Gry  / Recenzja

Ghost of Tsushima Legends to darmowy dodatek co-op, który bawi lepiej niż niejedna pełna produkcja

Po zaledwie poprawnym Infamous: Second Son studio Sucker Punch zaskoczyło świat rewelacyjnym Ghost of Tsushima. Teraz zaskakuje po raz drugi za sprawą darmowego dodatku, który wprowadza rozgrywkę wieloosobową, dla wszystkich posiadaczy gry.

Gdy kilka miesięcy temu grałem w Ghost of Tsushima, przyszło mi do głowy, że świetnie infiltrowałoby się mongolskie posterunki oraz bazy ze znajomym, za pomocą sieci. Nie byłem w tej wizji osamotniony, ponieważ twórcy gry w pocie czoła pracowali nad wielkim rozszerzeniem do gry, wprowadzającym kooperacyjną rozgrywkę dla dwóch lub nawet czterech osób jednocześnie.

Ghost of Tsushima Legends to zupełnie osobny tryb, flirtujący z azjatyckim horrorem.

Wzorem wymagającego NiOh rozszerzenie Legends miesza cesarską Japonię z groteskowymi legendami. Już główna kampania GoT flirtowała z mitami i magią, a Legends dodaje do tego mrok, strach, demony i zjawiska nadprzyrodzone. Świat Legends jest jak mroczny wymiar po drugiej stronie lustra, do którego nikt ceniący sobie własne życie nie chce się zanurzać. Tutaj pojawia się gracz, ze swoim głodem poziomów doświadczenia i skarbów do zebrania.

Ghost of Tsushima Legends składa się z szeregu misji dla dwóch graczy oraz kilku czteroosobowych rajdów. Każda z misji ma dodatkowo trzy poziomy trudności. Trudność jest z kolei wyrażana w ogólnym poziomie ekwipunku i pancerza dla postaci. Coś jak Światło w Destiny. Każdy zebrany łuk, każda podniesiona katana i każdy zdobyty kunai ma własne statystyki, które przedkładają się na ogólną siłę bohatera.

Na mechanizm poziomów oraz statystyk przedmiotów nałożono system klasowy. Gracz wybiera między samurajem, roninem, zabójcą oraz łowcą. Każda profesja ma inne zdolności specjalne oraz potężne ataki. Przykładowo, łowca jest w stanie zabić trzech przeciwników jednocześnie atakiem dystansowym, podczas gdy ronin podnosi na odległość poległych towarzyszy oraz leczy ich rany. Tutaj po raz kolejny mógłbym porównać mechanikę rozgrywki do Destiny czy Warframe.

Wspólna infiltracja wrogich obozów jest dokładnie tak przyjemna, jak można to sobie wyobrazić.

Wystarczy, że nie zostaniemy połączeni z kompletnym idiotą, a czeka nas rewelacyjna przygoda. Wspólne przemieszczanie się od jednych zarośli do drugich, skakanie po dachach oraz zachodzenie przeciwników po cichu daje gigantyczną frajdę. Synchronizacja ataków dystansowych za pomocą czatu głosowego, a następnie jednoczesne zdjęcie kilku zbirów siedzących przy ognisku - bajka. Po prostu bajka. Człowiekowi przypominają się najlepsze momenty z Ghost Recon Wildlands.

Świetne jest to, że wachlarz ruchów w Legends nie różni się od tego z głównej kampanii. Możemy wysadzać beczki z prochem, bujać się na linie z hakiem, zachodzić przeciwników od tyłu czy wspinać się po gzymsach i ścianach. Jedyne ograniczenie to brak pojedynków jeden-na-jednego, które decydowały o życiu i śmierci za pomocą szybkiego cięcia. Najwyraźniej producenci nie mieli pomysłu, jak wprowadzić ten mechanizm do gry wieloosobowej, aby drugi gracz nie wykorzystywał takiego pojedynku, zachodząc wspólnego wroga podstępem.

Żeby nie było zbyt łatwo, demoniczni przeciwnicy zyskali dodatkowe umiejętności.

Przykładowo, mroczna kapłanka samą swoją obecnością leczy sojuszników dookoła, na znacznym obszarze. Gracze najpierw muszą wyeliminować właśnie ją, aby później zająć się pozostałymi przeciwnikami. Innym ciekawym urozmaiceniem jest system więzi. Część wrogów została połączona krwistym łańcuchem. Dopóki żyje chociaż jeden z nich, reszta może powstać zza grobu, ponownie stając z nami do walki.

Największy wpływ na trudność rozgrywki mają jednak wcześniej wspomniane sugerowane poziomy ekwipunku. Gracz na 20 poziomie biorący udział w 30-poziomowym rajdzie staje się wyłącznie obciążeniem dla pozostałych członków drużyny. Ci będą musieli go regularnie reanimować, tracąc cenne sekundy, podczas gdy powinni bronić punktów kontrolnych przez kolejnymi falami wrogów.

Ghost of Tsushima Legends stanowi świetną odskocznię od głównej kampanii.

Autentycznie żałuję, że moduł nie był dostępny na premierę gry. Uciekałbym do niego za każdym razem, gdy kampania fabularna zaczynała wydawać się zbyt powtarzalna oraz monotonna. Kooperacyjne misje wprowadzą do gry poczucie świeżości i zróżnicowania. Wystarczy wejść do głównego menu, przełączyć się między modułami i gotowe. Samo oczekiwanie na rozgrywkę w sieciowym lobby Legends to kwestia kilku - kilkunastu sekund.

Biorąc pod uwagę rozmiar, długość i zawartość sieciowego dodatku, nie mam wątpliwości, że wielu wydawców próbowałoby opublikować Ghost of Tsushima Legends jako osobną grę. Coś jak niesławny Metal Gear Survive sprzed kilku lat. Sony do spółki ze Sucker Punch wykazało się jednak prokonsumenckim podejściem, oferując kapitalne rozszerzenie w cenie podstawowej gry. Szacun.

przeczytaj następny tekst