Gry  / Recenzja

Gramy bez prądu: Sprawdzamy jakość zestawów Cobi World of Tanks na przykładzie popularnego czołgu IS-7

Picture of the author

Miłośnicy klocków zapewne wiedzą, że LEGO nie sprzedaje modeli nawiązujących do maszyn oraz pojazdów bojowych. Tę lukę wypełnia Cobi, nawiązując współpracę m.in. z twórcami gier World of Tanks oraz World of Warships. Postanowiłem sprawdzić, jak wypada jakość czołgu z WoT, wybierając niebanalny model IS-7.

Czołg IS-7 to bardzo pechowy reprezentant radzieckiej myśli zbrojeniowej. Maszyna najpierw nie spełniła oczekiwań na poligonie testowym. Jej prędkość robiła wielkie wrażenie na wojskowych, dopóki silnik pojazdu nie stanął w ogniu, a załoga nie była zmuszona do ewakuacji. Później - niezależnie jak dziwnie by to nie brzmiało - czołg został ofiarą leningradzkiej czystki politycznej z 1949 r.

Współcześnie zachował się tylko jeden model IS-7. Za to każdy może się nim przejechać w WoT.

IS-7 to jeden z najpopularniejszych superciężkich czołgów w całej grze. Maszyna X szczebla regularnie ląduje w fanowskich zestawieniach najlepszych tanków, posiadając liczne grono wiernych czołgistów. Zapewne to właśnie popularność pojazdu sprawiła, że wirtualny czołg został zamieniony w jak najbardziej prawdziwy i namacalny zestaw klocków. Właśnie go złożyłem i chciałbym opowiedzieć, czy faktycznie jest wart 169 zł.

IS-7 to czołg dosyć nietypowy, więc i my zaczniemy nietypowo: od końca. Już po złożeniu model wygląda naprawdę dobrze, nawet bez naklejonych na niego ozdobników. Początkowo bałem się, że ze względu na ograniczenia plastikowych elementów, tank nie będzie odpowiednio spłaszczony i zaokrąglony na przedzie. I chociaż pancerz przedni faktycznie mógłby być bardziej pochylony, tak sama wieża wygląda już rewelacyjnie. Szkoda tylko, że Cobi zdecydowało się na ząbkowane zejście na przedniej płycie.

Analizując szczegóły, można się także przyczepić do mocowania armaty z wieżyczką. Aby zachować możliwość pionowego ruchu armatą, element znacząco różni się od tego widocznego na muzealnym eksponacie. Ostatnim mankamentem jest oczywiście sam czołgista, którego najlepiej schować z powrotem do pudełka, aby nie paskudził widoku. Finalny efekt jest zaskakująco pozytywny, gdy weźmiemy pod uwagę cenę pudełka, rozmiary modelu, poziom odwzorowania, liczbę szczegółów oraz elementy ruchome. Inne militarne serie Cobi zdecydowanie zostają w tyle.

Klockowy IS-7 porusza się na gąsienicach, o ile znajdzie odpowiednie podłoże.

Plastikowe gąsienice (łączone kawałek po kawałku, z możliwością własnej regulacji napięcia) oraz liczne koła to ruchome elementy, umożliwiające poruszanie czołgiem po przyłożeniu go do ziemi. Podłoże musi być jednak odpowiednio przyczepne, ponieważ na śliskich powierzchniach czołg stoi w miejscu. Wystarczy jednak położyć go na dywanie, a gąsienice od razu idą w ruch.

Płaska, gruba wieża IS-7 obraca się w pełnych 360 stopniach, z kolei armata podnosi się i opada. Ruchome są także trzy włazy wieży oraz klapa silnikowa. Niestety, ta ostatnia otwiera się w fatalny sposób i musiałem sobie pomagać wykałaczką, aby pokazać wam silnik. Na szczęście nie płonął, w przeciwieństwie do tego testowanego w 1949 r. na prawdziwym poligonie wojskowym. Swoją drogą, architekci prawdziwego IS-7 mieli wtedy wielkiego pecha. Maszyna została bowiem wyposażona w potrójny system przeciwpożarowy. Nie zadziałał jednak ani razu.

Cobi IS-7 z World of Tanks - ocena procesu budowania.

Przez pierwszą część tworzenia czołgu mamy do czynienia z czymś, co nazywam zalewaniem betonem. To mało subtelna, mało wyrafinowana technika kładzenia klocka obok klocka, wypełniając w ten sposób wnętrze budynku czy pojazdu. Wnętrze, które powinno być przecież zagospodarowane i wyposażone w jakieś detale, jak meble (mieszkania) czy kokpity (pojazdy). Niestety, IS-7 został zabetonowany, nie licząc silnika oraz małego wcięcia pod włazami w wieży.

Czołg w zasadzie nie ma środka. Szkoda, bo IS-7 to pięcioosobowa maszyna, w której jeden pocisk armaty ma masę aż 60 kg. Stąd konieczność współpracy dwóch ładowniczych. Tych smaczków nie dostrzeżemy w modelu Cobi, gdzie strefę wieży oraz strefę kierowcy zalano prostymi, czarnymi, prostokątnymi klockami. Zabawa z IS-7 zaczyna się dopiero w drugiej części projektu, gdzie zajmujemy się pancerzem, dodatkami, ozdobnikami, gąsienicami czy lufą. Wtedy robi się najciekawiej.

Ze względu na dosyć niską cenę zestawu, Cobi IS-7 buduje się w oparciu o tę samą zasadę, co w przypadku większości budżetowych modeli u każdego producenta klocków: im bliżej finału, tym lepiej. Mało finezyjne zalewanie betonu z czasem przeradza się w montowanie takich detali jak skrzynka z nabojami dla tylnego karabinu automatycznego czy prowadzenie lin nad przednim pancerzem. W ostatecznym rozrachunku stosunek ceny do jakości zestawu wypada korzystnie, z kolei sam złożony czołg prezentuje się naprawdę okazale.

Chciałoby się więcej.

Po złożeniu IS-7 odruchowo zajrzałem na witrynę producenta klocków, szukając większych i bardziej wymagających zestawów. Niestety, na ten moment Cobi oferuje jedynie modele World of Tanks w przedziale cenowym 120 - 180 zł. Z chęcią zapłaciłbym dwa razy tyle za większy, nafaszerowany dodatkowymi detalami oraz zaprojektowany również od środka czołg. Bojowa maszyna stanowi bowiem bardzo ciekawe, efektowne wizualnie przełamanie na półce z modelami LEGO.

M.in. z tego powodu moją uwagę przykuła inna seria Cobi powstała we współpracy z Wargaming. Chodzi o World of Warships. Niektóre okręty wojenne od polskiego producenta klocków są gigantyczne! Na przykład składający się z ponad 3000 elementów, długi na ponad 90 cm Graf Zeppelin. Zabawkowa fanaberia za tysiąc złotych to jednak coś, co będzie mi bardzo trudno wytłumaczyć przed domownikami.

Czytaj również:

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst