Gry  / Recenzja

Po 40 godzinach przeszedłem Final Fantasy VII Remake. Piękna przygoda, duże zaskoczenie, ale 10/10 nie dam

Final Fantasy VII Remake to pierwsza gra wideo zbierająca tak wysokie oceny od czasu Breath of the Wild. Rozumiem zachwyty stojące za tym tytułem. Gdy jednak pomyślę o własnych 40 godzinach wspaniałej przygody, jestem pewien: gra nie zasługuje na 10/10. Zdania nie zmienię nawet rozrywany przez fanów na strzępy.

Jakim to prawem nie przyłączam się do zgodnego chóru zachwytów nad Final Fantasy VII Remake? Ano takim, że to właśnie oryginalne FFVII z PSX-a zmieniło sposób, w jaki patrzę na gry wideo. Przygody Clouda były moim pierwszym kontaktem z konsolową produkcją o tak rozbudowanych dialogach, tak wielu postaciach i tylu zwrotach akcji. Dzięki Final Fantasy VII odkryłem, że epickie historie są możliwe do opowiedzenia nie tylko na PC, ale również na konsoli. FFVII zmieniło moją optykę. Sprawiło, że spojrzałem na swoje PlayStation jak na coś więcej niż maszynkę do Tomb Raidera, Spyro i Resident Evil.

Pokochałem Final Fantasy VII. Spędziłem tygodnie ze słownikiem języka angielskiego na kolanach. Grałem w tytuł tak dojrzały narracyjnie, tak zniuansowany, że początkowo nie mogłem w to uwierzyć. Gdy na moment odrywałem się od telewizora kineskopowego, indoktrynowałem rodzinę i znajomych: - To jest przełom. Zaciera się różnica między grą i filmem! - Najbliźsi stukali wtedy palcem w czoło, ale ja wiedziałem swoje. Zakochałem się w FFVII nie jak w grze, ale jak w medium przyszłości. Właśnie ten tytuł miał decydujący wpływ na to, że nie wróciłem do grania na PC przez wiele kolejnych lat.

Dlatego, gdy debatuję nad Final Fantasy VII Remake i ktoś zarzuca: - nie rozumiesz gry, bo nie jesteś prawdziwym fanem! - uśmiecham się pod nosem.

Ależ byłem. Nie tylko fanem. Wręcz fanatykiem. Final Fantasy VII na PSX, Crisis Core na PSP, Dirge of Cerberus na PS2, Advent Children w wersji reżyserskiej - wszystko to pochłonąłem kilkukrotnie. Nie powstrzymałem się nawet przed mobilnym Before Crisis z 2004 r., całościowo odtworzonym w edytorze RPG Maker. Gdy więc ktoś zarzuca mi brak serca dla Clouda i jego drużyny, to nie wie, że serducho musiałem przenieść do sąsiedniego pokoju, bo w gościnnym już się nie mieściło.

Zapewne właśnie ta miłość do kompilacji Final Fantasy VII sprawiła, że nie potrafię cieszyć się FFVIIR tak, jakbym sobie tego życzył. Proszę, nie zrozumcie mnie źle: to kapitalna gra warta waszych pieniędzy, waszego czasu i waszej uwagi. Nie mam co do tego żadnej wątpliwości. Wątpię jednak aby Remake było dla branży tym, czym było oryginalne FFVII w latach 90. To nie jest wizjonerskie dzieło. To nie jest rewolucyjna produkcja. To nie jest produkt pozbawiony wad.

Final Fantasy VII Remake ma wiele elementów 10 na 10. Na przykład walkę i system materii.

Square Enix stworzyło najlepszy model walki w systemie Active Time Battle (ATB), z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Mieszanka swobodnej konfrontacji, odnawiającego się paska akcji, unikalnych umiejętności oraz odmiennych stylów rozgrywki dla każdego bohatera w drużynie to prawdziwa bomba. Gdy podczas walki przełączymy się z dzierżącego miecz Clouda na Barreta wyposażonego w działo maszynowe, rozgrywka zmienia się diametralnie. Niemal dwie różne gry.

Cloud. Barret. Tifa. Aerith. Każda z grywalnych postaci opiera się o zupełnie inne mechanizmy. Główny bohater korzysta z systemu parowania, odpłacając potężnymi cięciami miecza za ataki wroga. Barret to głównie dystansowy strzelec, który zalewa wroga serią pocisków. Tifa jest ofensywną wojowniczką walczącą w zwarciu, dla której stworzono specjalny system warstw. Gracz najpierw buduje moc tej postaci przy pomocy rozmaitych wzmocnień, a dopiero potem spienięża tzw. buffy potężnymi ciosami. Z kolei Aerith to wiedźma jak się patrzy, władająca magią i lecząca drużynę.

Co postać, to inne Final Fantasy. Twórcy mieli naprawdę dobry pomysł z tak silnym zróżnicowaniem sterowania i walki poszczególnymi bohaterami. Byłem zdumiony tym, jak dobrze gra się dystansowym Barretem. Uwielbiałem przełączać się na tę postać. Tifa zaskoczyła mnie z kolei złożonością i możliwością tworzenia warstw umiejętności. Tylko Aeirth nie porywa. Sporo w tym mojej winy, ponieważ w zasadzie od razu zepchnąłem kluczową bohaterkę do roli wsparcia dla pozostałych członków drużyny.

Będąc przy wsparciu, Square Enix w bardzo kreatywny sposób rozwinęło system materii - okrągłych artefaktów dających bohaterom nowe umiejętności, czary i efekty pasywne. Łączenie materii w kieszeniach broni i pancerzy przynosi niesamowite rezultaty. Po połączeniu Element i Fire miecz Clouda zaczął płonąć, zadając dodatkowe obrażenia od ognia. Łącząc Magnify z Heal, jedno zaklęcie leczące działało na całą drużynę, zamiast na konkretną jednostkę. FFVIIR pozwala nawet tworzyć sekwencje materii: gdy Cloud rzucał kulę ognia, Barret od razu wtórował lodowym pociskiem. Domowi stratedzy będą mieli masę frajdy, grzebiąc w ekranie materii.

Jestem także zachwycony grafiką. Final Fantasy VII Remake to jedna z najładniejszych gier na PS4 Pro.

Początkowo byłem zaskoczony tym, jak nierówny graficznie jest omawiany tytuł. Kapitalne modele głównych bohaterów zderzały się fatalnym, rozmazanym tłem trzeciego planu. Wiele postaci pobocznych wygląda bardzo przeciętnie, a niektóre korytarze i pomieszczenia są bardzo surowe. Jeśli jednak popatrzymy na aspekt graficzny jako na całość wizualnych doświadczeń, to FFVIIR jest prawdziwą ucztą dla oczu. To jedna z najładniejszych gier tej generacji.

Jestem zachwycony zwłaszcza grą świateł. Square Enix doskonale wykorzystuje wysoki kontrast. Efekty świetlne, rozbłyski, wybuchy i czary wyglądają palce lizać. Cudownie patrzy się także na twarze postaci. Oczy każdego bohatera są tak głębokie, tak ludzkie, tak żywe, że można się w nich zatracić. Szokująco naturalna mimika idzie w parze z niesamowitą reżyserią scen przerywnikowych. Drgania kącików ust, praca gałek ocznych, ściągnięcia brwi - Square Enix wyrasta na mistrzów detali. To chyba cecha japońskich deweloperów, ponieważ Capcom w Resident Evil 3 również osiągnął perfekcję na płaszczyźnie odwzorowania bohaterów.

Final Fantasy VII Remake potrafi zauroczyć również wystrojem lokacji. Skąpana w blasku neonów, imprezowa dzielnica Wall Market sprawia wrażenie żywego, prawdziwego, niemal namacalnego miejsca. Gdy po raz pierwszy stajemy naprzeciwko wielkiego wieżowca potężnej korporacji ShinRa, widok zapiera dech w piersiach. Wspinanie się po zdewastowanych rusztowaniach miasta Midgar w promieniach zachodzącego słońca to coś, co zapamiętam na długo. Tym bardziej szkoda, że ten świetny efekt psuje mocno korytarzowa struktura gry oraz część surowych, niemal pustych lokacji.

Square Enix udała się także sztuka najtrudniejsza, to jest rozciąganie materiału o nową zawartość.

Przynajmniej połowa zawartości Final Fantasy VII to nowe przygody, nowe miejsca i nowi bohaterowie. Twórcy wprowadzają do znanej mitologii wiele zmian i świeżych elementów. Weźmy takiego Roche’a, czyli elitarnego SOLDIER-a trzeciej klasy, stającego oko w oko z Cloudem. Jessie - w zasadzie trzecioplanowa postać z oryginału - tutaj dostaje własny wątek trwający kilka godzin. Inni trzecioplanowi bohaterowie pokroju Biggsa i Wedge’a wyrastają na kluczowe postaci. To jest świetne. Square Enix rozwija znane motywy. Nadaje im głębi. Pompuje życie w statystów, zamieniając ich w aktorów pierwszego planu.

Dzięki nowym wątkom, nowym postaciom i pogłębionym kreacjom znanych bohaterów Final Fantasy VII Remake na wiele do zaoferowania nawet takim marudom jak ja. Chociaż od początku wiedziałem, w jakim kierunku podąża opowieść, byłem jej autentycznie ciekawy. Złapałem się na tym, iż przejmuje mnie los postaci, które w oryginale były mi kompletnie obojętne. Może właśnie to silne zaangażowanie w historię sprawiło, że na moment przed napisami końcowymi poczułem wielkie ukłucie zawodu.

Ale że jak? To już?

Final Fantasy VII zostało podzielone na części. Dzisiaj mam potwierdzenie tego, że to zła decyzja.

To mój największy zarzut pod adresem Square Enix. Utalentowani producenci mogą pudrować scenariusz nowymi bohaterami i lokacjami, ale nie zapudrują prawdy: historia w Final Fantasy VII Remake kończy się, nim na dobre się rozpoczyna. Gra pozostawiła we mnie olbrzymie poczucie niedosytu. No i ta prawie finałowa walka z wymyślonym na kolanie szwarccharakterem... To nie było grande finale, na jaki zasługują fani. Ani on grande, ani tym bardziej finale. Square zostawia gracza z pootwieranymi wątkami i mówi: - do zobaczenia znowu, za ileś lat, w pełnej cenie.

Biorąc pod uwagę 40 godzin potrzebnych do przejęcia gry, trudno nazwać Final Fantasy VII Remake skokiem na kasę. To tytuł, w który włożono masę pasji, dbałości i uczucia. Wydawca zachował się jednak niczym stado wron, rozrywających kapitalną opowieść na strzępy i odlatujących każda w swoją stronę. Strzęp opowiedziany w FFVIIR nie ma ani wyraźnego początku, ani końca. Największą siłą scenariusza z oryginału było wyjaśnienie prawdziwej genezy wydarzeń. Tutaj tego brakuje. Gracze nigdy nie dostają tego najbardziej smakowitego kąska.

Czytam opinie w Internecie i widzę, że nawet bez tego osoby stykające się z FFVII po raz pierwszy w życiu są zadowoleni z gry. Cieszy mnie to. Z drugiej strony, gdyby Remake był opowieścią od A do Z, nowe pokolenie dostałoby do rąk coś więcej niż bardzo dobrą interaktywną produkcję. Otrzymaliby dzieło wybitne. Bo chociaż w Final Fantasy VII Remake także wybrzmiewa niesamowity motyw muzyczny Sephirotha, tak nie ciągnie się za nim ten sam emocjonalny bagaż co w grze z 1997 roku.

Ostrym zjazdem jakościowym są także wyzwania oraz misje poboczne.

Gdy zdobywałem drugą materię przywołującą - najpotężniejszy rodzaj materii w grze - członkowie drużyny żywo to komentowali, gratulując wytrwałości i ciesząc się na naszą zdobycz. Liczyłem, że w podobny sposób będzie prowadzona dalsza część gry. Niestety, zdobywanie najpotężniejszych summonów zostało zamienione w sekwencję prostych wyzwań na sztucznej arenie VR. Shiva, Leviathan, Bahamut - ujarzmianie tych potężnych istot nie cieszyło nawet odrobinę, a przypominało żmudną, rutynową orkę.

Rutynowe są także opcjonalne zadania poboczne. Znajdź zagubione koty, odnajdź zaginione dzieci, odbierz zaległy dług - to już nawet nie jest klasyka klasyki gatunku jRPG/cRPG. To byle jakie stany średnie, nieprzystające do takiej produkcji jak Final Fantasy VII. Piękne misje fabularne, z cudownymi dialogami, świetnie nakręconymi scenami i ciekawymi dialogami mieszają się z potworkami polegającymi na zabawie w kuriera. Przecież tak nie można. Nie wypada.

Narzekam, ale gdy w tle gra epicki The Airbuster, a ja odpalam Limit Break, to ciesze się jak dziecko.

Mogę rozpisywać się o wadach i niedoskonałościach, ale wystarczy, że wrócę do walki z dowolnym bossem i mam uśmiech od ucha do ucha. Sytuacja, w której drużyna jest na skraju wyczerpania, ale Cloud odpala swój Limit Break i ratuje sytuację… tak, takie chwile są naprawdę 10/10. Bywały momenty, gdy bohaterowie zaglądali śmierci w oczy, aż tu nagle ostani cios ratował sytuację. Miałem ochotę poderwać się wtedy z kanapy i wiwatować. Final Fantasy VII Remake dostarcza masę świetnej zabawy. Gra nie musi być przecież doskonała, aby była cholernie przyjemna.

Największe zalety:

  • Jedna z najładniejszych gier na PS4
  • Najlepszy system walki ATB, z jakim kiedykolwiek się spotkałem
  • Ponad 150 niesamowitych, epickich, wzruszających utworów na światowym poziomie
  • Tchnięcie nowego życia w postaci trzecioplanowe
  • Bardzo dobra nowa zawartość
  • Niesamowite mini-gry takie jak taniec czy przysiady
  • Ciekawa zawartość po ukończeniu gry
  • Twórcy szepczą do uszu fanów oryginału: wydaje się wam, że wszystko wiecie, ale niczego nie wiecie

Największe wady:

  • Okropnie nudne, nijakie, powtarzalne misje poboczne
  • Surowy wygląd niektórych lokacji
  • Mocno korytarzowa architektura wielu poziomów
  • Dwa razy napotkałem błędy uniemożliwiające rozgrywkę - konieczny reset
  • Rozumiem sens podziału na epizody, ale pełna, bardziej skondensowana opowieść byłaby lepsza
  • Historia kończy się w momencie, w którym tak naprawdę się zaczyna

Gdyby to ode mnie zależało, wolałbym bardziej skondensowaną, ale kompletną opowieść. Rozumiem jednak, że Square Enix chciało stworzyć coś nowego. Twórcy potężnie zamieszali względem oryginału, wykazując się odwagą i kreatywnością. Przez to FFVIIR to pozycja obowiązkowa dla nowych graczy, jak i miłośników odsłony z 1997 r. Bo chociaż Remake nie pokocham tak jak oryginału, to nie mam wątpliwości, że przeszedłem właśnie solidnego kandydata na grę 2020 roku.

Wszystkie zrzuty ekranu zostały wykonane na konsoli PlayStation 4 Pro

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst