REKLAMA

Nanosondy polecą badać pas planetoid

Między orbitami Marsa i Jowisza znajduje się pas planetoid, nazywany też Pasem głównym. To obszar, który jest przedmiotem zainteresowań naukowców. Chcą oni wysłać w ten rejon kilkadziesiąt miniaturowych sond.

Nanosondy zbadają Pas planetoid?
REKLAMA
REKLAMA

Pas planetoid między orbitami Marsa i Jowisza to bardzo interesujący obszar. Na schematach Układu Słonecznego wygląda dramatycznie, przypominając mur stworzony z latających skał. Chyba podobną wizją inspirowali się twórcy filmu “Gwiezdne wojny: Imperium kontratakuje”. Jest w nim scena, gdy Sokół Millenium z Hanem Solo, Leą i Chewbaccą na pokładzie, manewruje między kolejnymi planetoidami.

REKLAMA

Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest odmienna od wizji filmowych czy uproszczeń w schematach. Dowodzą tego liczne udane misje sond kosmicznych, które musiały przelecieć przez ten obszar. Wymienić możemy klika z nich: Voyager I i II, Galileo, Cassini, New Horizons czy Juno. Szacuje się, że odległość pomiędzy poszczególnymi planetoidami może wynosić od 1 do 3 mln km. Wystarczająco, żeby "się zmieścić".

W pasie planetoid może znajdować się od 1,1 mln do prawie 2 mln obiektów o średnicy większej niż 1 km.

Są tam też znacznie większe ciała niebieskie. Wystarczy przypomnieć choćby planetę karłowatą Cares o średnicy około 950 km. Ta ostatnia byłem jednym z celów sondy Dawn, która najpierw badała znajdującą się również w Pasie głównym planetoidę Westa, a w marcu 2015 r. weszła na orbitę Ceres.

REKLAMA

Podczas Europejskiego Kongresu Nauk Planetarnych w Rydze, badacze z Fińskiego Instytutu Meteorologicznego zaproponowali bardzo interesującą metodę badania obszaru Pasa Głównego. W kosmos miałoby polecieć 50 nanosond. Ich celem byłoby 300 planetoid. Co ciekawe, sondy miałyby wrócić na Ziemię po około 3 latach. Ta ostatnia konieczność wiąże się z ograniczeniami technologicznymi. Malutkie statki wyposażone zostałyby w anteny o niewielkim zasięgu. Nie mogłyby więc transmitować danych na Ziemię.

Jak miałaby przebiegać misja?

Sondy operować miałyby w odległości około 100 km od wybranych planetoid i obserwować je za pomocą 4-centymetrowych miniaturowych teleskopów. Dawałoby to obraz o dokładności do około 100 m. Skład chemiczny badałyby spektrometry. Każda sonda eksplorowałaby od 6 do 7 planetoid.

REKLAMA

Nanosondy napędzane byłyby żaglami słonecznymi. E-Sail to technologia opracowana przez dr. Pekkę Janhunena z Fińskiego Instytutu Meteorologicznego. Stworzył on koncepcję systemu składającego się z kilkudziesięciu cienkich przewodów aluminiowych o długości 20 km. Testy tej technologii rozpoczęła w ubiegłym roku NASA.

REKLAMA

Zaletą systemu wymyślonego przez fińskich inżynierów mają być niskie koszty. Według ich wyliczeń misja kosztowałaby zaledwie 72 mln dolarów. Jest to jednak technologia, która wymaga wielu testów i eksperymentów potwierdzających jej teoretyczne założenia.

Miniaturyzacja przyszłością podboju kosmosu.

Przyszłość podboju kosmosu znajduje się w rękach niewielkich sond. Dziś brzmi to jeszcze jak scenariusz rodem z książek i filmów science fiction, ale to właśnie miniaturyzacja może otworzyć nam drogę nie tylko do badań pobliskich rejonów. Przykładem może być projekt Breakthrough Starshot. Zakłada on dotarcie do układu Alfa Centauri w czasie 20 lat lotu. Łatwo wyliczyć, że nanosonda musiałaby osiągnąć 20 proc. prędkości światła.

Rafał Gdak
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA