Bezpieczeństwo  / Lokowanie produktu

Jak zabezpieczyć dom przed wakacyjnym wyjazdem? Kilka prostych porad, które niedługo sam przetestuję

Pierwsza zasada zabezpieczenia domu na czas urlopowego wyjazdu? Nie chwal się publicznie, że na niego wyjeżdżasz. Druga zasada? Nie zdradzaj nikomu szczegółów swojego systemu bezpieczeństwa. Dziś złamię obie te zasady.

Oczywiście zrobię to tylko teoretycznie, bo na urlop na razie się nie wybieram, ale to dobry wstęp do tego, żeby od razu przejść do punktu trzeciego. Przy czym nie będzie on brzmiał „kup i zamontuj z wykorzystaniem fachowców kosztujący tysiące złotych system alarmowy". Możemy się na wakacyjny wyjazd przygotować dużo łatwiej i taniej.

Zamontuj kamery. Czasem wystarczy nawet jedna.

Absolutna podstawa - nawet po to, żeby po prostu sprawdzić, czy wszystko jest ok i spokojnie pójść spać w hotelowym łóżku. Choć zdecydowanie warto zadbać o to, żeby domowe kamery miały trochę większe możliwości.

Jakie? Przydałby się chociażby czujnik ruchu, bez którego kamera bezpieczeństwa jest właściwie bezużyteczna, bo wymagałaby stałego monitorowania rejestrowanego obrazu, żeby wychwycić faktycznie niebezpieczne sytuacje. Ważne też, żeby - choć może to być oczywiste - ten czujnik był wystarczająco dobry, a także sama kamera odpowiednio szybko komunikowała się z aplikacją mobilną. Nic nam przecież nie przyjdzie z ostrzeżenia o ruchu, jeśli dostaniemy je z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem.

I tak np. jedną z kamer mam ustawioną w kuchni - tak, że wychwytywany jest nie tylko ruch bezpośrednio w kuchni i korytarzu (nie ma między nimi ściany), ale i w kuchennym oknie, koło którego może przechodzić ktoś, kto nie powinien się znajdować w okolicy mojego domu.

Tutaj przykład powiadomienia o wykryciu ruchu w aplikacji TP-Link Tapo. Powiadomienie wysyłane jest właściwie natychmiast, nawet jeśli nie przebywamy w zasięgu tej samej sieci WiFi.

Drugą istotną kwestią jest to, żeby kamera posiadała tryb odpowiednio skuteczny tryb nocny, bo w końcu nikt nie wyjeżdża na tydzień czy dwa, zostawiając w domu zapalone wszystkie światła.

Tak wygląda obraz z kamery TP-Link Tapo C100 w trybie nocnym. Uruchamia się on automatycznie po wykryciu odpowiednich warunków. Zasięg wykrywania ruchu w ciemności - do 9 m..

Zdecydowanie warto też poszukać kamer, które oferują złącze na karty microSD, zamiast skazywać użytkownika na kosztowne abonamenty. W końcu materiały wideo rejestrowane w 1080p (tak jak robią to kamery, które obecnie mam w domu) mogą mieć spore rozmiary i dobrze jest je przechowywać lokalnie. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dostęp do nich uzyskać bezprzewodowo, z poziomu aplikacji - karta microSD pełni tutaj tylko rolę lokalnej pamięci.

W przypadku większych pomieszczeń albo takich o bardziej skomplikowanej konstrukcji, warto też rozważyć zakup kamery z obrotową głowicą. Dzięki temu możemy ją - nawet będąc daleko od domu - w dowolnej chwili przestawić tak, żeby monitorowała interesujący nas obszar. Jedną z kamer, oferujących taką funkcję, jest Tapo C200, którą testuję i której recenzja (razem z recenzją całego systemu) niedługo pojawi się u nas w serwisie.

Ostatnią sprawą, o której dość często się zapomina, są najbardziej podstawowe sposoby, którymi można odstraszyć złodzieja. I tak np. TP-Link Tapo C100, który aktualnie znajduje się w mojej kuchni, oferuje dwie takie opcje.

Pierwszą jest alarm dźwiękowy i świetlny, który jest tym, na co wskazuje opis. Jeśli kamera jest w trybie uzbrojonym i wykryje ruch, zacznie naprawdę głośno wyć i migać oświetleniem. Może i nie zadziała to na każdego złodzieja, ale sporą część z nich pewnie skutecznie odstraszy, sugerując, że możemy mieć w domu pełnoprawny system alarmowy i zaraz na miejscu pojawi się np. firma ochroniarska.

Warto przy tym upewnić się, że taki tryb ma opcję ustawiania harmonogramu - chyba że chcemy za każdym razem uruchamiać i wyłączać go ręcznie, prawdopodobnie zapominając o jednym i drugim. Tyle dobrze, że w przypadku produktów z serii Tapo można to zrobić zdalnie z poziomu aplikacji, choć... i tak lepiej ustawić sobie po prostu harmonogram.

Niesamowicie przydatne może się też okazać opcjonalne wybieranie stref, które warto monitorować. Przykładowo nie chcemy mieć aktywowanego co chwila alarmu, bo w dziecięcym pokoju mamy podwieszone zabawki, które potrafią się bujać od delikatnego powiewu wiatru.

Teraz nie dostanę powiadomienia, jeśli pluszowy miś się poruszy.

Drugim środkiem odstraszającym może być... wbudowany głośnik, który również znalazł się w C100. Przeważnie kamery oferują wyłącznie mikrofon, co uniemożliwia przesyłanie dźwięku w drugą stronę. A szkoda, bo w ten sposób - po otrzymaniu alertu na temat wykrytego ruchu - można np. zacząć udawać rozmowę, dzięki czemu potencjalnego włamywacza odstraszymy pewnie jeszcze skuteczniej, niż korzystając z syreny alarmowej.

I tym sposobem przechodzimy do punktu czwartego naszego krótkiego niezbędnika:

Zrób wszystko, żeby wydawało się, że nigdzie nie wyjechałeś.

Wbudowany głośnik i udawanie rozmowy albo alarm w kamerze będą w wielu przypadkach skuteczne, ale zadziałają dopiero wtedy, kiedy ktoś faktycznie zacznie się dobierać do naszego domu - po tym, jak już założy (np. po braku samochodu na podjeździe), że nikogo w nim nie ma. Warto zadbać o to, żeby nawet taki pomysł nie przyszedł potencjalnemu włamywaczowi do głowy.

Jak to zrobić? Można oczywiście bawić się w skomplikowane smart domowe systemy ze sterowaniem rolet i tak dalej, ale jeśli ktoś jest tuż przed urlopem, to raczej nie rozważa takich zabiegów. Można za to szybko i wygodnie, bez żadnego dłubania po gniazdkach, zasymulować naszą obecność. Przy czym najprostsze metody są dwie.

Pierwszą może być smart gniazdko, takie jak np. testowane przeze mnie Tapo P100. Jest niewielkie, więc nie będzie nam przeszkadzać np. w wielogniazdkowych i wielowtyczkowych instalacjach, a do tego jego konfiguracja i obsługa jest banalna. Wkładamy je do kontaktu, łączymy z aplikacją (kilkadziesiąt sekund roboty), podłączamy np. lampkę nocną i... tak, to wszystko.

Od tej pory możemy z dowolnego miejsca i o dowolnym czasie uruchomić zasilanie podłączonego urządzenia, a co za tym idzie - np. włączyć wspomnianą lampkę.

Prostsze to już chyba być nie mogło.

Takie manualne (nawet jeśli zdalne) uruchamianie może być jednak dla obserwatorów naszego domu niezbyt wiarygodne, natomiast dla nas - uciążliwe. Jeśli zapomnimy się w wakacyjnym szaleństwie i zostawimy włączoną lampkę nocną na cały tydzień, to nikt nie uwierzy, że ktoś jest w domu.

Dlatego rozwiązania mogą być dwa. Albo jest nim harmonogram, najlepiej inny dla każdego dnia, albo - choć nie w każdym systemie go znajdziemy - dedykowany system wyjazdowy.

Takie coś znajdziemy zresztą w aplikacji Tapo. Zamiast mozolnie tworzyć ręcznie wiarygodny harmonogram, możemy po prostu kliknąć „Tryb poza domem”, wybrać zakres godzin aktywacji (albo np. ustalić ten zakres na między zachodem a wschodem słońca) i to tyle - zrobione. A właściwie zrobione po naszej stronie, bo resztą zajmie się maszyna losująca.

Ja wstawiłem sobie testowe gniazdko... do łazienki, która ma okno tuż przy drzwiach wejściowych (nie pytajcie). Wprawdzie jest ono zasłonięte roletami, ale przez szpary w rolecie na zewnętrz przedostaje się światło i nie mam wątpliwości, że każdy, kto będzie się kręcił nocą przy drzwiach, je zauważy.

A co jeśli nie mamy w odpowiednim miejscu żadnej lampki wpinanej do gniazdka, tylko same lampy podłączone na stałe do instalacji elektrycznej? To też nie musi być problemem, bo wtedy wystarczy się uzbroić w smart żarówkę, taką jak np. L510E. Nie musi być kolorowa, nie musi mieć miliona funkcji - wystarczy, że można nią zdalnie sterować.

I że można jej ustawić podobny harmonogram albo tryb wyjazdowy, jak w przypadku omawianego gniazdka. W rezultacie będziemy mieć już potencjalnie dwa niezależne od siebie źródła oświetlenia, które same zaświecają się o losowych porach. To już może wyglądać naprawdę wiarygodnie.

Wiedza bonusowa: to wcale nie musi być kosmicznie drogie.

Chociażby patrząc na przykład tego systemu, który aktualnie testuję i na którym bazowałem w tym tekście.

Przykładowo nie jest w nim w ogóle wymagana tzw. bramka, czyli już mamy potencjalnie zaoszczędzonych kilkaset złotych. Poszczególne sprzęty łączą się bezpośrednio z naszym routerem, a potem dalej ze światem i naszą aplikacją w telefonie.

Po drugie - żadne z tych urządzeń nie powala na kolana kosztem zakupu. Gniazdko Tapo P100 kosztuje... zaledwie 59 zł (!). Żarówka L510E kosztuje nieco ponad 100 zł. Za kamerę C100 zapłacimy mniej niż 120 zł, natomiast za obrotową kamerę C200 - ok. 140 zł. Czyli wydajemy kilkaset złotych i mamy całkiem sensowny system monitorowania domu na czas naszej nieobecności i - co może jest nawet ważniejsze - symulowania naszej obecności.

A jak te porady spisują się w praktyce?

O tym przekonam się już niedługo. Oczywiście nie jadąc na urlop, bo przecież nie można się publicznie chwalić, że się to robi...

Tekst powstał we współpracy z TP-Link

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst