Gry  / Recenzja

Demon's Souls to najlepszy tytuł dla PS5 którego mogą zazdrościć posiadacze Xboksa - recenzja

Ostatni strażnik zdradzieckiego króla osuwa się na ziemię. Jestem przekonany, że nowe Demon’s Souls jest łatwiejsze niż oryginał sprzed dekady. Kiedyś bałem się postawić nogę w królestwie Boletarii. Dzisiaj czuję się tu jak w domu, dziarsko gwiżdżąc podczas ostrzenia miecza. Dlatego remake to kapitalna okazja do rozpoczęcia przygody z grami souls-like.

Sony dba o wymagających, wręcz hardkorowych graczy. W poprzedniej generacji konsol Japończycy zafundowali posiadaczom PlayStation 4 rewelacyjne Bloodborne. Teraz oferują remake Demon’s Souls, wlewając na nowo życie w ponurą historię upadłego królestwa i ludzkiej chciwości. Wbrew pozorom remake nie jest adresowany wyłącznie dla fanów gier souls-like. Tytuł na wyłączność dla PlayStation 5 to świetny punkt początkowy także dla pozostałych graczy.

Nowe Demon’s Souls potrafi być łatwe. Momentami.

Gracz w (niemal) każdej chwili może wezwać na pomoc dwie inne osoby, wspólnie przemierzając niebezpieczne korytarze. Możliwość przyzwania sprzymierzeńców zamienia walkę o życie w niedzielny spacer. Dzięki sojusznikom bitwa z Flamelurkerem - pierwszym poważnym bossem w Demon’s Souls - staje się dziecinnie prosta. Trzech śmiałków okrąża i okłada demona, robiąc z niego mięso na kotlety. Nic dziwnego, że From Software tak często dodawało później zamaszyste ataki obszarowe do katalogu ruchów bossów. Ci z Demon’s Souls są bezbronni jak dzieci.

Co-op ma jednak swoje ograniczenia. Przywoływać możemy wyłącznie sojuszników z maksymalnie 10-poziomową różnicą siły. Do tego pomocnicy zawsze mają formę niebieskiej zjawy, pozbawionej części paska życia. Obrażenia zadawane podczas walki grupowej są też mniejsze. Mimo tych mechanizmów gra co-op jest bezwzględnie skuteczna. Momentami było mi żal bossów, przytłoczonych lawiną cięć i magicznych pocisków.

Na szczęście Demon’s Souls na PS5 nie traci swojego pazura.

Przez zdecydowaną większość czasu będziemy grali solo. Wtedy gra stopniowo owija się wokół gracza swoimi zimnymi mackami, czekając na dogodny moment do zaatakowania. Odwiedzając Tower of Latria wciąż można zabłądzić w więziennych korytarzach. Stonefang Tunnel w dalszym ciągu zabija graczy próbujących dostać się na dno kopalnianego szybu po wąskich belkach. W baloteriańskim pałacu dalej można napotkać obłąkanych rycerzy zabijających gracza jedną szybką serią ciosów.

Różnica polega na tym, że obszary z PS3, które dawniej omijałem szerokim łukiem, teraz stały się… znośne. Ciekawe wręcz. Nawet znienawidzony przeze mnie Valley of Defilement jest teraz… nie, nie napiszę, że przyjemny. Nie doprowadza mnie za to do łez. Być może to kwestia większej szczegółowości otoczenia. Albo błyskawicznie krótkich czasów ładowania. W każdym razie śmierć - która w nowym Demon’s Souls wciąż jest powszechna i notoryczna - nie boli już tak jak dawniej. Z takim SSD to można ginąć. Dawniej czekałem 3 minuty na wczytanie. Teraz czekam 3 sekundy.

Największa zmiana jakościowa to zdecydowanie 60 klatek na sekundę.

Ktoś mógłby napisać, że większe wrażenie robi oprawa wizualna. W Soulsach od zawsze kluczowe było jednak to, co skryte pod maską. Od pierwszego Dark Souls po Bloodborne, większość gier z mrocznego miotu miało problemy z oferowaniem odpowiednio płynnej rozgrywki. PS5 to zmienia, a możliwość gry w 60 klatkach jest gigantyczną zmianą jakościową. Tego typu techniczne, wymagające slashery muszą działać niezwykle płynnie. Graficzne wodotryski zawsze powinny być na drugim miejscu.

Co prawda Demon’s Souls dla PS5 oferuje alternatywny tryb kinowy w 30 klatkach i z natywną rozdzielczością 4K, ale gwarantuję wam: kto raz spróbuje rozgrywki w 60 fps, za żadne skarby nie przehandluje połowy klatek za więcej pikseli na ekranie.

Na szczęście również w 60 klatkach Demon’s Souls wygląda rewelacyjnie. To jedna z najładniejszych gier jakie kiedykolwiek powstały, łącząc nowoczesną grafikę z dużą liczbą detali oraz niezwykle klimatycznymi sceneriami. Wypadkowa tych trzech składowych tworzy wspaniały efekt końcowy. O ile wspaniałe może być zrujnowane królestwo pełne obłąkanych ludzi oraz groźnych demonów. Widoki utraconej cywilizacji momentami zapierają dech w piersiach.

Zejdźmy do poziomu niuansów: wyparowała szczypta melancholii.

Remake Demon’s Souls jest piękny, grywalny i uzależniający, ale jednego mi w nim zabrakło. Pewnej melancholii i pewnego dojmującego smutku, charakterystycznego dla oryginalnej odsłony. W pierwszym Demon’s Souls nawet rozmowa z kowalem potrafiła zmyć uśmiech z twarzy. Kwestie wypowiadane przez NPC były teatralnie przejaskrawione, przemycając duży ładunek smutku, złości czy żalu.

W Demon’s Souls dla PS5 linie dialogowe zostały nagrane na nowo. Jest profesjonalniej, ale jednocześnie mniej charakternie. Z kolei wyostrzona grafika odsłania wszystkie detale, nie zostawiając umysłowi miejsca na domysły. Szczególnie dziwnie czułem się, patrząc w bardziej szczegółowe oblicza postaci zgromadzonych w Nexusie. Dla części z was może to zabrzmieć dziwnie, ale ulepszona oprawa odziera Demon’s Souls z pewnej tajemniczości, budowanej na domówieniach i ogólnikach.

To jednak tylko narzekania fana będącego w wieloletnim, toksycznym związku z grami From Software. Dla osoby bez znajomości materiału źródłowego nowe Demon’s Souls może wydać się fascynujące. Oto bowiem gra w której możesz iść gdzie tylko chcesz, nikt nie ogranicza twoich ruchów, a pięć zróżnicowanych światów czeka na odkrycie i zdobycie. Co prawda istnieje pewna domniemana, właściwa kolejność przechodzenia Demon’s Souls, ale na pewno jej nie zdradzę. To właśnie w poznawaniu gry na własną rękę kryje się część magii.

Bluepoint Games nie zdecydowało się na nową krainę, ale zmian jest sporo.

Trzymałem kciuki za szósty świat - ten należący do gigantów - którego zniszczona brama stoi w Nexusie od 2009 r. Niestety, studio odpowiedzialne za remake nie chciało bądź nie mogło stworzyć dodatkowej lokacji. Dziwi mnie także, że nie udoskonalono systemu podróży. Przeskakiwanie między innymi krainami wciąż nie jest bezpośrednie. Zawsze musimy wracać do łącznika w postaci Nexusa. Tutaj również ulepszamy awatara, rozmawiamy z NPC i kupujemy podstawowe przedmioty.

Z drugiej strony w Demon’s Souls zmieniło się naprawdę wiele. Bluepoint dodało do gry nowe bronie, pancerze oraz przedmioty. Również takie jednorazowego użytku, jak nasiona gwarantujące tymczasową odporność na negatywne efekty, np. zatrucia. Do tego twórcy ciekawie zabawili się z przedmiotami leczącymi. Te są teraz znacznie cięższe. Co za tym idzie, gracz może ich nosić mniej. Koniec z 99 leczącymi trawami za pasem ma doprowadzić do krótszych i ciekawszych walk PvP.

Nowe są animacje postaci i przeciwników, powstałe dzięki sesjom mo-cap. W Londynie nagrano od zera ścieżkę dźwiękową, korzystając z orkiestry i chóru. Modele postaci odwzorowano zgodnie z oryginałami, ale dodano im szczegółowości. Lokacje wypełniono ozdobnikami, a drugi plan wzbogacono o dodatkowe elementy. Jedną z najciekawszych nowości jest jednak specjalny odwrócony tryb (odblokowuje się go w Nexusie). Aktywując go przechodzimy Demon’s Souls w odwróconej kolejności. Coś jak reverse track w grach wyścigowych. Wisienką na torcie jest tryb foto.

Bardzo dobry remake wybitnej gry, który wybitnie uzależnia.

Wszystko zaczęło się w Nexusie. Gdyby nie egzotyczne Demon’s Souls na PS3, nie byłoby serii Dark Souls. Bez niej nie powstałaby moda na tytuły souls-like, jak polskie Lords of the Fallen czy świetne Ni-Oh. From Software nie otrzymałoby również nagrody gra roku za Sekiro. Posiadacze PS5 mają wyjątkową okazję odkryć na własnej skórze, czym japońscy deweloperzy podbili świat, rezonując na globalną branżę gier wideo.

Demon’s Souls to hołd oddany oryginalnej grze, jednocześnie będący świetną bramą do poznania fenomenu całego subgatunku. Sony zabezpieczyło świetny, wymagający tytuł na start swojej konsoli, adresowany do bardziej wymagającej klienteli. Nie są to co prawda najlepsze Soulsy w historii, ale mają wywalczone miejsce na podium, razem z Bloodborne i pierwszym Dark Souls.

Największe zalety:

  • Wciąga, uzależnia, nie daje odejść od konsoli
  • Rozgrywka w 60 klatkach. Koniec z Soulsami 30 fps
  • Wierność oryginałowi połączona z rozsądnymi zmianami
  • Gra wygląda cudownie
  • Odkrywanie tego tytułu na własną rękę to masa niespodzianek, zachwytów i zaskoczeń

Największe wady:

  • Zawrotna cena
  • Brak szczypty melancholii
  • Gdzie moje królestwo gigantów?

Dzięki szybkiemu dyskowi SSD, krótkim czasom ładowania, wysokiej płynności i pięknej grafice Demon’s Souls wyrasta na asa PlayStation 5. Tytuł robi to, co ma robić: więzi przed konsolą, nie dając odejść od telewizora. Jeszcze jedno podejście. Potem kolejna próba. I jeszcze jedna. Godziny znikają przy tej grze tak szybko jak zebrane dusze, które tracę z każdą kolejną śmiercią awatara.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst