Gry  / Felieton

EA Access na PlayStation 4 trochę przypomniało mi magiczne czasy płyt z demami w CD-Action

Moim odkryciem mijającego tygodnia jest EA Access debiutujące na PlayStation 4.

15 zł miesięcznie to symboliczne pieniądze, ale już teraz wiem, że skuszę się na abonament całoroczny. Jego koszt, 80 zł, to dokładnie 6,66 zł miesięcznie. Chyba najtańszy z abonamentów na jakiekolwiek poważne usługi cyfrowe o większej skali.

Dodam tylko, nieskromnie, że jest to abonament pode mnie skrojony.

Musicie bowiem wiedzieć, że jestem EAteistą. Czasem (pan bloger, Spider's Web) dostanę za darmo FIFĘ, ale generalnie mam gigantyczny problem z przypomnieniem sobie, kiedy ostatnio kupiłem grę tego studia. I mówię nie tylko o produkcjach stworzonych, ale też wydanych. To będzie chyba Dragon Age: Inkwizycja. Gra roku 2014.

Nie są to oczywiście złe gry, natomiast w starciu z moim gustem i coraz bardziej napiętym kalendarzem, od wielu lat nie jest nam ze sobą po drodze. Być może zresztą EA ma świadomość, że stał się molochem masowo produkującym blockbustery w odcinkach, które porywają portfele, ale niekoniecznie serca, i stąd EA Access.

80 zł rocznie

80 zł rocznie to z perspektywy wydawcy gier konsolowych nie są duże przychody. Odpowiednik kilkuletniej gry, która właśnie trafiła do wyprzedaży.

Jednocześnie to pierwsze 80 złotych ode mnie, które trafiło do portfela EA od pięciu lat. Co więcej, tylko dzisiaj namówiłem do subskrypcji dwóch kolejnych kolegów.

No bo kto w wieku 31 lat, nie będąc profesjonalnym ekspertem od gier, ma czas grać w coś takiego jak Star Wars Battlefront. Fatalne recenzje do tego stopnia, że już nawet sklepy internetowe same odradzają zakup. Ale, kurczę, to z drugiej strony Gwiezdne Wojny. Fajnie by się było tym pobawić przez jedno popołudnie. A, no i jeszcze fajniej byłoby sprawdzić, czy w The Sims 4 nadal można topić Simów poprzez zabranie im drabinki.

EA Access przywodzi mi na myśl płytę z CD-Action sprzed 20 lat.

Tam się wrzucało dema, na ogół masę badziewia, ale nawet to badziewie potrafiło przez kilka godzin wciągnąć i bawić czymś oryginalnym. Oczywiście zdarzało się też przypadkiem odkryć na przykład Tony Hawk's Pro Skater 2, wrzuconego mimochodem i bez specjalnego echa wśród dem, który niebawem stał się wielkim hitem.

Pomijając zabawę i testowanie średnich gier, z mojej perspektywy, swego rodzaju „dealmakerem” jest uwzględnienie w katalogu gier EA Sports. FIFA 19, jak to FIFA - w naszym kraju równocześnie gra i instytucja. Ma ją prawie każdy. Ale zawsze był spory problem z dostępnością i cenami NBA oraz NHL. Na szczególnie tę drugą grę panowało w Polsce znikome zapotrzebowanie, ona raczej nie taniała, nawet rok po premierze orbitowała w okolicach 200 złotych. A to dużo jak na grę, w którą chce się „pograć” dwa razy.

Jednocześnie 6,66 zł miesięcznie to bardzo mało jak na całą paczkę gier, lepszych i gorszych, w które chce się pograć dwa i więcej razy.

Nowy Mirror's Edge, Unravel, UFC - zawsze chciałem sobie w to zagrać. Nie na tyle, żeby kupować, ale skoro już mam do nich legalny dostęp...

Istnienie usługi EA Access to niestety brutalny kompromis samego EA, które chyba samo stało się świadome tego, jakie gry tworzy. Ale to też w końcu bardzo dobry układ dla nas, graczy. Przyjmuję państwa ofertę.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst