jak zwykle. Kliknąłem w ikonę przeglądarki, ale zamiast nowego okna zobaczyłem komunikat „Keychain Error. Reset keychain to restart browser”. Tłumacząc na język polski - błąd pęku kluczy. Wyzeruj pęk kluczy, by zrestartować przeglądarkę.

Oczywiście nie chciałem resetować pęku kluczy. W Edge’u trzymałem setki zapisanych haseł zaimportowanych z Chrome’a, których nie miałem w LastPassie ani Apple’owym Pęku Kluczy. O aktywnych sesjach logowania do usług, które są mi niezbędne w pracy, nawet nie wspominam.

Chcąc nie chcąc musiałem jednak zresetować pęk kluczy, bo inaczej nie dało się dostać do przeglądarki. Nie jest to zresztą mój jednostkowy problem. Z wpisów na forum Microsoftu wynika, iż problem jest znany co najmniej od kwietnia 2020 r. Hasła oczywiście przywróciłem, zmieniając je na nowe tam, gdzie było to konieczne i wpisując dane z LastPassa tam, gdzie się dało. Od czasu tej awarii, pomimo reinstalacji przeglądarki Edge na moim Macu nie działa już poprawnie i regularnie sypie błędami lub wylogowuje mnie z usług. To samo dzieje się na innych komputerach, gdzie jestem zalogowany na swoje konto Microsoft.

Po tej akcji postanowiłem, że Edge wyleci z hukiem, a ja wrócę do kombinacji Chrome’a na Windowsie i Androidzie, oraz Safari na Macu i iPhonie. Niestety o ile powrót do Chrome’a na Win10 i Androidzie okazał się bezbolesny (zwłaszcza po ostatniej aktualizacji), tak na macOS nadal korzystam z Edge’a, gdyż Safari nie obsługuje rozszerzeń do dwóch kluczowych dla mnie aplikacji: LastPassa i Notion.

Microsoft nie może teraz osiąść na laurach.

Jeszcze rok temu jedyną funkcją Edge’a w systemie Windows 10 było pobieranie instalatora Google Chrome. Wraz z debiutem Edge’a opartego o Chromium to się zmieniło - posiadacze komputerów z Windowsem 10 otrzymują świetną przeglądarkę „prosto z pudełka” i nie muszą instalować żadnej innej, by cieszyć się najlepszymi funkcjami i świetnym działaniem nowoczesnego narzędzia do przeglądania Sieci.

Szkoda by było, żeby przez spowolnienie rozwoju taka szansa na podbój rynku została zmarnowana. Zwłaszcza że Google nie śpi i tak łatwo nie odda swojej pozycji hegemona - nowy Chrome 86 jest szybszy i bardziej energooszczędny niż kiedykolwiek, a do tego wprowadza istotne poprawki w zakresie bezpieczeństwa, które dotąd były jedną z istotnych przewag Edge’a.

Jeśli Microsoft chce utrzymać tendencję wzrostową i przekonać użytkowników do swojej przeglądarki, musi utrzymać tempo narzucone mu przez arcyrywala. Inaczej za kilka miesięcy znów wrócimy do punktu wyjścia, a użytkownicy będą odpalać Edge’a tylko raz po zakupie komputera - by pobrać inną przeglądarkę.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst