Tech  / Felieton

Prezydent podpisał Kartę Wolności w Sieci. Sprawdzamy punkt po punkcie, co obiecuje Duda

254 interakcji
dołącz do dyskusji

Andrzej Duda - czy raczej jego doradcy - uznali, że w ramach walki o wyborcze głosy trzeba podkreślić, jak ważny jest internet i nasze prawa w nim. Tyle, że postulaty Karty Wolności w Sieci są albo nieaktualne, albo powinny być już dawno przez rząd załatwione. Do obecnych wyzwań prezydent w ogóle się nie odnosi.

- Wolność, wolność i jeszcze raz wolność. Ja byłem przez całe lata posłem opozycji, politykiem, który miał często trudności, aby dostać się do centralnych mediów. Wiem najlepiej, jaka jest wartość internetu, jako przestrzeni, gdzie możesz wypowiedzieć się spokojnie, gdzie możesz się wypowiedzieć swobodnie, gdzie możesz rzeczywiście powiedzieć to, co chcesz, wyrazić swoje zdanie i podzielić się tym zdaniem z innymi - zarzekał się Andrzej Duda podczas spotkania w Sulęcinie w województwie lubuskim, gdzie - jak się chwalił - udało się doprowadzić szerokopasmowy internet do prawie każdego domu.

Prawie każdego. I taki „prawie” jest cały internetowy program Dudy. Przyjrzyjmy się mu punkt po punkcie. Ale przyjrzyjmy się także temu czego w ogóle nie zawiera. 

Internet dla każdego. Dostęp do internetu prawem każdego człowieka. 

Kiedy Andrzej Duda w swoim wyborczym autobusie nagrywa filmiki przekonujące, jak ważne jest to, by światłowód został doprowadzony do każdego gospodarstwa domowego i budynku użyteczności publicznej i by zapewnić Polakom dobry zasięg sieci mobilnej, nietrudno przytaknąć. 

Pamiętam jednak, że w 2006 r. ówczesny minister spraw wewnętrznych i administracji Ludwik Dorn (to były czasy rządów PiS), wysłał podobny naszpikowany elektroniką N@utobus, który miał dowieźć światełko nadziei, czyli internet, do małych miasteczek i miejscowości. Jeździłam z nim wtedy po mazurskich wsiach i oglądałam zapowiedzi MSWiA, które obiecywało ustami Dorna, że „Przywieziemy internet tam, gdzie może słyszano o nim w telewizji, ale nigdy nie widziano go na oczy”.

Takie opowieści miały sens 14 lat temu. A dziś? Dziś postulat prezydenta Dudy już powinien być zrealizowany. Nie tylko dlatego, że jest oczywisty, ale również z powodu zobowiązań, jakie nałożyła na nas Unia Europejska. Zgodnie w wytycznymi przyjętej 10 lat temu Europejskiej Agendy Cyfrowej, w 2020 roku każdy obywatel UE miał znajdować się w zasięgu internetowego łącza nie wolniejszego niż 30 Mb/s, a co najmniej połowa ma korzystać z internetu z prędkością co najmniej 100 Mb/s.

Dziś nagle Duda obiecuje:

- Każdy z nas taki szerokopasmowy internet będzie miał, wierzę w to, że w ciągu najbliższych 5 lat ten program internetu dla każdego uda nam się zrealizować. 

A przecież Unia nie tylko nas do takiego pokrycia siecią zobowiązała, ale i dała na to konkretne środki. W latach 2007 - 2013 takie dopłaty na budowę tzw. internetu ostatniej mili (czyli podłączanie tych miejsc, które dla operatorów były niekorzystne biznesowo np. malutkich wsi) i na walkę z wykluczeniem cyfrowym, UE wydała niemal 600 mln euro. Kolejny miliard, także na budowę szerokopasmowego internetu doszedł w obecnie kończonym budżecie Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa zaplanowanym na lata 2014-2020.

Póki co, idzie nam tak świetnie, że jak wylicza indeks gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI), pod kątem cyfryzacji wciąż tkwimy w ogonie Europy. Owszem, awansowaliśmy o dwa miejsca, ale i tak za nami jest tylko pięć państw: Cypr, Włochy, Grecja, Rumunia i Bułgaria.

TAK dla wolności, NIE dla cenzury 

Walka z cenzurą zawsze brzmi dobrze, ale to czym jest i jak jest chroniona wolność słowa w sieci, mocno się zmieniło w ostatnich latach. Dziś internet nie jest już poletkiem pierwszych entuzjastów, którzy widzieli w nim lekko anarchistyczne miejsce do nieskrępowanej działalności. 

Dziś wiemy i widzimy, że trzeba internet także regulować i chronić w nim prawa wielu różnych grup. Nie tylko mitycznych „internautów”, ale konkretnie: twórców, wydawców, dzieci, osób prywatnych, publicznych. I w taką stronę idą kolejne próby regulacji podejmowane na całym świecie. 

Zamiast takiej dyskusji Duda szafuje hasłem „Acta 2”, które zostało wylansowane przez lobbystów wielkich cyfrowych platform, by zdyskredytować przyjętą ponad rok temu dyrektywę o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Gdy się pisze jej pełną nazwę, już nie brzmi tak groźno jak ACTA2? I jest znacznie mniej dla zwykłego użytkownika internetu interesująca, bo dotyka kwestii publikowania i monitorowania treści w internecie tak, by w ogromnej mierze chronić prawa wydawców. 

To nie są rozwiązania idealne. Wręcz przeciwnie, pewne ich zapisy - szczególnie art 13. wprowadzający obowiązek filtrowania treści pod kątem praw autorskich - budziły i budzą obawy. Ale jak to bywa z prawem unijnym, ono musi być szczegółowo implementowane i opisane w krajowym porządku i można tak je sformułować, by chroniło nie tylko właścicieli praw autorskich ale i użytkowników. Zamiast tego PiS od początku populistycznie woli używać hasła „ACTA 2” i ucieka od trudnego tematu regulacji internetu. 

Kolejna obietnica Dudy, który zapewnia, że zadba o przejrzystość mechanizmów na podstawie, których duże platformy cyfrowe moderują treści, jest znacznie bardziej na czasie. I to od … kilku dobrych lat. Póki co rząd zrobił tyle, że zawarł umowę z Facebookiem. Na jej podstawie osoby, którym serwis Zuckerberga zablokuje konto lub skasuje jakieś treści mogą zgłosić się do specjalnego punktu kontaktowego przy NASK i tam się odwołać. Warto wiedzieć, że polska administracja nie ma na ten proces żadnego wpływu ani kontroli. Jest tylko pośrednikiem. 

Postulaty walki o wolność w sieci brzmią w ustach Andrzeja Dudy szczególnie zabawnie. Przecież to rząd PiS w ostatnich latach przeforsowywał kolejne kontrowersyjne rozwiązania w tę wolność uderzajace. Przyjął ustawę policyjną, dającą służbom dostęp do naszych „ruchów sieciowych„, póżniej ustawę antyterrorystyczną z pozwoleniem hakowania i blokowania nawet na cztery miesiące stron internetowych, i to bez zgody sądu przez ABW. Wreszcie to za kadencji PiS-u dokonano sporego wyłomu w tym, co postrzegamy jako „cenzurę internetową” i stworzono rejestr zakazanych domen oferujących hazard. Łącznie jest dziś w nim niemal 11 tys. witryn, do których operatorzy muszą blokować dostęp. 

Dalsza cyfryzacja administracji - żeby nikt nie musiał chodzić do urzędu

I znowu można przyklasnąć. Najwyższa pora, by faktycznie wszystko, co się da w kontaktach z urzędami, można załatwiać zdalnie. Szczególnie, że większość z zapowiedzi Dudy zaczęto wdrażać mniej więcej około dekady temu i wciąż w dużej mierze nie są to projekty skończone. 

3 lata temu ówczesna minister cyfryzacji Anna Streżyńska zapowiedziała powstanie portalu gov.pl - jako jednej bramy dla całej e-administracji. I powstał. A teraz prezydent obiecuje, że będzie działał. Świetnie. 

Podobnie z projektem e-Zdrowie. Prace nad nim zaczęto w 2008 r. i miały się skończyć początkowo w 2014 roku. Potem je kilka razy przekładano, by wreszcie w 2016 roku przyznać się Komisji Europejskiej (mieliśmy na to ponad 700 mln zł z dotacji unijnych ), że nie udało nam się zbudować wielkiego systemu do elektronicznej obsługi służby zdrowia i pacjentów.

KE zgodziła się warunkowo przedłużyć nam termin do... końca 2019 roku. Udało się z e-receptami i e-zwolnieniami. Reszta obietnic Dudy to tak naprawdę rozwiązania, które już powinny działać. Szczególnie w czasie pandemii było widać, jak bardzo ułatwiłoby funkcjonowanie służby zdrowia gdyby np. działał pełen elektroniczny obieg dokumentacji medycznej między wszystkimi ośrodkami służby zdrowia.

Równy start w cyfrowy świat dla każdego ucznia

Prezydent obiecuje internet dla każdego ucznia, darmowy internet w każdej szkole, multimedialne pracownie, służbowy sprzęt dla nauczycieli, darmowe cyfrowe podręczniki. Ponownie: na to wszystko (za wyjątkiem sprzętu dla nauczycieli) już były rządowe programy, konkursy i dotacje unijne. Czasem nawet po kilka razy. 

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna wdrażana przez Ministerstwo Cyfryzacji, polegająca nie tylko na podłączeniu każdej szkoły do internetu, ale także na stworzeniu specjalnej platformy edukacyjnej z treściami cyfrowymi dla szkół, budowana jest od 2018 roku. Budżet na nią wynosi 320 mln zł z dotacji oraz 1,3 mld zł budżetowych na utrzymanie do 2022 roku. Tyle, że dopiero lockdown i zamknięcie szkół pokazały, jak ważny to projekt, szczególnie że zapowiadana platforma edukacyjna wciąż nie działa. 

Więc ponownie: brawo za postulaty, które już powinny być wdrożone. 

Nie dla podatku od smartfonów

Chronimy, by wasze smartfony nie były droższe! Brzmi świetnie, bo kto by chciał płacić więcej. Szczególnie za coś, czego nie rozumie. Większość ludzi zaś nie wie o co chodzi w tym całym podatku od smartfonów. A chodzi o
rekompensatę za tzw. dozwolony użytek. Płacimy ją kupując płyty CD (jeżeli ktoś je jeszcze kupuje) i każde inne urządzenie do nagrywania. Płacimy, używając kserokopiarek i skanerów, płacimy nawet wypożyczając książki z biblioteki. Wywalczyły to organizacje chroniące praw autorów jako rekompensatę za to, że mamy prawo skopiować książkę, film czy muzykę na użytek własny i podzielić się tym z bliskimi - rodziną, znajomymi.

Od lat organizacje te walczą by taką opłatą objąć też smartfony, bo mamy w nich aplikacje do skanowania, bo nagrywamy nimi. Oczywiste jest, że dziś to streaming, a nie przenoszenie plików jest głównym sposobem konsumpcji takich dóbr. Więc taka opłata reprograficzna jeżeli powinna być na smartfony nałożona, to jakąś dekadę temu.

A dziś? Dziś to nic więcej jak temat zastępczy.

Czego nie ma w postulatach Dudy?

Gdy kolejne gospodarki światowe dyskutują o wdrożeniu podatków cyfrowych od największych platform, jak Google, Facebook, Netflix, czy Apple, polski rząd nie potrafi wypracować jasnego stanowiska. A raczej woli o podatku jak najrzadziej wspominać, bo jest on nie na rękę Stanom Zjednoczonym, o których wsparcie Duda i PiS aktywnie walczą. Więc kiedy cała niemal Europa stara się wypracować model lepszej kontroli wielkich graczy technologicznych, którzy zarabiają na europejskich klientach, polski rząd chce nas chronić przed podatkiem od smartfonów, który zapewne i tak nawet nie wejdzie do sejmowych dyskusji. 

W Karcie Wolności w Sieci Dudy zresztą więcej jest niedopowiedzeń. Nie ma w niej ani słowa o tym jak budować sieć 5G. Nie podnosi coraz trudniejszego tematu suwerenności cyfrowej w świecie, w którym ścierają się dwie potęgi czyli Chiny i Stany Zjednoczone. Nie ma w niej słowa o walce z dezinformacją. Nie podnosi kwestii konieczności kontroli funkcjonowania algorytmów i wdrażania sztucznej inteligencji. 

To te zagadnienia dziś są w centrum debaty o tym czym jest gospodarka cyfrowa, jak ją regulować i jak chronić interesy wszystkich jej uczestników. 

Postulaty prezydenta zatrzymały się gdzieś na tym poziomie N@utobusa, który wiózł wykluczonym wioskom laptopy i wizję internetu dobre kilkanaście lat temu. Słaba to wróżba dla dalszego innowacyjnego rozwoju Polski.   

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst